AKT
XIII
Scena
1.
(Mija
tydzień od pogrzebu Sary. Nikola siedzi na swojej ulubionej huśtawce. Starym
zwyczajem dołącza do niej Przemek.)
PRZEMEK: Cześć!
NIKOSIA: Tylko mi nie mów, że natknąłeś się na mnie
przypadkiem.
PRZEMEK: Nie tym razem. Koczuję to na ciebie od tygodnia w
nadziei, że cię spotkam.
NIKOSIA: Po co?
PRZEMEK: Pomyślałem, że możesz potrzebować zastępczego
przyjaciela.
NIKOSIA: Nie pierwszy raz ktoś mi umarł.
PRZEMEK: Już chyba tradycyjnie pojawiam się w takim
momencie.
NIKOSIA: Faktycznie. Śmierć moich bliskich zwiastuje twoje
przybycie. Nie zostało mi ich zbyt wiele.
(Śmieje
się Nikola.)
PRZEMEK: Przepraszam, że nie podszedłem do ciebie po
pogrzebie, ale nie chciałem zostawiać Judyty.
NIKOSIA: Nie szkodzi. To od niej się dowiedziałeś?
PRZEMEK: Tak. Twierdzi, że jej matka czuje się winna.
NIKOSIA:
Słusznie. To przez nią Sara trafiła do
psychiatryka.
PRZEMEK:
Po pijaku przyznała, że źle ją traktowała, a tego
dnia, w którym doszło między nimi do szarpaniny, ciągle ją prowokowała.
NIKOSIA: Domyślam się. Matka opowiadała pani Grażynie, jak
tamta się zachowywała. Przeczuwała, że tak to się może skończyć. Nie lubię
gdybać, ale może gdyby nie ta praca, to Sara dalej by żyła. To też trochę moja
wina. Ja załatwiłam jej tę robotę. Z drugiej strony, może teraz dalej
siedziałaby na kanapie, a tak to chociaż trochę sobie pożyła
i powyglądała inaczej niż zwykle. Gdybanie
zawsze kończy się milionem wątpliwości i poczuciem winy.
PRZEMEK: Pewnie zabrzmi to banalnie, ale myślę, że tak
miało być.
NIKOSIA:
Czyli nie ma w tym niczyjej winy?
PRZEMEK:
To raczej zbiorcza wina wszystkich, z którymi miała
do czynienia, ale nie można zaprzeczyć, że jej samej szczególnie. Mówiłaś, że
była krucha, ale nie da się stale trzymać kogoś pod kloszem. Jeżeli ktoś nie
przejawia woli życia, to albo sam sie go w końcu pozbywa, albo będzie się
kończyć samotnie i po cichu każdego dnia.
NIKOSIA: Masz rację, filozofie.
PRZEMEK: Brakowało mi tych naszych rozmów.
NIKOSIA: Powiem ci szczerze, że mi też.
PRZEMEK: Jakie masz plany?
NIKOSIA: Trochę tu posiedzę, potem pójdę coś zjeść. Może
pizzę…
PRZEMEK: Chodziło mi o twoje życiowe plany.
NIKOSIA: Młodego zostawię pod opieką pani Grażyny, a sama
przeprowadzę sie gdzieś za rzekę. Potem zajmę się tekstami Sary i jej
pamiętnikiem. Chcę stworzyć biografię pisaną trochę jej słowami, trochę moimi.
To będzie takie połączenie jej twórczości z moimi interpretacjami. Jej
wiersze, wyjaśnienia, w jakich okolicznościach powstały i tak dalej.
PRZEMEK: Ciekawa sprawa. Chcesz to wydać?
NIKOSIA: Tak. Pod pseudonimem.
PRZEMEK: Super. Chętnie przeczytam.
NIKOSIA: Mam już tytuł.
PRZEMEK: Zdradzisz?
NIKOSIA: „Nadwrażliwa na życie”.
PRZEMEK: Trafny.
NIKOSIA:
To tytuł Sary.
PRZEMEK: Jak to?
NIKOSIA: Może to telepatia albo faktycznie przemówiła do
mnie z zaświatów.
PRZEMEK:
Nie bardzo rozumiem.
NIKOSIA: Ważne, że ja widzę to bardzo wyraźnie.
(Pauza.)
PRZEMEK: Nie wiem, czy cię to obchodzi, ale rozstaliśmy się
z Judytą.
NIKOSIA: Nie obchodzi.
PRZEMEK: Tak myślałem. Chociaż powód może ci się wydać
interesujący.
NIKOSIA: Nie musisz mnie wtajemniczać w wasze prywatne
sprawy.
PRZEMEK: Ale to cię dotyczy.
NIKOSIA: Tylko nie wciskaj mi kitu, że nie możesz beze mnie
żyć.
PRZEMEK: Nie będę. Judyta stwierdziła, że nie chce wyjadać
po tobie resztek.
NIKOSIA: Jakich resztek? Przecież nigdy ze sobą nie
byliśmy.
PRZEMEK:
Podobno mnie jej oddałaś.
NIKOSIA: Aaa, to… Nie bierz tego do siebie. Chciałam okazać
jej łaskę, żeby poczuła, że nie może mieć wszystkiego.
PRZEMEK: Wow… Czuję się jak pałeczka w sztafecie.
NIKOSIA: Nie fochaj się. To tylko takie wygłupy dwóch
próżnych dziewczyn.
PRZEMEK: To nie było miłe.
NIKOSIA: Sorry. Miałeś się o tym nie dowiedzieć.
PRZEMEK: Trudno. Przeżyję.
(Pauza.)
Niki, powiedz mi… Butik Zaklinaczki Mody to twoja
sprawka?
NIKOSIA: Butik?
PRZEMEK: Możesz mi powiedzieć. Twoje sekrety są u mnie
bezpieczne.
NIKOSIA: Nie wiem, o czym mówisz.
PRZEMEK: O pożarze.
NIKOSIA: Mam cię tak ciągnąć za język?
PRZEMEK: Myślałem, że to ty maczałaś w tym palce w ramach
zemsty… Butik matki Judyty został zrujnowany w pożarze. Policja podejrzewa
podpalenie.
NIKOSIA: Tym razem to nie moja robota.
PRZEMEK: Tym razem?
NIKOSIA: Tak mi się powiedziało.
PRZEMEK: Dziwne, że nie było jeszcze u ciebie policji. Masz
motyw.
NIKOSIA: Daj spokój. Przecież nie będę się mścić na każdym,
kto raczył wpłynąć na stan psychiczny mojej matki. Musiałabym wybić połowę
miasta i resztę rodziny, która i tak już znacznie zmniejszyła swoją liczebność.
PRZEMEK: Cieszę się, że nie miałaś z tym nic wspólnego, ale
i tak podejrzenia mogą paść na ciebie.
NIKOSIA: Skończyłam z Nikolą Mścicielką. Teraz brudy piorę
w sądzie. Na pierwszy ogień pójdzie doktorek, który pchnął Saritę do
samobójstwa.
PRZEMEK: Słyszałem co nieco na ten temat. Podobno mocno jej
to ułatwił.
NIKOSIA: Jak chcesz, to opowiem ci o wszystkim z pikantnymi
szczegółami, ale niekoniecznie dzisiaj. Umówiłam się z panią Grażyną. Musimy w
końcu zabrać się za porządkowanie rzeczy matki.
PRZEMEK: Mogę się na coś przydać?
NIKOSIA: Dzięki, poradzimy sobie. Nie ma tego aż tak dużo.
Jak ogarniemy ten sajgon, to kto wie, może nawet zaproszę cię na salony.
PRZEMEK: Czuję się zaszczycony.
NIKOSIA: Spodziewaj się najgorszego.
PRZEMEK: Pewnie koloryzujesz.
NIKOSIA: Masz gumiaki?
PRZEMEK: A co, ma padać?
NIKOSIA: Nie, ale szczury lubią szamać po kostkach.
PRZEMEK: Chyba żartujesz?
NIKOSIA: Chyba. Przynajmniej taką mam nadzieję.
(Śmieje
się Nikola.)
Scena
2.
(Nikola
wraca do domu. Zastaje Grażynę porządkującą ubrania zmarłej przyjaciółki.)
NIKOSIA: Jak idzie?
GRAŻYNA: Opornie. Sama nie wiem, co z tym wszystkim zrobić.
Będziesz w tym chodzić?
(Grażyna
wskazuje czerwoną sukienkę.)
NIKOSIA:
To matka miała taką kieckę? W życiu jej w niej nie
widziałam.
GRAŻYNA: Nic dziwnego. Ja znam historię tej sukienki.
NIKOSIA: Serio?
GRAŻYNA: Serio, serio. Podobno twoja mama była w nią
ubrana, a raczej z niej rozebrana przy twoim poczęciu.
(Grażyna puszcza oczko Nikoli, a ta robi minę zniesmaczonej.)
NIKOSIA: Chyba zna pani odpowiedź. Nie będę jej nosić.
GRAŻYNA: Wolałam się upewnić.
(Śmieje
się Grażyna.)
To co z nią zrobić?
NIKOSIA: Niech pani weźmie do zabawy dla kota czy coś… Wolę
nie wiedzieć.
GRAŻYNA: Nie szkoda ci?
NIKOSIA: Kiecki?
GRAŻYNA: To kupa wspomnień.
NIKOSIA: Z przewagą kupy.
GRAŻYNA: Niektórzy lubią takie perełki wygrzebane z dna
szafy.
NIKOSIA: Chyba zboczeńcy.
GRAŻYNA: Oj, przecież można ją wyprać.
NIKOSIA: Dobra, niech będzie. Wszystko jedno.
GRAŻYNA: Śmierdzi stęchlizną. Upiorę ci ją. Może będzie
pasować.
NIKOSIA:
A co z resztą?
GRAŻYNA: Nie ma tu za dużo ubrań nadających się do
noszenia.
NIKOSIA: A jaką kieckę ślubną miała Sarita?
GRAŻYNA: A wiesz, że nie pamiętam? Długo wisiała w szafie,
zanim ojciec ją przepił, ale zabij mnie, nie powiem ci. Chcesz, to możemy przejrzeć
zdjęcia.
NIKOSIA: Nie wiedziałam, że takie są. Nigdy się tym nie
interesowałam.
GRAŻYNA: Skończę z tym i poszukamy.
(Nikola
wchodzi na krzesło i wyciąga z pawlacza pudło. Znajduje w nim albumy ze zdjęciami i zabiera się do oglądania.)
Nie przeglądaj beze mnie.
NIKOSIA: Oj, dobra, dobra. Tylko zerknęłam.
GRAŻYNA: Skocz do mnie po ciacho, zaparz kawkę, to
pooglądamy, poobgadujemy. A nie tak na sucho…
NIKOSIA:
A jakie ciacho?
GRAŻYNA: A zobaczysz.
NIKOSIA: Dobra, to idę. Przy okazji zabiorę tę sukienkę i
nastawię pranie.
GRAŻYNA: Sama nastawię. Ty zaraz coś pokiełbasisz. Zostaw
ją na misce w łazience. Później się tym zajmę. I weź jeszcze to.
(Grażyna
podaje Nikoli ulubiony sweter Sary.)
Może ci się przydać. Sara ma go, odkąd pamiętam, a
jak się trzyma!
NIKOSIA: Miała.
GRAŻYNA: Ciągle się zapominam.
NIKOSIA: To kaszmir?
GRAŻYNA: Może i tak. Z tego, co kojarzę, dostała go od
matki.
NIKOSIA: Nie chcę go prać. Nadal pachnie Saritą.
(Grażyna
uśmiecha się do Nikoli.)
GRAŻYNA: Jak chcesz. Idź w końcu po to ciasto, bo już kończę.
Później ci powiem, co i jak, które rzeczy się nadają do chodzenia, a które
nie.
NIKOSIA: OK.
(Nikola
wychodzi, Grażyna pochłonięta jest sortowaniem ubrań, a zaspany Filip dobiera
się do pudła ze zdjęciami.)
GRAŻYNA: Co tam, Filipku? Jak drzemka?
FILIPEK: Miałem koszmary.
GRAŻYNA:
Ojej, co ci się śniło?
FILIPEK: Że mama waliła w wieko trumny, a oni i tak ją
zakopali.
GRAŻYNA: O matko, biedny dzieciaczek. Przeżywasz to bardzo,
co?
FILIPEK: No. Nie mogę spać, bo zaraz śnią mi się straszne
rzeczy.
GRAŻYNA: Ale wiesz, że to tylko koszmary?
FILIPEK: Wszystko mi się miesza.
GRAŻYNA: Kochanie, nikt nie pogrzebałby twojej mamy, gdyby
żyła.
FILIPEK: No wiem… Gdzie Nikola?
GRAŻYNA: Poszła po ciasto. Jak wróci, to będziemy
przeglądać zdjęcia.
FILIPEK: Mogę też?
GRAŻYNA: Pewnie.
(Nikola
wraca z karpatką.)
NIKOSIA: Cześć, młody! Jak się spało?
GRAŻYNA: Miał koszmary.
NIKOSIA:
Znowu?
GRAŻYNA: Śniło mu się, że Sarę pogrzebano żywcem.
(Chłopiec
nie zwraca uwagi na toczącą się na jego temat rozmowę. Klęczy na podłodze
i przerzuca albumy, a Grażyna głaszcze go po ramieniu.)
NIKOSIA: Chodź, Fi. Zabieramy ten majdan do kuchni i
idziemy na ciacho. Masz ochotę na kakao?
FILIPEK: Może być.
(Wszyscy
sadowią się w kuchni i przy cieście z kawą/kakao zabierają się za oglądanie
i komentowanie zdjęć.)
NIKOSIA: Mama to ta czwarta od lewej?
GRAŻYNA: Pokaż.
(Nikola
podaje sąsiadce fotografię szkolną, na której jest gromadka dzieci. Grażyna
zakłada okulary.)
Chyba tak.
FILIPEK: A to kto?
GRAŻYNA: Może z tyłu jest podpisane.
(Filip
odwraca zdjęcie i próbuje się rozczytać.)
FILIPEK: Ag… Agnieszka? Chyba. Dalej nie wiem.
GRAŻYNA: Agnieszka to szkolna przyjaciółka mamy.
(Nikola
sięga po album ze zdjęciami rodzinnymi.)
NIKOSIA: Co to za chłopak?
(Nikola
podtyka pod nos Grażyny portret młodego mężczyzny.)
GRAŻYNA: To wasz tata.
NIKOSIA: Nieee…
GRAŻYNA: Zobacz, jaki był kiedyś przystojny.
NIKOSIA: To nie ojciec.
GRAŻYNA: Tak wyglądał, zanim się stoczył.
NIKOSIA: Naprawdę?
GRAŻYNA:
No, mówię ci. Przecież pamiętam.
NIKOSIA: To kiedy oni się tu wprowadzili?
GRAŻYNA: A jakoś zaraz po ślubie.
NIKOSIA: Nie pamiętam go takiego.
GRAŻYNA:
Byłaś jeszcze sraluchem, to jak masz pamiętać? Na
początku jeszcze się starał, wyjeżdżał za chlebem, a potem zaczął chlać.
(Grażyna
znajduje album ze zdjęciami ślubnymi Sardynianów.)
Patrz na to.
(Pokazuje
Nikoli rodziców na ślubnym kobiercu.)
NIKOSIA: O ty, w mordę! Oni naprawdę byli kiedyś zakochani!
Patrz na te maślane oczy!
(Nikola
pokazuje palcem.)
Przepraszam. Wyrwało mi się.
(Śmieje
się Nikola.)
GRAŻYNA: Właściwie, co mi tam? Możesz mi mówić na „ty”.
Tyle lat się znamy i tylko „pani”, „pani”… Teraz to my prawie jak rodzina.
NIKOSIA: Ja mam coś nie tak z tym mówieniem ludziom po
imieniu.
(Śmieje
się dziewczyna.)
GRAŻYNA: Daj spokój. Mów, jak ci wygodnie. Musimy trzymać
się razem. Wszyscy jesteśmy samotni.
NIKOSIA: Dobra, Grażka, nie pierdol, tylko ukrój ciacha.
(Kobiety
wybuchają śmiechem.)
FILIPEK: Ale ty to jesteś…
NIKOSIA: No, jaka?
FILIPEK: Nierozczesana…
(Grażyna
z Nikolą zanoszą się śmiechem.)
Co?
NIKOSIA: Nieokrzesana, cymbałku. I nie jestem!
Scena
3.
(Mieszkanie
Sardynianów. Nikola wraz z Przemkiem spędzają razem czas – gawędzą, piją
herbatę, przeglądają pozostałe rzeczy Sary.)
NIKOSIA: A z tym pierścionkiem nigdy się nie rozstawała.
Był w depozycie. Trochę szkoda, bo chciałam ją z nim pochować.
PRZEMEK: Pierścionek z czerwonym oczkiem nie jest zbyt
pretensjonalny?
NIKOSIA: Coś ty, to jej ulubiony kolor.
PRZEMEK: To zaręczynowy?
NIKOSIA: Chyba tak.
PRZEMEK: Zostawisz go sobie?
NIKOSIA: A nie wiem. Nie podoba mi się za bardzo.
PRZEMEK:
Ale to jednak pamiątka.
NIKOSIA: Zobaczymy. Pokażę ci coś lepszego. Poczekaj.
(Nikola
idzie do swojego pokoju, przebiera się w sukienkę po Sarze i pokazuje się
Przemkowi.)
Tada!
PRZEMEK: O jacie…
NIKOSIA: Tak dobrze czy tak źle?
PRZEMEK: Robi wrażenie.
NIKOSIA: Zauważyłam. Pozytywne czy negatywne?
PRZEMEK: To bardzo ładna sukienka. Wyglądasz szałowo.
NIKOSIA: Jest starsza ode mnie.
PRZEMEK: W takim razie, jest w świetnym stanie.
NIKOSIA: Nie była zbytnio eksploatowana. Podobno Sara miała
ją na sobie, a raczej nie miała jej na sobie, gdy zostałam poczęta.
PRZEMEK: Ou…
NIKOSIA: Nie rób takiej miny. Była prana.
PRZEMEK: To czyni ją mniej dziwną?
NIKOSIA: Odrobinę. Grażyna mnie namówiła, żebym ją
zachowała.
PRZEMEK: Wyglądasz w niej obłędnie, więc może to wystarczy.
NIKOSIA: Niech ci będzie.
(Pauza.)
PRZEMEK: Wczoraj Judyta oddała mi moje rzeczy, które u niej
zostawiłem.
NIKOSIA: Czekasz na mój komentarz?
PRZEMEK: Sam nie wiem.
(Nikola
drapie się po głowie.)
NIKOSIA: Gratuluję? Nie bardzo wiem, jakiego słowa powinnam
użyć.
PRZEMEK: Nie żalę się ani nie chwalę. Chcę tylko
powiedzieć, że dowiedziałem się, jak doszło do tego pożaru.
NIKOSIA:
To ciekawe. Oświeć mnie.
PRZEMEK: Nie wiem, czy Judyta wspominała ci o problemach alkoholowych
jej matki.
NIKOSIA: Tak. Subtelne ujęcie tematu pijaństwa.
PRZEMEK: Policja ustaliła, że to ona po pijaku zaprószyła
ogień. Towarzystwo ubezpieczeniowe podejrzewa, że to nie był wypadek.
NIKOSIA: Chciała wyłudzić odszkodowanie?
PRZEMEK: I tu jest pies pogrzebany…
NIKOSIA: Ej, zostaw psinę w spokoju. Co masz na myśli?
PRZEMEK: Przypuszczam, że Judyta maczała w tym palce.
NIKOSIA: Co? Skąd ten pomysł?
PRZEMEK: Ostatnio ciągle kłóciła się z matką i cały czas
powtarzała, że musi ją wykluczyć ze swojego życia.
NIKOSIA: Tak jej poradziłam.
PRZEMEK: Mogłem się tego spodziewać. Wykluczasz z życia
każdego, kto postępuje nie po twojej myśli.
NIKOSIA: Czepiasz się.
PRZEMEK: OK, nie będę.
NIKOSIA: Co z Dziunią?
PRZEMEK: Nie chciałem w to wnikać.
(Pauza.)
Od kiedy to podpalenia stały się najlepszym
sposobem na pozbywanie się problemów?
NIKOSIA: Ogień trawi dowody. Może o to chodzi?
PRZEMEK: Może. Ich popularność bardzo wzrosła w ostatnim
czasie.
NIKOSIA: Naprawdę? Nie zauważyłam.
PRZEMEK: Ostatnio ten gość, teraz Zaklinaczka Mody…
NIKOSIA: Jaki gość?
PRZEMEK: To ty nic nie wiesz?
(Nikola potrząsa głową.)
Jakiś ekscentryczny producent zjarał się we własnym
domu. Nie żal mi typa, bo podobno do świętości to mu daleko, ale cała sprawa
była bardzo dziwna. Facet został znaleziony w swojej salce kinowej. Był
przykuty do fotela, więc to już jest podejrzane. Ale najgorsze jest to, że jego
zwęglonym zwłokom czegoś brakowało…
NIKOSIA: Czego?
PRZEMEK: Trzymaj się, bo to drastyczne.
(Pauza.)
Koleś miał wepchniętego do gęby własnego wacka!
NIKOSIA: O kurde…
PRZEMEK: Może cię to zdziwi, ale po dochodzeniu
stwierdzono, że to nie morderca był najbardziej porąbany. Ten cały producent
podobno molestował siostrę, bzykał matkę, a na koniec ją zabił.
NIKOSIA: Ręka sprawiedliwości… A co z mordercą?
PRZEMEK:
Ogień zniszczył wszystkie ślady. Tak twierdzi
policja. Chociaż wiem z zaufanego
źródła, że nie szukała zbyt dokładnie, dowiedziawszy się, że gość był
zwyrodnialcem. Od wyroku wywinął się chorobą psychiczną. Kto wie, kogo jeszcze
ten psychol miał na sumieniu…
(Pauza.)
NIKOSIA: Ja wiem…
(Przemek
otwiera szeroko usta w niedowierzaniu.)
PRZEMEK: Niki, co ty mówisz…?
NIKOSIA: Nie udawaj. Nie mogłam tego tak zostawić. Ten fiut
zabił mi Martynę…
(Nikola
zaczyna płakać.)
PRZEMEK: Nie wiem, co powiedzieć…
NIKOSIA: Sam stwierdziłeś, że to nie morderca był najbardziej porąbany.
PRZEMEK: Zwariuję z tobą… Kim ty jesteś? Wchodzisz w
kompetencje Pana Boga? Jak mogłaś zrobić coś tak odrażającego? Jak w ogóle na
to wpadłaś? To chore…
NIKOSIA: On naprawdę był nietykalny… Po tym, jak zostawił
Martynę pod drzewem i jak go zobaczyłam, śmiał się w głos. Był cholernie
pewny siebie… Właśnie ta jego nieuchwytność była chyba najbardziej
upokarzająca. Chciałam poniżyć go tak, jak jeszcze nikt go nie poniżył… Chciałam
widzieć jego cierpienie… Chciałam zobaczyć jakąkolwiek emocję na jego ryju i…
ten strach, który widziałam u nieżywej Mati… Ona na to nie zasłużyła, a on tak…
Miałam czekać, aż uzbiera się tyle jego ofiar, że w końcu sprawiedliwość go
dosięgnie? A może miałam liczyć na to, aż Pan Bóg zrzuci mu na łeb
śmiercionośną cegłę? Nie wierzę w to, ale nawet gdyby został ukarany
pośmiertnie, to co komu po tym? Żyjemy tu i teraz. Może Bóg też zlitowałby się
nad nim, wiedząc, że ma żółte papiery. Nie musisz rozumieć ani akceptować
mojego postępowania, ale nie potępiaj mnie. Mówiąc o mordercy, byłeś przekonany
o słuszności jego czynu, ale gdy dowiedziałeś się, że to ja nim jestem,
wyskakujesz mi tu z Panem Bogiem. Jedni rozwiązują problem, a drudzy udają, że
go nie ma. Zaakceptuj mnie taką, jaką jestem, z tym całym moim życiowym
bajzlem.
PRZEMEK: Chciałbym, ale nie wiem, czy potrafię.
NIKOSIA: Już wszystko sobie poukładałam, zarobiłam
wystarczająco dużo pieniędzy, żeby móc się usamodzielnić, mam zamiar się
przeprowadzić do lepszej dzielnicy, znaleźć sobie normalną pracę i uczyć się
zaocznie w jakimś ogólniaku. Chyba tak to miało wyglądać? Nie każdy musi być
kryształowy, żeby normalnie żyć.
(Pauza.)
PRZEMEK: Niki… Kocham cię. Chcę, żebyś o tym wiedziała, bez
względu na to, jak to się dalej potoczy. To najlepsza i jednocześnie najgorsza
rzecz, jaka mnie spotkała. Najlepsza – bo nie znam drugiej tak dojrzałej osoby,
jak ty; jesteś naprawdę fantastycznie pieprzniętym człowiekiem. Najgorsza – bo
nie wiem, czy będę umiał żyć z kimś, kto doświadczył piekła na ziemi.
NIKOSIA: Przecież ty już ze mną żyjesz… Czy kiedykolwiek
było ci ze mną źle? Wcześniej cię zbywałam – nie chciałam, żebyś tracił na mnie
czas. Ale teraz sama wychodzę ci naprzeciw, bo wiem, że nigdy cię nie
skrzywdzę, a jak ktoś skrzywdzi ciebie, to go zakatrupię.
(Przemek
wywraca oczami.)
Sorry, głupi żart.
(Pauza.)
Spróbuj. Może z tą całą moją pokracznością będzie
ci do twarzy.
(Uśmiecha
się Nikola.)
Ty wiesz o mnie wszystko, a ja nie mam pewności,
czy nie trzymasz pod łóżkiem zabawek sado-maso, a w szafie bezgłowego misia
albo klauna z przekrwionymi oczami.
(Pauza.)
Każdy ma swoje potwory. Ty masz mnie.
(Przemek
obejmuje Nikolę, zaczyna ją całować. Dziewczyna przerywa romantyczne
uniesienie.)
NIKOSIA: Miesiąc temu badałam się na HIV. Tak tylko…
(Chłopak
kontynuuje. Nikola ponownie przerywa.)
Nie wspomniałam o najważniejszym – jestem czysta.
PRZEMEK: Nikola…
NIKOSIA: Sorry, jestem nieśmiała. Czuję się nieswojo.
(Para
śmieje się, po czym poważnieje. Między Nikolą a Przemkiem dochodzi do
zbliżenia. Zakochani zasypiają w objęciu. Po odbyciu drzemki, chłopak wyrywa
się z uścisku, zostawia Nikoli wiadomość, a następnie wychodzi. Gdy ta
budzi się ze zdziwioną miną, znajduje liścik i czyta go na głos.)
„Przepraszam… Nie umiem… Nie miej do mnie żalu…” –
wiedziałam…
(Dziewczyna
kuli się pod kocem, wyraźnie pogrążona w smutku. Z zamyślenia wyrywa ją dzwonek
do drzwi. Nikola otwiera je i widzi wielkiego klauna. Jej krzyk przerywa
chowający się za nim Przemek.)
PRZEMEK: Sorry, nie mogłem się powstrzymać.
(Śmieje
się chłopak.)
NIKOSIA: Ale z ciebie kutach!
(Nikola okłada po trochu Przemka i klauna.)
Zabiję cię!
PRZEMEK: Mam nadzieję, że zawsze uda mi się wychwycić,
kiedy żartujesz, a kiedy mówisz serio.
(Nabija
się chłopak.)
NIKOSIA: Podpowiedzią może okazać się przedmiot trzymany w
moim ręku, adekwatny do sytuacji.
(Nikola
posyła Przemkowi zadziorny uśmiech okraszony wyszczerzonymi zębami.)
***