czwartek, 24 listopada 2016

Święty lans, EPILOG

[Nikola osiedla się po drugiej stronie rzeki. Zajmuje się przygotowaniem pamiętnika Sary (wzbogaconego o własne komentarze, teksty matki oraz fotografie) do wydania go w postaci książki. W przedmowie w formie podziękowań zamieszcza wymowną wiadomość skierowaną do wszystkich, którzy, jej zdaniem, przyłożyli rękę do samobójstwa matki. Jej treść jest następująca:

„Przede wszystkim gorące podziękowania kieruję w stronę mojego ojca, który zgotował mi i mojej rodzinie takie piekło, po którym nie da się pozbierać. Dziękuję mojej matce, która przez lata dawała na to przyzwolenie. Dziękuję wam za to, kochani rodzice, że mogłam przekonać się, czym jest bieda, głód i śmierć. Dziękuję za to, że nauczyliście mnie, jak nigdy nie żyć. Dziękuję mojej drogiej sąsiadce, matce mojej przyjaciółki, której umknęło, że jej córka jest nieletnią prostytutką i, w dużej mierze, przez to straciła życie. Z kolei dzięki mojej przyjaciółce dowiedziałam się, jak nisko może upaść człowiek, jeśli dostanie za to pieniądze. Dziękuję mojemu wrogowi i matce mojego wroga. Wykończyłyście najpierw mnie, a potem moją matkę, która przed popełnieniem samobójstwa spisała swój najgorszy koszmar. Koszmar, który naprawdę się rozegrał i w którym mogłam czynnie uczestniczyć. Dzięki wam wszystkim po trochu jestem teraz bezczelnie bogata. W końcu mam co jeść, jest mi ciepło i nie muszę ubierać się w lumpeksach. Mój wróg stał się moim przyjacielem. Zaś moja matka wreszcie nakarmiła mnie, odziała i zapewniła bezpieczeństwo. Szkoda, że dopiero po śmierci, nieświadomie i niechcący, ale jednak. Wielki dzięki psychiatrze, który prowadził moją matkę u kresu życia. To on wpadł na genialny pomysł wręczenia jej narzędzia, dzięki któremu mogła się wykrwawić. Oczywiście wcześniej wybebeszył ją ze wszystkich negatywnych wspomnień, co miało takie, a nie inne konsekwencje. Na samym końcu i w sposób szczególny zwracam się z podziękowaniami do moich cudownych dziadków, którzy swoim zerowym udziałem w naszym życiu przyczynili się do całej tej historii. Wy, mali bogaci ślepcy… Zabiliście własną córkę. Zabiliście własnego zięcia. Zniszczyliście moją młodość i dzieciństwo mojego brata. Doprowadziliście do tego, że zostałam jawną prostytutką. Nie boję się mówić o tym publicznie. Nie upokarza to mnie, ale was – Ąęckich – majętnych, lecz dziadów, kulturalnych, lecz prostaków, rodziców, lecz próżnych, skąpych, egocentrycznych morderców. Dzięki takim jak wy codziennie rozgrywają się ludzkie tragedie. Na waszych oczach, ale bez waszego bezpośredniego udziału. To nie jest tak, że ktoś komplikuje sobie życie na własne życzenie. Czasem to życie naprawdę przygniata. Jedne problemy pociągają za sobą kolejne. A potrzeba niewiele – odrobinę dobrej woli i szczyptę bezwarunkowej rodzicielskiej miłości, którą wy zostawiliście w wysadzanych brylantami pantoflach, z których zamiast dzierganych złotą wełną skarpet wystaje słoma…”.

Pod pseudonimem Sara Cole bohaterce udaje się wydać książkę.

W mediach pojawiają się informacje o zaginięciu dziesięcioletniego chłopca, którym okazuje się być Filip. Brat Nikoli ma nigdy nie zostać odnaleziony.


Nikola jest w ciąży. Ma nazwać córeczkę imieniem swojej matki, co na zawsze ma zmienić bieg wydarzeń w rodzinie Sardynianów, która według Nikoli już dawno się skończyła.

Przemek pozostaje zastępczym przyjacielem Nikoli.]

***


EPILOG
(historia alternatywna)





























„Małżeństwo z rozsądku”

Moje łóżko jest bezwzględnie niepodzielne.

Powiadają: kto sadzi wierzbę, przygotowuje łopatę na swój grób.
A co, jeśli mam w planach trzy?
Nie stój jak sztacheta w płocie.
Nieograniczona przestrzeń podłogi już pręży się na twój widok.
Widzisz te małe jędrne sęki?
Podobno marzy ci się potomstwo.
Prawdziwy mężczyzna najpierw sadzi drzewo.
Próbowałeś kiedyś uszczypnąć chmurę biurowym spinaczem?
Tak cię będę miziać.


Niki, chodź, policzymy gruszki, które zostawił nam w spadku.

wtorek, 8 listopada 2016

Święty lans, AKT XIII

AKT XIII
Scena 1.

(Mija tydzień od pogrzebu Sary. Nikola siedzi na swojej ulubionej huśtawce. Starym zwyczajem dołącza do niej Przemek.)

PRZEMEK: Cześć!

NIKOSIA: Tylko mi nie mów, że natknąłeś się na mnie przypadkiem.

PRZEMEK: Nie tym razem. Koczuję to na ciebie od tygodnia w nadziei, że cię spotkam.

NIKOSIA: Po co?

PRZEMEK: Pomyślałem, że możesz potrzebować zastępczego przyjaciela.

NIKOSIA: Nie pierwszy raz ktoś mi umarł.

PRZEMEK: Już chyba tradycyjnie pojawiam się w takim momencie.

NIKOSIA: Faktycznie. Śmierć moich bliskich zwiastuje twoje przybycie. Nie zostało mi ich zbyt wiele.

(Śmieje się Nikola.)

PRZEMEK: Przepraszam, że nie podszedłem do ciebie po pogrzebie, ale nie chciałem zostawiać Judyty.

NIKOSIA: Nie szkodzi. To od niej się dowiedziałeś?

PRZEMEK: Tak. Twierdzi, że jej matka czuje się winna.

NIKOSIA: Słusznie. To przez nią Sara trafiła do psychiatryka.

PRZEMEK: Po pijaku przyznała, że źle ją traktowała, a tego dnia, w którym doszło między nimi do szarpaniny, ciągle ją prowokowała.

NIKOSIA: Domyślam się. Matka opowiadała pani Grażynie, jak tamta się zachowywała. Przeczuwała, że tak to się może skończyć. Nie lubię gdybać, ale może gdyby nie ta praca, to Sara dalej by żyła. To też trochę moja wina. Ja załatwiłam jej tę robotę. Z drugiej strony, może teraz dalej siedziałaby na kanapie, a tak to chociaż trochę sobie pożyła


i powyglądała inaczej niż zwykle. Gdybanie zawsze kończy się milionem wątpliwości i poczuciem winy.

PRZEMEK: Pewnie zabrzmi to banalnie, ale myślę, że tak miało być.

NIKOSIA: Czyli nie ma w tym niczyjej winy?

PRZEMEK: To raczej zbiorcza wina wszystkich, z którymi miała do czynienia, ale nie można zaprzeczyć, że jej samej szczególnie. Mówiłaś, że była krucha, ale nie da się stale trzymać kogoś pod kloszem. Jeżeli ktoś nie przejawia woli życia, to albo sam sie go w końcu pozbywa, albo będzie się kończyć samotnie i po cichu każdego dnia.

NIKOSIA: Masz rację, filozofie.

PRZEMEK: Brakowało mi tych naszych rozmów.

NIKOSIA: Powiem ci szczerze, że mi też.

PRZEMEK: Jakie masz plany?

NIKOSIA: Trochę tu posiedzę, potem pójdę coś zjeść. Może pizzę…

PRZEMEK: Chodziło mi o twoje życiowe plany.

NIKOSIA: Młodego zostawię pod opieką pani Grażyny, a sama przeprowadzę sie gdzieś za rzekę. Potem zajmę się tekstami Sary i jej pamiętnikiem. Chcę stworzyć biografię pisaną trochę jej słowami, trochę moimi. To będzie takie połączenie jej twórczości z moimi interpretacjami. Jej wiersze, wyjaśnienia, w jakich okolicznościach powstały i tak dalej.

PRZEMEK: Ciekawa sprawa. Chcesz to wydać?

NIKOSIA: Tak. Pod pseudonimem.

PRZEMEK: Super. Chętnie przeczytam.

NIKOSIA: Mam już tytuł.

PRZEMEK: Zdradzisz?

NIKOSIA: „Nadwrażliwa na życie”.

PRZEMEK: Trafny.


NIKOSIA: To tytuł Sary.

PRZEMEK: Jak to?

NIKOSIA: Może to telepatia albo faktycznie przemówiła do mnie z zaświatów.

PRZEMEK: Nie bardzo rozumiem.

NIKOSIA: Ważne, że ja widzę to bardzo wyraźnie.

(Pauza.)

PRZEMEK: Nie wiem, czy cię to obchodzi, ale rozstaliśmy się z Judytą.

NIKOSIA: Nie obchodzi.

PRZEMEK: Tak myślałem. Chociaż powód może ci się wydać interesujący.

NIKOSIA: Nie musisz mnie wtajemniczać w wasze prywatne sprawy.

PRZEMEK: Ale to cię dotyczy.

NIKOSIA: Tylko nie wciskaj mi kitu, że nie możesz beze mnie żyć.

PRZEMEK: Nie będę. Judyta stwierdziła, że nie chce wyjadać po tobie resztek.

NIKOSIA: Jakich resztek? Przecież nigdy ze sobą nie byliśmy.

PRZEMEK: Podobno mnie jej oddałaś.

NIKOSIA: Aaa, to… Nie bierz tego do siebie. Chciałam okazać jej łaskę, żeby poczuła, że nie może mieć wszystkiego.

PRZEMEK: Wow… Czuję się jak pałeczka w sztafecie.

NIKOSIA: Nie fochaj się. To tylko takie wygłupy dwóch próżnych dziewczyn.

PRZEMEK: To nie było miłe.

NIKOSIA: Sorry. Miałeś się o tym nie dowiedzieć.

PRZEMEK: Trudno. Przeżyję.


(Pauza.)

Niki, powiedz mi… Butik Zaklinaczki Mody to twoja sprawka?

NIKOSIA: Butik?

PRZEMEK: Możesz mi powiedzieć. Twoje sekrety są u mnie bezpieczne.

NIKOSIA: Nie wiem, o czym mówisz.

PRZEMEK: O pożarze.

NIKOSIA: Mam cię tak ciągnąć za język?

PRZEMEK: Myślałem, że to ty maczałaś w tym palce w ramach zemsty… Butik matki Judyty został zrujnowany w pożarze. Policja podejrzewa podpalenie.

NIKOSIA: Tym razem to nie moja robota.

PRZEMEK: Tym razem?

NIKOSIA: Tak mi się powiedziało.

PRZEMEK: Dziwne, że nie było jeszcze u ciebie policji. Masz motyw.

NIKOSIA: Daj spokój. Przecież nie będę się mścić na każdym, kto raczył wpłynąć na stan psychiczny mojej matki. Musiałabym wybić połowę miasta i resztę rodziny, która i tak już znacznie zmniejszyła swoją liczebność.

PRZEMEK: Cieszę się, że nie miałaś z tym nic wspólnego, ale i tak podejrzenia mogą paść na ciebie.

NIKOSIA: Skończyłam z Nikolą Mścicielką. Teraz brudy piorę w sądzie. Na pierwszy ogień pójdzie doktorek, który pchnął Saritę do samobójstwa.

PRZEMEK: Słyszałem co nieco na ten temat. Podobno mocno jej to ułatwił.

NIKOSIA: Jak chcesz, to opowiem ci o wszystkim z pikantnymi szczegółami, ale niekoniecznie dzisiaj. Umówiłam się z panią Grażyną. Musimy w końcu zabrać się za porządkowanie rzeczy matki.

PRZEMEK: Mogę się na coś przydać?


NIKOSIA: Dzięki, poradzimy sobie. Nie ma tego aż tak dużo. Jak ogarniemy ten sajgon, to kto wie, może nawet zaproszę cię na salony.

PRZEMEK: Czuję się zaszczycony.

NIKOSIA: Spodziewaj się najgorszego.

PRZEMEK: Pewnie koloryzujesz.

NIKOSIA: Masz gumiaki?

PRZEMEK: A co, ma padać?

NIKOSIA: Nie, ale szczury lubią szamać po kostkach.

PRZEMEK: Chyba żartujesz?

NIKOSIA: Chyba. Przynajmniej taką mam nadzieję.

(Śmieje się Nikola.)

Scena 2.

(Nikola wraca do domu. Zastaje Grażynę porządkującą ubrania zmarłej przyjaciółki.)

NIKOSIA: Jak idzie?

GRAŻYNA: Opornie. Sama nie wiem, co z tym wszystkim zrobić. Będziesz w  tym chodzić?

(Grażyna wskazuje czerwoną sukienkę.)

NIKOSIA: To matka miała taką kieckę? W życiu jej w niej nie widziałam.

GRAŻYNA: Nic dziwnego. Ja znam historię tej sukienki.

NIKOSIA: Serio?

GRAŻYNA: Serio, serio. Podobno twoja mama była w nią ubrana, a raczej z niej rozebrana przy twoim poczęciu.

(Grażyna puszcza oczko Nikoli, a ta robi minę zniesmaczonej.)


NIKOSIA: Chyba zna pani odpowiedź. Nie będę jej nosić.

GRAŻYNA: Wolałam się upewnić.

(Śmieje się Grażyna.)

To co z nią zrobić?

NIKOSIA: Niech pani weźmie do zabawy dla kota czy coś… Wolę nie wiedzieć.

GRAŻYNA: Nie szkoda ci?

NIKOSIA: Kiecki?

GRAŻYNA: To kupa wspomnień.

NIKOSIA: Z przewagą kupy.

GRAŻYNA: Niektórzy lubią takie perełki wygrzebane z dna szafy.

NIKOSIA: Chyba zboczeńcy.

GRAŻYNA: Oj, przecież można ją wyprać.

NIKOSIA: Dobra, niech będzie. Wszystko jedno.

GRAŻYNA: Śmierdzi stęchlizną. Upiorę ci ją. Może będzie pasować.

NIKOSIA: A co z resztą?

GRAŻYNA: Nie ma tu za dużo ubrań nadających się do noszenia.

NIKOSIA: A jaką kieckę ślubną miała Sarita?

GRAŻYNA: A wiesz, że nie pamiętam? Długo wisiała w szafie, zanim ojciec ją przepił, ale zabij mnie, nie powiem ci. Chcesz, to możemy przejrzeć zdjęcia.

NIKOSIA: Nie wiedziałam, że takie są. Nigdy się tym nie interesowałam.

GRAŻYNA: Skończę z tym i poszukamy.

(Nikola wchodzi na krzesło i wyciąga z pawlacza pudło. Znajduje w nim albumy ze zdjęciami i zabiera się do oglądania.)


Nie przeglądaj beze mnie.

NIKOSIA: Oj, dobra, dobra. Tylko zerknęłam.

GRAŻYNA: Skocz do mnie po ciacho, zaparz kawkę, to pooglądamy, poobgadujemy. A nie tak na sucho…

NIKOSIA: A jakie ciacho?

GRAŻYNA: A zobaczysz.

NIKOSIA: Dobra, to idę. Przy okazji zabiorę tę sukienkę i nastawię pranie.

GRAŻYNA: Sama nastawię. Ty zaraz coś pokiełbasisz. Zostaw ją na misce w łazience. Później się tym zajmę. I weź jeszcze to.

(Grażyna podaje Nikoli ulubiony sweter Sary.)

Może ci się przydać. Sara ma go, odkąd pamiętam, a jak się trzyma!

NIKOSIA: Miała.

GRAŻYNA: Ciągle się zapominam.

NIKOSIA: To kaszmir?

GRAŻYNA: Może i tak. Z tego, co kojarzę, dostała go od matki.

NIKOSIA: Nie chcę go prać. Nadal pachnie Saritą.

(Grażyna uśmiecha się do Nikoli.)

GRAŻYNA: Jak chcesz. Idź w końcu po to ciasto, bo już kończę. Później ci powiem, co i jak, które rzeczy się nadają do chodzenia, a które nie.

NIKOSIA: OK.

(Nikola wychodzi, Grażyna pochłonięta jest sortowaniem ubrań, a zaspany Filip dobiera się do pudła ze zdjęciami.)

GRAŻYNA: Co tam, Filipku? Jak drzemka?

FILIPEK: Miałem koszmary.


GRAŻYNA: Ojej, co ci się śniło?

FILIPEK: Że mama waliła w wieko trumny, a oni i tak ją zakopali.

GRAŻYNA: O matko, biedny dzieciaczek. Przeżywasz to bardzo, co?

FILIPEK: No. Nie mogę spać, bo zaraz śnią mi się straszne rzeczy.

GRAŻYNA: Ale wiesz, że to tylko koszmary?

FILIPEK: Wszystko mi się miesza.

GRAŻYNA: Kochanie, nikt nie pogrzebałby twojej mamy, gdyby żyła.

FILIPEK: No wiem… Gdzie Nikola?

GRAŻYNA: Poszła po ciasto. Jak wróci, to będziemy przeglądać zdjęcia.

FILIPEK: Mogę też?

GRAŻYNA: Pewnie.

(Nikola wraca z karpatką.)

NIKOSIA: Cześć, młody! Jak się spało?

GRAŻYNA: Miał koszmary.

NIKOSIA: Znowu?

GRAŻYNA: Śniło mu się, że Sarę pogrzebano żywcem.

(Chłopiec nie zwraca uwagi na toczącą się na jego temat rozmowę. Klęczy na podłodze i przerzuca albumy, a Grażyna głaszcze go po ramieniu.)

NIKOSIA: Chodź, Fi. Zabieramy ten majdan do kuchni i idziemy na ciacho. Masz ochotę na kakao?

FILIPEK: Może być.

(Wszyscy sadowią się w kuchni i przy cieście z kawą/kakao zabierają się za oglądanie i komentowanie zdjęć.)


NIKOSIA: Mama to ta czwarta od lewej?

GRAŻYNA: Pokaż.

(Nikola podaje sąsiadce fotografię szkolną, na której jest gromadka dzieci. Grażyna zakłada okulary.)

Chyba tak.

FILIPEK: A to kto?

GRAŻYNA: Może z tyłu jest podpisane.

(Filip odwraca zdjęcie i próbuje się rozczytać.)

FILIPEK: Ag… Agnieszka? Chyba. Dalej nie wiem.

GRAŻYNA: Agnieszka to szkolna przyjaciółka mamy.

(Nikola sięga po album ze zdjęciami rodzinnymi.)

NIKOSIA: Co to za chłopak?

(Nikola podtyka pod nos Grażyny portret młodego mężczyzny.)

GRAŻYNA: To wasz tata.

NIKOSIA: Nieee…

GRAŻYNA: Zobacz, jaki był kiedyś przystojny.

NIKOSIA: To nie ojciec.

GRAŻYNA: Tak wyglądał, zanim się stoczył.

NIKOSIA: Naprawdę?

GRAŻYNA: No, mówię ci. Przecież pamiętam.

NIKOSIA: To kiedy oni się tu wprowadzili?

GRAŻYNA: A jakoś zaraz po ślubie.


NIKOSIA: Nie pamiętam go takiego.

GRAŻYNA: Byłaś jeszcze sraluchem, to jak masz pamiętać? Na początku jeszcze się starał, wyjeżdżał za chlebem, a potem zaczął chlać.

(Grażyna znajduje album ze zdjęciami ślubnymi Sardynianów.)

Patrz na to.

(Pokazuje Nikoli rodziców na ślubnym kobiercu.)

NIKOSIA: O ty, w mordę! Oni naprawdę byli kiedyś zakochani! Patrz na te maślane oczy!

(Nikola pokazuje palcem.)

Przepraszam. Wyrwało mi się.

(Śmieje się Nikola.)

GRAŻYNA: Właściwie, co mi tam? Możesz mi mówić na „ty”. Tyle lat się znamy i tylko „pani”, „pani”… Teraz to my prawie jak rodzina.

NIKOSIA: Ja mam coś nie tak z tym mówieniem ludziom po imieniu.

(Śmieje się dziewczyna.)

GRAŻYNA: Daj spokój. Mów, jak ci wygodnie. Musimy trzymać się razem. Wszyscy jesteśmy samotni.

NIKOSIA: Dobra, Grażka, nie pierdol, tylko ukrój ciacha.

(Kobiety wybuchają śmiechem.)

FILIPEK: Ale ty to jesteś…

NIKOSIA: No, jaka?

FILIPEK: Nierozczesana…

(Grażyna z Nikolą zanoszą się śmiechem.)

Co?


NIKOSIA: Nieokrzesana, cymbałku. I nie jestem!

Scena 3.

(Mieszkanie Sardynianów. Nikola wraz z Przemkiem spędzają razem czas – gawędzą, piją herbatę, przeglądają pozostałe rzeczy Sary.)

NIKOSIA: A z tym pierścionkiem nigdy się nie rozstawała. Był w depozycie. Trochę szkoda, bo chciałam ją z nim pochować.

PRZEMEK: Pierścionek z czerwonym oczkiem nie jest zbyt pretensjonalny?

NIKOSIA: Coś ty, to jej ulubiony kolor.

PRZEMEK: To zaręczynowy?

NIKOSIA: Chyba tak.

PRZEMEK: Zostawisz go sobie?

NIKOSIA: A nie wiem. Nie podoba mi się za bardzo.

PRZEMEK: Ale to jednak pamiątka.

NIKOSIA: Zobaczymy. Pokażę ci coś lepszego. Poczekaj.

(Nikola idzie do swojego pokoju, przebiera się w sukienkę po Sarze i pokazuje się Przemkowi.)

Tada!

PRZEMEK: O jacie…

NIKOSIA: Tak dobrze czy tak źle?

PRZEMEK: Robi wrażenie.

NIKOSIA: Zauważyłam. Pozytywne czy negatywne?

PRZEMEK: To bardzo ładna sukienka. Wyglądasz szałowo.

NIKOSIA: Jest starsza ode mnie.


PRZEMEK: W takim razie, jest w świetnym stanie.

NIKOSIA: Nie była zbytnio eksploatowana. Podobno Sara miała ją na sobie, a raczej nie miała jej na sobie, gdy zostałam poczęta.

PRZEMEK: Ou…

NIKOSIA: Nie rób takiej miny. Była prana.

PRZEMEK: To czyni ją mniej dziwną?

NIKOSIA: Odrobinę. Grażyna mnie namówiła, żebym ją zachowała.

PRZEMEK: Wyglądasz w niej obłędnie, więc może to wystarczy.

NIKOSIA: Niech ci będzie.

(Pauza.)

PRZEMEK: Wczoraj Judyta oddała mi moje rzeczy, które u niej zostawiłem.

NIKOSIA: Czekasz na mój komentarz?

PRZEMEK: Sam nie wiem.

(Nikola drapie się po głowie.)

NIKOSIA: Gratuluję? Nie bardzo wiem, jakiego słowa powinnam użyć.

PRZEMEK: Nie żalę się ani nie chwalę. Chcę tylko powiedzieć, że dowiedziałem się, jak doszło do tego pożaru.

NIKOSIA: To ciekawe. Oświeć mnie.

PRZEMEK: Nie wiem, czy Judyta wspominała ci o problemach alkoholowych jej matki.

NIKOSIA: Tak. Subtelne ujęcie tematu pijaństwa.

PRZEMEK: Policja ustaliła, że to ona po pijaku zaprószyła ogień. Towarzystwo ubezpieczeniowe podejrzewa, że to nie był wypadek.

NIKOSIA: Chciała wyłudzić odszkodowanie?


PRZEMEK: I tu jest pies pogrzebany…

NIKOSIA: Ej, zostaw psinę w spokoju. Co masz na myśli?

PRZEMEK: Przypuszczam, że Judyta maczała w tym palce.

NIKOSIA: Co? Skąd ten pomysł?

PRZEMEK: Ostatnio ciągle kłóciła się z matką i cały czas powtarzała, że musi ją wykluczyć ze swojego życia.

NIKOSIA: Tak jej poradziłam.

PRZEMEK: Mogłem się tego spodziewać. Wykluczasz z życia każdego, kto postępuje nie po twojej myśli.

NIKOSIA: Czepiasz się.

PRZEMEK: OK, nie będę.

NIKOSIA: Co z Dziunią?

PRZEMEK: Nie chciałem w to wnikać.

(Pauza.)

Od kiedy to podpalenia stały się najlepszym sposobem na pozbywanie się problemów?

NIKOSIA: Ogień trawi dowody. Może o to chodzi?

PRZEMEK: Może. Ich popularność bardzo wzrosła w ostatnim czasie.

NIKOSIA: Naprawdę? Nie zauważyłam.

PRZEMEK: Ostatnio ten gość, teraz Zaklinaczka Mody…

NIKOSIA: Jaki gość?

PRZEMEK: To ty nic nie wiesz?

(Nikola potrząsa głową.)


Jakiś ekscentryczny producent zjarał się we własnym domu. Nie żal mi typa, bo podobno do świętości to mu daleko, ale cała sprawa była bardzo dziwna. Facet został znaleziony w swojej salce kinowej. Był przykuty do fotela, więc to już jest podejrzane. Ale najgorsze jest to, że jego zwęglonym zwłokom czegoś brakowało…

NIKOSIA: Czego?

PRZEMEK: Trzymaj się, bo to drastyczne.

(Pauza.)

Koleś miał wepchniętego do gęby własnego wacka!

NIKOSIA: O kurde…

PRZEMEK: Może cię to zdziwi, ale po dochodzeniu stwierdzono, że to nie morderca był najbardziej porąbany. Ten cały producent podobno molestował siostrę, bzykał matkę, a na koniec ją zabił.

NIKOSIA: Ręka sprawiedliwości… A co z mordercą?

PRZEMEK: Ogień zniszczył wszystkie ślady. Tak twierdzi policja. Chociaż  wiem z zaufanego źródła, że nie szukała zbyt dokładnie, dowiedziawszy się, że gość był zwyrodnialcem. Od wyroku wywinął się chorobą psychiczną. Kto wie, kogo jeszcze ten psychol miał na sumieniu…

(Pauza.)

NIKOSIA: Ja wiem…

(Przemek otwiera szeroko usta w niedowierzaniu.)

PRZEMEK: Niki, co ty mówisz…?

NIKOSIA: Nie udawaj. Nie mogłam tego tak zostawić. Ten fiut zabił mi Martynę…

(Nikola zaczyna płakać.)

PRZEMEK: Nie wiem, co powiedzieć…

NIKOSIA: Sam stwierdziłeś, że to nie morderca był najbardziej porąbany.


PRZEMEK: Zwariuję z tobą… Kim ty jesteś? Wchodzisz w kompetencje Pana Boga? Jak mogłaś zrobić coś tak odrażającego? Jak w ogóle na to wpadłaś? To chore…

NIKOSIA: On naprawdę był nietykalny… Po tym, jak zostawił Martynę pod drzewem i jak go zobaczyłam, śmiał się w głos. Był cholernie pewny siebie… Właśnie ta jego nieuchwytność była chyba najbardziej upokarzająca. Chciałam poniżyć go tak, jak jeszcze nikt go nie poniżył… Chciałam widzieć jego cierpienie… Chciałam zobaczyć jakąkolwiek emocję na jego ryju i… ten strach, który widziałam u nieżywej Mati… Ona na to nie zasłużyła, a on tak… Miałam czekać, aż uzbiera się tyle jego ofiar, że w końcu sprawiedliwość go dosięgnie? A może miałam liczyć na to, aż Pan Bóg zrzuci mu na łeb śmiercionośną cegłę? Nie wierzę w to, ale nawet gdyby został ukarany pośmiertnie, to co komu po tym? Żyjemy tu i teraz. Może Bóg też zlitowałby się nad nim, wiedząc, że ma żółte papiery. Nie musisz rozumieć ani akceptować mojego postępowania, ale nie potępiaj mnie. Mówiąc o mordercy, byłeś przekonany o słuszności jego czynu, ale gdy dowiedziałeś się, że to ja nim jestem, wyskakujesz mi tu z Panem Bogiem. Jedni rozwiązują problem, a drudzy udają, że go nie ma. Zaakceptuj mnie taką, jaką jestem, z tym całym moim życiowym bajzlem.

PRZEMEK: Chciałbym, ale nie wiem, czy potrafię.

NIKOSIA: Już wszystko sobie poukładałam, zarobiłam wystarczająco dużo pieniędzy, żeby móc się usamodzielnić, mam zamiar się przeprowadzić do lepszej dzielnicy, znaleźć sobie normalną pracę i uczyć się zaocznie w jakimś ogólniaku. Chyba tak to miało wyglądać? Nie każdy musi być kryształowy, żeby normalnie żyć.

(Pauza.)

PRZEMEK: Niki… Kocham cię. Chcę, żebyś o tym wiedziała, bez względu na to, jak to się dalej potoczy. To najlepsza i jednocześnie najgorsza rzecz, jaka mnie spotkała. Najlepsza – bo nie znam drugiej tak dojrzałej osoby, jak ty; jesteś naprawdę fantastycznie pieprzniętym człowiekiem. Najgorsza – bo nie wiem, czy będę umiał żyć z kimś, kto doświadczył piekła na ziemi.

NIKOSIA: Przecież ty już ze mną żyjesz… Czy kiedykolwiek było ci ze mną źle? Wcześniej cię zbywałam – nie chciałam, żebyś tracił na mnie czas. Ale teraz sama wychodzę ci naprzeciw, bo wiem, że nigdy cię nie skrzywdzę, a jak ktoś skrzywdzi ciebie, to go zakatrupię.

(Przemek wywraca oczami.)

Sorry, głupi żart.

(Pauza.)


Spróbuj. Może z tą całą moją pokracznością będzie ci do twarzy.

(Uśmiecha się Nikola.)

Ty wiesz o mnie wszystko, a ja nie mam pewności, czy nie trzymasz pod łóżkiem zabawek sado-maso, a w szafie bezgłowego misia albo klauna z przekrwionymi oczami.

(Pauza.)

Każdy ma swoje potwory. Ty masz mnie.

(Przemek obejmuje Nikolę, zaczyna ją całować. Dziewczyna przerywa romantyczne uniesienie.)

NIKOSIA: Miesiąc temu badałam się na HIV. Tak tylko…

(Chłopak kontynuuje. Nikola ponownie przerywa.)

Nie wspomniałam o najważniejszym – jestem czysta.

PRZEMEK: Nikola…

NIKOSIA: Sorry, jestem nieśmiała. Czuję się nieswojo.

(Para śmieje się, po czym poważnieje. Między Nikolą a Przemkiem dochodzi do zbliżenia. Zakochani zasypiają w objęciu. Po odbyciu drzemki, chłopak wyrywa się z uścisku, zostawia Nikoli wiadomość, a następnie wychodzi. Gdy ta budzi się ze zdziwioną miną, znajduje liścik i czyta go na głos.)

„Przepraszam… Nie umiem… Nie miej do mnie żalu…” – wiedziałam…

(Dziewczyna kuli się pod kocem, wyraźnie pogrążona w smutku. Z zamyślenia wyrywa ją dzwonek do drzwi. Nikola otwiera je i widzi wielkiego klauna. Jej krzyk przerywa chowający się za nim Przemek.)

PRZEMEK: Sorry, nie mogłem się powstrzymać.

(Śmieje się chłopak.)

NIKOSIA: Ale z ciebie kutach!

(Nikola okłada po trochu Przemka i klauna.)


Zabiję cię!

PRZEMEK: Mam nadzieję, że zawsze uda mi się wychwycić, kiedy żartujesz, a kiedy mówisz serio.

(Nabija się chłopak.)

NIKOSIA: Podpowiedzią może okazać się przedmiot trzymany w moim ręku, adekwatny do sytuacji.

(Nikola posyła Przemkowi zadziorny uśmiech okraszony wyszczerzonymi zębami.)

***