Pewnego
słonecznego dnia majętna kobieta prowadzi ożywioną rozmowę z panią architekt,
która uwzględniając jej szczególne życzenia, podjęła się przebudowy niewielkiej
galerii sztuki na dom.
-
Wiem, że jestem upierdliwa, ale przespałam się z tym wstępnym projektem góry i
jednak nie podoba mi się. Chyba na głowę upadłam, żeby urządzić tak
cukierkowo-pudrowo te dwie sypialnie albo już zupełnie się postarzałam i
rozczulają mnie nawet kolory.
-
Nie kwestionuję pani wyborów. Jak będzie trzeba, pozmieniam wszystko tyle razy,
ile ma pani pomysłów.
-
Tak, tak, jasne, rozumiem. Podoba mi się ta żółta wstawka. Czyta mi pani w
myślach - zachwyca się kobieta, widząc postępy w projekcie budynku.
-
Góra jest teraz dużo bardziej stonowana niż dół. O to pani chodziło?
-
Aa... Sama nie wiem, o co mi chodziło. Zmieniam zdania jak brudną bieliznę. Wie
pani, uwielbiam kolory, ubóstwiam, ale trzeba postradać zmysły, żeby czuć się
dobrze w pomieszczeniu wytapetowanym kratką. Nie wiem, co mi wcześniej
strzeliło do głowy. Tak jest dobrze. Teraz mi się podoba. Uniosłam się sercem,
a w sprawach dekorowania wnętrz potrzeba trochę pomyślunku, żeby później nie
zwariować od nadmiaru wzorków i tej pierdzącej z każdej ściany słodyczy.
-
OK. Wnętrze poprawione. Zostawiamy tak?
-
Pewnie ma pani obawy... Myśli pani: "przyszła bogata, podstarzała jędza i
chce małpować designerów z
katalogów...". Ale to nie tak. Ja już jestem w takim wieku, że guzik mnie
obchodzi opinia otoczenia. I jak mam kaprys urządzić sobie dom we wszystkich
kolorach tęczy, nowocześnie i nonszalancko, to nie ma takiej siły, która
by mnie powstrzymała.
-
Przecież pani nie oceniam. Upewniam się, czy tak miało być, czy dobrze
zrozumiałam pani sugestie - uśmiecha się architektka.
-
To co sobie pani pomyślała, zanim otworzyłam buzię? Teraz może pani powiedzieć.
-
Zdziwiłam się tylko, że nie chce pani rozbudować domu, który zajmuje zaledwie
1/4 terenu.
-
Aa... Podoba mi się obiekt. Jakoś nie pasował na galerię sztuki. Właściciel też
tak uważał, ale nie mógł znaleźć kupca. Na szczęście ja znalazłam jego i
dobiliśmy targu. Teraz ma fundusze na kupno większego budynku i wszyscy są
zadowoleni. A dom... Dom to tylko ładne ściany. Sypialnia. Ludzie przez całe
swoje życie gonią za tym. Najpierw szukają środków, żeby go kupić. Potem, żeby
go wyremontować. Potem, żeby zmienić wystrój. Potem, żeby dopieścić wystrój.
Potem zaczyna się sypać, więc znowu remont. I tak w koło. Nie mają czasu się
nim nacieszyć. Nie przebywają w nim, harują. Ludzie są zupełnie durni na tym
punkcie. Myślą, że jak będą bogaci, postawią sobie pałac z dwunastoma
sypialniami, szesnastoma łazienkami i salą balową, to będą niebotycznie
szczęśliwi. Tylko dla kogo te wszystkie sypialnie? Gdzie relacje, ogromna
rodzina, wesołe święta? Wie pani, często tzw. single kupują przerażająco
wielkie apartamenty, ba, nawet wille, dla samych siebie. Doprawdy, nie
rozumiem, jak można trwonić cały swój majątek na kawał betonu, na te wszystkie
pokoje, gabineciki i kryte baseny. Kto normalny, no, taki bez kompleksów pakuje
się w coś takiego? Nie potrafię pojąć, dlaczego bezdzietni, niezamężni fundują
sobie wille i pałace. Po co? Żeby pomieścić swoje insygnia? Czy raczej ego? Ja
myślę, że każdy jest dzierżawcą tego świata na równi i z jakiej racji
jedni samotnie żyją w gigantycznych domach, a dla innych ławka w parku to aż
nadto?
(Pauza.)
-
A jeśli chodzi o ogród. Dziwiła się pani, że jest kilka wejść i to zupełnie
otwartych. Nie jestem z tych, którzy odgradzają się od innych pięciometrowym
murem, zasłaniają okna roletami, i to najlepiej zewnętrznymi, zawsze zamykają
drzwi na klucz, na zasuwkę, a do tego dla pewności montują łańcuch. Nie jestem
z tych, którzy chronią swój dobytek alarmami, monitoringiem, a u wejścia
wieszają tabliczkę: "Uwaga! Zły pies". Co mi po tym, że nikt mnie nie
obrabuje, jak jutro mój dom może spłonąć i to razem ze mną? Kto wie...? Chcę
żyć w otwartej przestrzeni. Uwielbiam otaczać się ludźmi, dlatego mam duży
ogród przyjazny tym ludziom. Doskonale wiem, że nie każdego na to stać, ale
stać mnie, dlatego chcę się tym dzielić. Co by mi było po furtkach? Jak ktoś
chce, to i tak wejdzie, a tak to przynajmniej nie zrobi sobie krzywdy
jakimiś paskudnymi kolcami w bramie. Jak jakiś bezdomny będzie przechodzić koło
mojej posesji i zobaczy, że jest otwarta na oścież, a tam tyle ławek, to
wybierze sobie którąś i się na niej prześpi. I co? Ubędzie mi przez to? Albo
jak w upalny dzień ktoś będzie chciał się schłodzić wodą z mojej fontanny, to
co? A jak ktoś zobaczy otwarty basen? Mam od razu zakładać, że jego pot
bardziej śmierdzi od mojego? Że jest brudniejszy, chory albo że nasika?
Przydomowy basen to luksus, na który mało kto może sobie pozwolić. Ja to
rozumiem. Niech sobie skorzysta jeden z drugim. Zabije mnie to? A jak jakieś
dzieci będą chciały się pobawić w piaskownicy to co? Mam w nie rzucać patykami?
Bo inne dzieci są gorsze od moich wnuków? Bardziej bałaganią? Nie jestem
niedotykalską paniusią. Do wszystkiego doszłam sama i wiem, że to długa
droga. Nie każdemu się udaje. Nie jestem tą, która pławi się w luksusach samotnie
i modli do przedmiotów, które udało jej się zgromadzić. Nie zbiednieję od tego,
że ktoś powyleguje się na moim hamaku, a i on się od tego nie wzbogaci. Ale dom
jest tylko dla mnie. To, że nikt nie musi mnie prosić o pozwolenie przeczekania
ulewy na werandzie nie znaczy, że może napluć mi na dywan. Dom to nie twierdza,
ale i nie chodnik.
-
A wandale? Oni niszczą wszystko bez powodu.
-
Trudno. Tak jest ten świat urządzony. Jedni budują, inni demontują. Nie
zamienię domu w bunkier. Jak ktoś mi wyryje w ławce serce, to go przecież
nie zlinczuję. Jak ją porąbie i zabierze na rozpałkę też nie. To tylko rzecz.
Jak mi dzieciaki poniszczą rabaty, to przynajmniej jakiś losowy ogrodnik będzie
mieć pracę. Nie umiem pozamykać się i trzymać tego wszystkiego tylko dla
siebie. A może zwyczajnie nie chcę.