piątek, 15 lipca 2016

Święty lans, AKT VIII

AKT VIII
Scena 1.

(Trwa uroczysty obiad z okazji Komunii Filipa. Stół obficie zastawiony dobrym jedzeniem i alkoholem. Atmosfera jest wesoła, a podniosłość kończy się tam, gdzie zaczynają się dialogi.)

MĄŻ SARY: Synku, muszę ci powiedzieć, że tata jest z ciebie dumny.

FILIPEK: A ja z taty nie.

MĄŻ SARY: Ale co ty mówisz, Fi?

FILIPEK: Nic.

MĄŻ SARY: Powiedz, powiedz. Nie wstydź się.

FILIPEK: Wóda na Komunii to przesada.

MĄŻ SARY: Oj synuś, co ty mówisz… To taka polska gościnność. Tak wypada.

FILIPEK: I może wypada się schlać?

MĄŻ SARY: W rodzinie, jak to mówią, wszystko wypada. Nawet zęby. Ha, ha, ha, ha!

(Nagle rozlega się śmiech gości, po czym mężczyzna, sięgając po flaszkę, osuwa się na podłogę, a następnie uderza głową o rant stołu. Po wszystkim przybiega z kuchni Sara.)

SARA: Co się tu dzie… je? O mój Boże… Niech go ktoś podniesie! Grażka, pomóż mi! Zadzwońcie po karetkę!

GRAŻYNA: Jezu… Chyba wybił sobie zęby.

NIKOSIA: O ironio…

(Nikola nie rusza sie z miejsca i spokojnie przeżuwa posiłek.)

GRAŻYNA: Matko… Sara, on chyba nie żyje.

SARA: Co ty mówisz… On tylko stracił przytomność… Jest bardzo pijany…

(Pauza.)


Ktoś zadzwonił po to pogotowie?

GRAŻYNA: Tak, Halinka.

SARA: Czemu nie przyjeżdżają?

(Sara  z przerwami robi mężowi masaż serca.)

NIKOSIA: Mamo, on nie żyje, odpuść.

SARA: Co? Nie mów tak. Nie można tak mówić. Za długo to trwa… Dlaczego nie przyjeżdżają?!

GRAŻYNA: Sara…

SARA: Co?! O co wam, do diabła chodzi?! Gdzie ta cholerna karetka?!

NIKOSIA: Już nie będzie potrzebna.

SARA: Zamknij się, wstręciuchu! Wyrodny bachorze!

(Sara z obłędem w oczach strąca ze stołu wszystko, co popadnie. Płacze, krzyczy i wyzywa każdego, kto na nią spojrzy. Kiedy ciska butelką wódki w obraz Matki Boskiej, odzywa się Nikola.)

NIKOSIA: Ona niczemu nie jest winna! Uspokój się, durna kobieto! To ty jesteś do dupy matką!

Scena 2.

(Scena następująca po przyjeździe karetki pogotowia.)

SANITARIUSZ: Przykro mi, pani Sardynian.

SARA: Ale jak to przykro? To wszystko? Co mi po twoim przykro? Mam się tym nażreć?! Bo nie wiem, co!

SANITARIUSZ: Niestety, wezwano nas na próżno. Pani mąż nie żyje, a zgon może orzec tylko lekarz. Najlepiej rodzinny. Będzie musiała pani uregulować koszt przyjazdu karetki.

SARA: Że co?! Że niby, kurwa co?


GRAŻYNA: Wynoście się stąd. Już.

SANITARIUSZ: My tylko wypełniamy swoje obowiązki. Ten pan nie żyje od jakichś czterdziestu minut. Nie byliśmy tu potrzebni.

GRAŻYNA: Może, gdybyście przyjechali szybciej, bylibyście potrzebni. A teraz wynocha!

SANITARIUSZ: Z całym szacunkiem, ale to zatrucie alkoholowe. Takich pijaczków jest na pęczki. Złoty strzał.

SARA: Ty gnido! Sam jesteś „tylko”! Ściero! Szmaciarzu, wypierdalaj! Obyś zdechł, pajacu!

GRAŻYNA: Ćsii… Spokojnie… Panowie już wychodzą.

(Wychodząc, ten sam sanitariusz, zaczepia w progu Nikolę.)

SANITARIUSZ: My się znamy?

NIKOSIA: Nie.

SANITARIUSZ: Oj, coś mi się wydaje, że jednak tak.

NIKOSIA: Umarł mi ojciec, chuju. Trochę szacunku dla drugiego człowieka. Daruj sobie podryw.

SANITARIUSZ: Dziwka nie będzie mnie umoralniać.

NIKOSIA: Wyjdź stąd.

SANITARIUSZ: Jeszcze jedno – właśnie posuwałem taką jak ty, gdy dostaliśmy wezwanie. Hm… może dlatego nie zdążyliśmy. Ha, ha, ha, ha!

(Pracownicy pogotowia wychodzą. Atmosfera jest napięta. W mieszkaniu Sardynianów panuje chaos. Tymczasem Nikola zamyka się w łazience, rozpacza i ścina żyletką długie pasma włosów.)

Scena 3.

(Plac zabaw. Nikola huśta się leniwie i patrzy w niebo. Spotyka ją Przemek.)

PRZEMEK: Cześć! Jesteś sentymentalna.


NIKOSIA: Co takiego?

PRZEMEK: Jak to co? Wróciłaś w nasze miejsce.

NIKOSIA: Jakie nasze miejsce?

PRZEMEK: Hej, pamiętasz mnie? Jestem Przemek. Twój klient. Mówi ci to coś?

NIKOSIA: Daj mi spokój.

PRZEMEK: Co ci się stało z włosami?

NIKOSIA: Zostaw mnie.

PRZEMEK: OK.

(Odchodzi.)

NIKOSIA: Poczekaj.

(Pauza.)

Ojciec mi umarł.

PRZEMEK: Kurczę… Przepraszam cię bardzo. Nie miałem pojęcia.

NIKOSIA: Posiedzisz ze mną?

PRZEMEK: Jasne.

(Długa pauza.)

Co się stało twojemu tacie?

NIKOSIA: Zapił się na Komunii mojego brata.

PRZEMEK: Powinienem ci współczuć czy nie było z niego żadnego pożytku poza wkładem w danie wam życia?

NIKOSIA: Nawet to nie było szczególnie pożyteczne.

PRZEMEK: Nie mów tak. To nieprawda.


NIKOSIA: Pozwól mi mówić to, co myślę. Tylko kompulsywne świry tłumią swoje myśli. Wierzą w to, że jak pomyślą o czymś zbyt głośno, to stanie się coś złego. Moc sprawcza myśli i klątwa mowy… Uważam swoje życie za bezwartościowe i zbędne. Czy to znaczy, że jutro zabije mnie spadająca cegła?

PRZEMEK: Nie wierzysz w jedną klątwę, ale kurczowo trzymasz się innej. Dziecko alkoholika musi być skazane na klęskę?

NIKOSIA: Alkoholik a zwykły pijak to zupełnie inne osoby. Ten pierwszy pije, bo go stać, a drugi sprzeda własną rodzinę i ostatni skrawek tapety ze ściany, żeby tylko mógł się schlać. Takie życie bez życia. Alkoholik miewa stany trzeźwości, a pijak żyje od kaca do kaca, kacem poganiany.

PRZEMEK: To, że twoje życie jest teraz szczytem beznadziei, wcale nie musi oznaczać, że będzie nim zawsze. Dojrzejesz, znajdziesz pracę, usamodzielnisz się, a potem sama założysz rodzinę, która będzie tą wymarzoną, zupełnie inną niż obecna.

NIKOSIA: Albo całkiem się stoczę.

(Pauza.)

Już wylądowałam na ulicy.

PRZEMEK: Nie potępiam tego. Nawet rozumiem. Można to wytłumaczyć. Chcesz być samowystarczalna, a do tego potrzeba pieniędzy i to niemałych. Może teraz widzisz tylko takie wyjście, ale tak nie musi być zawsze.

NIKOSIA: Powiem ci coś, czego nigdy nikomu nie mówiłam. Zrezygnowałam ze szkoły, żeby już nie zrzynać takiej, co to wszystko po niej spływa. Zawsze kreowałam się na twardzielkę z wielką gębą, ale muszę w końcu to przyznać – wstydzę się chodzić do szkoły. Jestem zaniedbana. Mam zniszczone, paskudne ciuchy nie pierwszej świeżości, fryzjera nie widziałam od dziecka, pochodzę z patologicznej rodziny. Ja wiem, że to nie moja wina, że to nie jest na zawsze, ale takich ludzi jak ja od razu się przekreśla. Byłam traktowana jak trędowata, jak głąb, jak coś, co nie powinno stąpać po tej ziemi, bo ją pobrudzi i zarazi jakimś syfem. Tylko Martyna chciała się ze mną zadawać. Ona miała to szczęście, że jej ojciec wykończył się na długo przed moim. Jej matka to ogarnięta babka. Poszła do pracy i zaczęły sobie jakoś radzić we dwie. Moja Sarita to Śpiąca Królewna. Żyje w swoim świecie, trochę jak dziecko chore na autyzm. Nic jej nie obchodzi. Zakochana w swojej twórczości expoetka. Żyje tym, co już dawno odeszło. Trzeba dbać o siebie na tym świecie, a o mnie nie ma kto dbać.

PRZEMEK: A jakaś dalsza rodzina?


NIKOSIA: Skrajność. Znam tylko z opowieści.

PRZEMEK: A co z tą twoją przyjaciółką? Jej ojciec to też patologia?

NIKOSIA: Tak. Ostro łoili razem z moim. Kumple od kielicha. A Martyna… nie żyje.

PRZEMEK: Ojej… Od dawna?

NIKOSIA: Od niedawna.

PRZEMEK: Jak sobie z tym radzisz?

NIKOSIA: Wcale. Ta mała durnota była moją powierniczką, bratnią duszą, pocieszycielką, siostrą, aniołem stróżem, przyjaciółką, ukochaną, wszystkim. Chociaż to ja zawsze byłam tą twardą, uodpornioną na każdą krzywdę i tragedię.

PRZEMEK: Jak umarła?

NIKOSIA: Została zamordowana.

PRZEMEK: Naprawdę? Taka młoda dziewczyna? Dlaczego? Kto miał w tym cel? To chore.

NIKOSIA: To ona wkręciła mnie w ten biznes. Siedziała w tym od kilku lat. Chciała wesprzeć finansowo matkę. Wmawiała jej, że a to roznosi ulotki, a to sprząta, a to załapała się do pracy w myjni ręcznej, takie tam. Tylko, że to są grosze. Wszyscy wiedzieli, tylko nie pani Grażyna. Mati mówiła, że to dobry myk i zaczęłam robić tak samo. Jej plan na ułożenie sobie życia miał tylko jedną wadę – nie zakładał, że pojawi się psychopata, który ją zabije.

PRZEMEK: To straszne, Niki… Nie wiem, co powiedzieć.

NIKOSIA: To ja nie wiem, po co ci o tym wszystkim opowiadam.

PRZEMEK: Bo tego potrzebujesz. Każdy musi się czasem wygadać. A ty masz dużo do powiedzenia. Jesteś z tym zupełnie sama. Tak się nie da funkcjonować.

NIKOSIA: Kiedyś myślałam, że to normalny stan rzeczy.

PRZEMEK: To nie jest normalne. A już na pewno nie jest zdrowe. Jeśli przez całe swoje życie wszystko w sobie dusisz, to w końcu stanie się coś złego. Coś w tobie pęknie i sama staniesz sie psychopatką. To brzmi śmiesznie i abstrakcyjnie, ale wierzę w to. Zaczniesz zabijać ludzi za to, że krzywdzą, za to, że istnieją, staniesz się kopią własnych rodziców


i swoją frustrację będziesz wyładowywać na kogo popadnie. Ofiara stanie się katem. To stąd się biorą te wszystkie świry – nałogowcy, zbrodniarze, chorzy psychicznie. Trzeba rozmawiać. Komunikacja to najlepsza terapia.

NIKOSIA: Tylko proszę cię, nie zgrywaj psychoterapeuty ani bratniej duszy.

PRZEMEK: Dlaczego? Każdy może być takim psychoterapeutą. Musi tylko umieć słuchać. I wiem, że właśnie straciłaś swoją bratnią duszę, ale może spotkaliśmy się w odpowiednim momencie. Może jest mi pisane zastąpienie jej.

NIKOSIA: Mati była niezastąpiona.

PRZEMEK: Wiem, ale rola, którą odegrała w twoim życiu tak.

NIKSOIA: Nie wierzysz w przypadki, co?

PRZEMEK: Nie. Myślę, że wszystko jest już dawno zaplanowane.

NIKOSIA: Więc tak naprawdę nie mamy na nic wpływu?

PRZEMEK: Mamy – na czas, okoliczności, miejsca. Ale uważam, że co się odwlecze, to nie uciecze. Spotykamy konkretnych ludzi po coś i nawet, jeśli nie poznamy kogoś teraz, to pojawi się on w innej sytuacji.

NIKOSIA: Idąc tym tropem – gdybyś nie był moim klientem, to…

PRZEMEK: …to pewnie spotkalibyśmy się w szkole, na przystanku, w sklepie, tutaj, gdziekolwiek.

NIKOSIA: Dzięki.

PRZEMEK: Za co?

NIKOSIA: Za terapię.

PRZEMEK: Pomogło?

NIKOSIA: To się okaże. Może właśnie uchroniłeś przede mną jakąś duszyczkę.

(Wymiana uśmiechów.)

PRZEMEK: Spotkamy się jakoś niedługo?


NIKOSIA: Jutro pogrzeb. Muszę pójść. Ale pojutrze zabiorę cię do naszej tajnej bazy. Wiesz, skoro masz być moją zapasową bratnią duszą… Muszę cię oswoić.

PRZEMEK: Czuję się zaszczycony.

NIKOSIA: I słusznie. To bardzo luksusowe miejsce.

PRZEMEK: W takim razie, do zobaczenia.

NIKOSIA: Na kozetce.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz