AKT
III
Scena
1.
(Nazajutrz.
Supermarket. Sara rozmawia z Grażyną.)
SARA: Nie mam od kogo pożyczyć na Komunię.
GRAŻYNA: Sara, nie dam, bo nie mam. I nie patrz tak na
mnie. Sama muszę kupić jakiś prezent, o ile mnie zaprosicie. Co najwyżej mogę
pomóc ci w przygotowaniach.
SARA: Jasne. Dzięki. Jesteś wielka.
GRAŻYNA: Jak się czujesz? Dzieci nie dawały mi spokoju.
Ciągle pytały, co ci się stało.
SARA: Mam problemy.
GRAŻYNA: To wiem. Ale co ja im powiem, jak ci znowu odwali?
SARA: Nie odwali. Odwalanie kosztuje, a mnie na to nie
stać. Muszę skołować kasę na święto mojego dziecka. Teraz to mnie trapi.
GRAŻYNA: Nie możesz poprosić rodziców?
SARA: Uwzięliście się? Nie mam z nimi kontaktu od
narodzin Nikosi. Odwrócili się ode mnie. Nie mogę ich raptem prosić o pożyczkę.
GRAŻYNA: To poproś o darowiznę. Przestań unosić się
honorem, tylko weź się w garść, dziewczyno. Dzieciaki nie mogą ponosić
konsekwencji twoich głupich decyzji!
SARA: Masz rację. Jeszcze nie wiem, jak, ale zrobię to.
Odwiedzę ich i poproszę o jałmużnę…
Scena
2.
(Martyna
z Nikolą siedzą na trzepaku i plują na odległość.)
MATI: Co ci zależy spróbować? To nie boli aż tak bardzo.
NIKOSIA: Dzięki, postoję.
MATI: Będziesz mieć forsę, głupku.
NIKOSIA: Mam się puszczać? Wolę paść z głodu.
MATI: Każda praca wymaga narzędzi. Niki, to tylko
narzędzie… Wolisz kraść albo żebrać? Odbierać komuś to, na co zapracował?
Prosić o pieniądze, nie dając niczego w zamian? To tylko praca…
NIKOSIA:
Nie chcę tak.
MATI: A jak? Ojciec – pijak. Matka – wariatka. Do tego brat – jeszcze dzieciak. Na które
z nich liczysz? Musisz sama się o siebie zatroszczyć. Ojciec kiedyś się
zapije. Matka ciągle z głową w chmurach… Bredzi o miłości,
nieskończonych studiach i płacze po kątach. W końcu trafi do czubków albo się
wykończy, a ty zostaniesz z Filipem na utrzymaniu.
NIKOSIA: Nie chcę się zeszmacić.
MATI: Nikt nie chce i każdy się szmaci. Każdy jest
czyjąś ścierą do podłogi, popychadłem… A czasem można na tym zarobić…
Scena
3.
(Wielkie
bezkształtne domisko, porośnięte bluszczem, z nieokreśloną liczbą okien,
okienek i okieneczek. Zaciszna weranda ozdobiona kwiatami i rzeźbami
z drewna. Rozmowa toczy się przy herbacie i kruchych bananowych
ciasteczkach.)
MATKA
SARY: Co cię do nas sprowadza, moja
droga Saro?
SARA: Nie sil się na uprzejmości, mamo. Daj spokój z tą
całą otoczką w stylu „ąę”. Nie przyszłam tu na proszoną herbatkę. Powiem
krótko. To nie jest kurtuazyjna wizyta. Przyszłam do was, bo jesteście moją ostatnią
deską ratunku. Potrzebuję pomocy.
MATKA
SARY: Na proszoną herbatkę ubrałabyś
się inaczej… Rozumiem że chodzi o pomoc… materialną?
SARA: Tak. Filip w tym roku przystępuje do Komunii,
a mnie na to nie stać.
OJCIEC
SARY: Uciekłaś od nas wiele lat temu,
żeby związać się z tym prostakiem. Wiedziałaś, że czeka cię życie bez
perspektyw, a teraz masz czelność przychodzić tu i prosić nas
o pomoc?! Nigdy nawet nie widzieliśmy twoich dzieci!
SARA: Nie chcieliście widzieć. Powiedziałam, po co
przyszłam. Na pewno nie po kolejne kazanie. Potrzebuję wsparcia finansowego, na
które was stać, dlatego nie boję się mówić tego bez spuszczonej głowy i miny zbitego psa.
OJCIEC
SARY: Jesteś bezczelna!
SARA: Tylko szczera. Wiem, co wybrałam. Znam swoją
sytuację od podszewki. Lepiej niż wy i ktokolwiek inny. Nie jesteście
moimi spowiednikami. Nie potrzebuję pokuty ani rozgrzeszenia, a jedynie
jałmużny.
MATKA
SARY: Wobec tego, kim jesteśmy?
SARA: Cholernymi bogaczami, którzy sępią nawet pary
skarpet na gwiazdkę dla własnego dziecka.
OJCIEC
SARY: I to ma nas przekonać? Ten roszczeniowy
ton i oczernianie nas?! A co ty zrobiłaś dla własnych dzieci? Jaki los im
zgotowałaś? Przychodzisz do naszego domu, żeby nas pouczać?!
SARA: Nie. Żeby otrzymać pomoc, na którą was stać. Taka
działalność charytatywna.
OJCIEC
SARY: Ludzie potrzebujący pomocy są
skruszeni i pokorni, a ty masz niewyparzoną gębę i zadarty nos, jakby
wszystko ci się należało. Nie chcesz kazania, to nie. Nie potrafisz prosić,
tylko żądać. Nie zasłużyłaś sobie na naszą pomoc. Tylko dobre dzieci zasługują
na wsparcie rodziców. Możesz już sobie pójść.
SARA: W takim razie możesz mnie zwolnić z bycia twoją
córką.
OJCIEC
SARY: Idź już.
MATKA
SARY: Odprowadzę cię.
(W
drodze do drzwi matka Sary zatrzymuje się, by dać jej zawiniątko.)
SARA: Co to jest?
MATKA
SARY: Kilka drobiazgów. Złoty
łańcuszek z medalikiem dla Nikosi, krzyżyk dla Filipka, obrączki ślubne
dla was, zabytkowy zegarek kieszonkowy i kolczyki po babci. To wszystkie
zaległe prezenty. Jak widzisz, chcieliśmy uczestniczyć w waszym życiu.
Niestety, nie udało się. Przydadzą ci się. Możesz zrobić z nimi, co tylko
zechcesz. Są sporo warte. Wystarczy na wyprawienie Komunii. A teraz idź już i
nie przychodź po więcej. To jest wasze.
SARA: Dziękuję.
MATKA
SARY: Nie dziękuj za to, co ci się
należy i nie proś o to, czego się wyparłaś. Nigdy więcej.
SARA: Upokorzeń wystarczy mi na dwa przyszłe życia.
Scena
4.
(Nadal
toczącą się rozmowę Martyny i Nikoli przerywa Sara wracająca od rodziców.)
SARA: Cześć! Udało mi się skołować pieniądze na Komunię
Filipka.
NIKOSIA: Super. Długo musiałaś stać pod latarnią?
(Dziewczyny
wybuchają śmiechem, tłumiąc entuzjazm Sary.)
SARA: Do domu!
NIKOSIA: Nie nadymaj się tak. Przecież żartowałam. To ja
skończę pod latarnią. Ty jesteś za stara. Jak się wkurzasz, robią ci się
zmarszczki.
SARA: Nie pozwalaj sobie. Jak było w szkole?
NIKOSIA: Teraz będziesz mnie przesłuchiwać? Niedługo
wakacje.
SARA: Za kilka miesięcy. Zdasz?
NIKOSIA: Raczej nie.
SARA: To przygotuj się do poprawki. Nie mam do ciebie
cierpliwości.
NIKOSIA: Już tam nie wrócę.
SARA:
Nie wrócisz…?
NIKOSIA: Do szkoły. Dziunia będzie robić wszystko, żeby się
na mnie zemścić.
SARA: Ta od perystaltyki jelit? Co ty znowu
nawywijałaś?!
NIKOSIA: Upokorzyłam ją publicznie. Nie daruje mi tego.
SARA: Jest w twoim wieku. Nie dramatyzuj. Co ona może ci
zrobić?
NIKOSIA: W grę wchodzi nawet oszpecenie.
SARA: W takim razie, jakie masz plany?
NIKOSIA: Będę chodzić do innej szkoły.
SARA: I tak zrobisz wszystko, żeby faktycznie tak się
stało, więc jako wyrozumiała matka muszę się na to zgodzić.
NIKOSIA: Ymm… To już wiem, gdzie byłaś. Wykład matki dla
matki. To co z ta Komunią?
SARA: Wystarczy na ubrania dla nas wszystkich i skromny,
ale uroczysty obiad.
NIKOSIA: A co z prezentem?
SARA: Już mam.
NIKOSIA: Pełna organizacja. Nie poznaję cię.
SARA: A to dla ciebie od dziadków.
NIKOSIA: Medalik? Ale ja już byłam u Komunii.
SARA: Ale ich na niej nie było.
NIKOSIA: Chrzanię to. Zaległych prezencików im się
zachciało… Poza tym ja nie wierzę w Boga ani jego Matkę.
SARA: Nieważne. Nigdy nie trać wiary w człowieka. Ten
medalik już nie jest symbolem Matki Boskiej, tylko twojej matki, która
upokorzyła się dla dobra własnych dzieci. Matki Dzielnej i Walecznej. I
masz go nosić, choćby cię palił w pierś. Nigdy nie zapominaj o tym, że
matka nie odwróci się od ciebie, choćbyś była największą grzesznicą. Rozumiesz?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz