czwartek, 2 czerwca 2016

Święty lans, AKT III

AKT III
Scena 1.

(Nazajutrz. Supermarket. Sara rozmawia z Grażyną.)

SARA: Nie mam od kogo pożyczyć na Komunię.

GRAŻYNA: Sara, nie dam, bo nie mam. I nie patrz tak na mnie. Sama muszę kupić jakiś prezent, o ile mnie zaprosicie. Co najwyżej mogę pomóc ci w przygotowaniach.

SARA: Jasne. Dzięki. Jesteś wielka.

GRAŻYNA: Jak się czujesz? Dzieci nie dawały mi spokoju. Ciągle pytały, co ci się stało.

SARA: Mam problemy.

GRAŻYNA: To wiem. Ale co ja im powiem, jak ci znowu odwali?

SARA: Nie odwali. Odwalanie kosztuje, a mnie na to nie stać. Muszę skołować kasę na święto mojego dziecka. Teraz to mnie trapi.

GRAŻYNA: Nie możesz poprosić rodziców?

SARA: Uwzięliście się? Nie mam z nimi kontaktu od narodzin Nikosi. Odwrócili się ode mnie. Nie mogę ich raptem prosić o pożyczkę.

GRAŻYNA: To poproś o darowiznę. Przestań unosić się honorem, tylko weź się w garść, dziewczyno. Dzieciaki nie mogą ponosić konsekwencji twoich głupich decyzji!

SARA: Masz rację. Jeszcze nie wiem, jak, ale zrobię to. Odwiedzę ich i poproszę o jałmużnę…



Scena 2.

(Martyna z Nikolą siedzą na trzepaku i plują na odległość.)

MATI: Co ci zależy spróbować? To nie boli aż tak bardzo.

NIKOSIA: Dzięki, postoję.

MATI: Będziesz mieć forsę, głupku.


NIKOSIA: Mam się puszczać? Wolę paść z głodu.

MATI: Każda praca wymaga narzędzi. Niki, to tylko narzędzie… Wolisz kraść albo żebrać? Odbierać komuś to, na co zapracował? Prosić o pieniądze, nie dając niczego w zamian? To tylko praca…

NIKOSIA: Nie chcę tak.

MATI: A jak? Ojciec – pijak. Matka – wariatka. Do tego brat – jeszcze dzieciak. Na które z nich liczysz? Musisz sama się o siebie zatroszczyć. Ojciec kiedyś się zapije. Matka ciągle z głową w chmurach… Bredzi o miłości, nieskończonych studiach i płacze po kątach. W końcu trafi do czubków albo się wykończy, a ty zostaniesz z Filipem na utrzymaniu.

NIKOSIA: Nie chcę się zeszmacić.

MATI: Nikt nie chce i każdy się szmaci. Każdy jest czyjąś ścierą do podłogi, popychadłem… A czasem można na tym zarobić…

Scena 3.

(Wielkie bezkształtne domisko, porośnięte bluszczem, z nieokreśloną liczbą okien, okienek i okieneczek. Zaciszna weranda ozdobiona kwiatami i rzeźbami z drewna. Rozmowa toczy się przy herbacie i kruchych bananowych ciasteczkach.)

MATKA SARY: Co cię do nas sprowadza, moja droga Saro?

SARA: Nie sil się na uprzejmości, mamo. Daj spokój z tą całą otoczką w stylu „ąę”. Nie przyszłam tu na proszoną herbatkę. Powiem krótko. To nie jest kurtuazyjna wizyta. Przyszłam do was, bo jesteście moją ostatnią deską ratunku. Potrzebuję pomocy.

MATKA SARY: Na proszoną herbatkę ubrałabyś się inaczej… Rozumiem że chodzi o pomoc… materialną?

SARA: Tak. Filip w tym roku przystępuje do Komunii, a mnie na to nie stać.

OJCIEC SARY: Uciekłaś od nas wiele lat temu, żeby związać się z tym prostakiem. Wiedziałaś, że czeka cię życie bez perspektyw, a teraz masz czelność przychodzić tu i prosić nas o pomoc?! Nigdy nawet nie widzieliśmy twoich dzieci!

SARA: Nie chcieliście widzieć. Powiedziałam, po co przyszłam. Na pewno nie po kolejne kazanie. Potrzebuję wsparcia finansowego, na które was stać, dlatego nie boję się mówić tego bez spuszczonej głowy i miny zbitego psa.


OJCIEC SARY: Jesteś bezczelna!

SARA: Tylko szczera. Wiem, co wybrałam. Znam swoją sytuację od podszewki. Lepiej niż wy i ktokolwiek inny. Nie jesteście moimi spowiednikami. Nie potrzebuję pokuty ani rozgrzeszenia, a jedynie jałmużny.

MATKA SARY: Wobec tego, kim jesteśmy?

SARA: Cholernymi bogaczami, którzy sępią nawet pary skarpet na gwiazdkę dla własnego dziecka.

OJCIEC SARY: I to ma nas przekonać? Ten roszczeniowy ton i oczernianie nas?! A co ty zrobiłaś dla własnych dzieci? Jaki los im zgotowałaś? Przychodzisz do naszego domu, żeby nas pouczać?!

SARA: Nie. Żeby otrzymać pomoc, na którą was stać. Taka działalność charytatywna.

OJCIEC SARY: Ludzie potrzebujący pomocy są skruszeni i pokorni, a ty masz niewyparzoną gębę i zadarty nos, jakby wszystko ci się należało. Nie chcesz kazania, to nie. Nie potrafisz prosić, tylko żądać. Nie zasłużyłaś sobie na naszą pomoc. Tylko dobre dzieci zasługują na wsparcie rodziców. Możesz już sobie pójść.

SARA: W takim razie możesz mnie zwolnić z bycia twoją córką.

OJCIEC SARY: Idź już.

MATKA SARY: Odprowadzę cię.

(W drodze do drzwi matka Sary zatrzymuje się, by dać jej zawiniątko.)

SARA: Co to jest?

MATKA SARY: Kilka drobiazgów. Złoty łańcuszek z medalikiem dla Nikosi, krzyżyk dla Filipka, obrączki ślubne dla was, zabytkowy zegarek kieszonkowy i kolczyki po babci. To wszystkie zaległe prezenty. Jak widzisz, chcieliśmy uczestniczyć w waszym życiu. Niestety, nie udało się. Przydadzą ci się. Możesz zrobić z nimi, co tylko zechcesz. Są sporo warte. Wystarczy na wyprawienie Komunii. A teraz idź już i nie przychodź po więcej. To jest wasze.

SARA: Dziękuję.

MATKA SARY: Nie dziękuj za to, co ci się należy i nie proś o to, czego się wyparłaś. Nigdy więcej.


SARA: Upokorzeń wystarczy mi na dwa przyszłe życia.

Scena 4.

(Nadal toczącą się rozmowę Martyny i Nikoli przerywa Sara wracająca od rodziców.)

SARA: Cześć! Udało mi się skołować pieniądze na Komunię Filipka.

NIKOSIA: Super. Długo musiałaś stać pod latarnią?

(Dziewczyny wybuchają śmiechem, tłumiąc entuzjazm Sary.)

SARA: Do domu!

NIKOSIA: Nie nadymaj się tak. Przecież żartowałam. To ja skończę pod latarnią. Ty jesteś za stara. Jak się wkurzasz, robią ci się zmarszczki.

SARA: Nie pozwalaj sobie. Jak było w szkole?

NIKOSIA: Teraz będziesz mnie przesłuchiwać? Niedługo wakacje.

SARA: Za kilka miesięcy. Zdasz?

NIKOSIA: Raczej nie.

SARA: To przygotuj się do poprawki. Nie mam do ciebie cierpliwości.

NIKOSIA: Już tam nie wrócę.

SARA: Nie wrócisz…?

NIKOSIA: Do szkoły. Dziunia będzie robić wszystko, żeby się na mnie zemścić.

SARA: Ta od perystaltyki jelit? Co ty znowu nawywijałaś?!

NIKOSIA: Upokorzyłam ją publicznie. Nie daruje mi tego.

SARA: Jest w twoim wieku. Nie dramatyzuj. Co ona może ci zrobić?

NIKOSIA: W grę wchodzi nawet oszpecenie.

SARA: W takim razie, jakie masz plany?


NIKOSIA: Będę chodzić do innej szkoły.

SARA: I tak zrobisz wszystko, żeby faktycznie tak się stało, więc jako wyrozumiała matka muszę się na to zgodzić.

NIKOSIA: Ymm… To już wiem, gdzie byłaś. Wykład matki dla matki. To co z ta Komunią?

SARA: Wystarczy na ubrania dla nas wszystkich i skromny, ale uroczysty obiad.

NIKOSIA: A co z prezentem?

SARA: Już mam.

NIKOSIA: Pełna organizacja. Nie poznaję cię.

SARA: A to dla ciebie od dziadków.

NIKOSIA: Medalik? Ale ja już byłam u Komunii.

SARA: Ale ich na niej nie było.

NIKOSIA: Chrzanię to. Zaległych prezencików im się zachciało… Poza tym ja nie wierzę w Boga ani jego Matkę.

SARA: Nieważne. Nigdy nie trać wiary w człowieka. Ten medalik już nie jest symbolem Matki Boskiej, tylko twojej matki, która upokorzyła się dla dobra własnych dzieci. Matki Dzielnej i Walecznej. I masz go nosić, choćby cię palił w pierś. Nigdy nie zapominaj o tym, że matka nie odwróci się od ciebie, choćbyś była największą grzesznicą. Rozumiesz?

NIKOSIA: Skoro aż tak ci na tym zależy…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz