AKT
XII
Scena
1.
(Akcja
toczy się zgodnie z planem klienta/partnera – z pominięciem wynajętej limuzyny
i „dupeczek”. W samochodzie gra cicha muzyka i unosi się zapach alkoholu
zmieszany z wonią drogich perfum.
Porwany mężczyzna ma na oczach opaskę. Próbuje uzyskać informacje dotyczące
miejsca, do którego mają sie udać, jednak jest stale zbywany. Według kierowcy
ma nie zaprzątać sobie głowy szczegółami, tylko dobrze się bawić i pić do
oporu. Tymczasem auto zatacza spore kółko. Mężczyźni docierają w umówione
miejsce. Producent wydaje się być podekscytowany. Zostaje wyprowadzony z
samochodu i wprowadzony do własnego domu, czego oczywiście nie jest
świadomy. W pomieszczeniu dominuje ciężki, duszący zapach, uwalniający się z
płonących, aromatyzowanych świec. Nikola daje znać partnerowi, żeby wrócił do
auta i czekał na dalsze komendy. Mężczyzna prowadzony jest przez Nikolę do
minisali kinowej, w której nastrój tworzy głośna uwodzicielska muzyka, damskie
seksowne perfumy unoszące się w powietrzu oraz aura tajemniczości. Na ekranie
pojawia sie film pornograficzny. Głosy dobiegające z głośników wyraźnie
podniecają porwanego mężczyznę. Nikola sadza go na jednym z foteli, a następnie
majstruje przy jego rozporku. Zaczyna go pieścić. Zniżonym głosem zagaduje.)
NIKOSIA: Dobrze ci?
KLIENT: Zapowiada się ciekawie.
NIKOSIA: Podoba ci się atmosfera?
KLIENT: Podoba.
NIKOSIA: Masz ochotę na drinka?
KLIENT: Drinka nigdy nie odmawiam.
(Nikola
przykuwa mężczyznę do fotela. Szepcze.)
NIKOSIA: Lubisz takie zabawy? Kręcą cię?
(Producent
tylko się uśmiecha. Nikola podaje mu do ust whiskey, do której uprzednio wrzuca
pigułkę gwałtu, zdobytą przez swojego wspólnika.)
Smacznego.
(Dziewczyna
naprzemiennie poi go i pieści, a w międzyczasie spogląda na zegarek.)
KLIENT: Ładnie pachniesz. Skądś znam ten zapach…
(Lekko
otumaniony obwąchuje Nikolę.)
Czekaj, czekaj… Nie podpowiadaj…
NIKOLA: Kombinuj, kombinuj. A teraz pobawimy sie inaczej…
(Nikola
knebluje mężczyznę i ściąga mu opaskę. Przez chwilę pozwala mu się sobie
przyjrzeć. Ten w wyraźnym osłupieniu wpatruje się w dziewczynę, a następnie
rozgląda się dookoła. Dziewczyna zaczyna łagodnym głosem.)
Coś nie tak?
(Mężczyzna
zaczyna się wyrywać, jednak widać, że robi to resztkami sił. Nikola szepcze mu
do ucha.)
Już nie chcesz zgadywać? A może poznałeś odpowiedź?
(Dziewczyna
spogląda mu w oczy z obrzydzeniem malującym się na jej twarzy.)
To balsam bananowy.
(Porwany
robi wielkie oczy i bezskutecznie próbuje się oswobodzić.)
Znowu się spotykamy…
(Pauza.)
Popatrz – mam Matkę Boską na szyi. Już ci nie
przeszkadza?
(Zaczyna
krzyczeć.)
No jak to?! Już nie jesteś taki wyszczekany?! A
może pozycja ofiary jest ciut mniej dogodna?
(Pauza.)
Co słychać u twojej siostry? Myślisz, że pozbierała
się po tym, co jej zrobiłeś?
(Mężczyzna
próbuje wydobyć z siebie krzyk.)
Oj, daj spokój. Jesteś u siebie. Przecież sam
zleciłeś wygłuszenie tego pomieszczenia.
(Nikola
siada producentowi na kolanach. Twarz ma zwróconą w jego kierunku i patrzy mu
prosto w oczy.)
A jak tam mama? Przerobiłeś z nią Kamasutrę? Lubiła
podduszanie? Czy to ty lubiłeś? Bo już sie pogubiłam…
(Porwany
zaczyna płakać.)
Chcesz sprawdzić, czy będzie ci dobrze?
(Mężczyzna
kiwa przecząco głową.)
Dlaczego nie? Przecież to lubisz.
(Nikola
mówi z zaciśniętymi zębami.)
Podobno to zwiększa doznania…
(Dziewczyna
zaczyna dusić ofiarę. Przestaje, gdy robi się czerwona.)
Co jest? Nie było rajcująco?
(Pauza.)
Ojej, ale ze mnie gapa… To się robi w trakcie
stosunku, prawda?
(Nikola
zaczyna oralnie pieścić mężczyznę. W pewnej chwili patrzy na niego z
wściekłością i… odgryza jego przyrodzenie. Ten usiłuje krzyczeć. Płacze i wije
się z bólu. Dziewczyna siedzi na podłodze i patrzy na jego cierpienie. Wygląda
na zmęczoną.)
Ups… Chyba ci coś popsułam…
(Nikola
sięga po zakrwawiony członek. Zdejmuje cierpiącemu knebel, po czym wpycha mu
jego własny narząd do ust.)
Dław się własnym chujem… Chuju…
(Człowiek
płacze. Ciało odmawia mu posłuszeństwa. Nie ma już siły wierzgać.)
Myślałeś, że tylko ty możesz upokarzać innych i że możesz dymać każdego bez konsek-wencji? Otóż, właśnie wydymałeś samego siebie… Chujowego zdychania, popaprańcu!
(Dziewczyna
pluje mu w twarz.)
Jak już będziesz tam na dole, pozdrów mojego ojca.
Powiedz mu, że jednak nie był aż taki zły.
(Nikola
dusi mężczyznę. Gdy jest już nieprzytomny, jeszcze raz pluje mu w twarz, po
czym siada na podłodze, wyciera twarz i wysyła SMS-a do siedzącego w samochodzie
za rogiem partnera. Treść brzmi: „Nic… Tylko ulga…”.)
Miły obrazek…
(Nikola
zaciera wszystkie możliwe ślady. Wychodząc, celowo strąca kilka świec. Ogień
zajmuje kolejne pomieszczenia. Dziewczyna patrzy na swoje dzieło, po czym
opuszcza miejsce zbrodni wraz ze swoim wspólnikiem.)
KLIENT: Trzymasz się?
NIKOSIA: Później odreaguję.
KLIENT: Wszystko zgodnie z planem?
NIKOSIA: Powiedzmy, że plan został wzbogacony o kilka druzgocących
szczegółów.
KLIENT:
Opowiesz mi?
NIKOSIA: Innym razem.
(Pauza.)
Wiedz, że koleś odpokutował za wszystkie swoje
winy. Bardzo mi pomogłeś. Mam u ciebie dług wdzięczności.
Scena
2.
(Szpital psychiatryczny. Sara wpatruje się w okno i co trochę coś notuje.)
Zapiski Sary:
Scena
3.
(Do
mieszkania Grażyny puka Nikola. W ręku ma bukiet żółtych róż. Grażyna po kilku
minutach otwiera drzwi.)
GRAŻYNA: O, Nikola… Przepraszam, że tak długo. Kąpałam się.
(Grażyna
wyciera włosy.)
NIKOSIA: Mam czas. Mogę wejść?
GRAŻYNA: Jasne, wejdź. Dawno cię nie widziałam.
NIKOSIA: Byłam zajęta. To dla pani.
(Nikola wręcza sąsiadce kwiaty.)
GRAŻYNA: Imieniny miałam prawie pół roku temu, a urodzin
nie obchodzę, bo jestem na to za stara.
NIKOSIA: Wiem. Dzisiaj imieniny obchodziłaby pani wnuczka.
(Nikola
uśmiecha się.)
GRAŻYNA: Co ty mówisz?
NIKOSIA: Piegowata Aurelia…
(Grażyna
zatyka usta ręką.)
GRAŻYNA: Mój Boże… Mati była… w ciąży…?
NIKOSIA: Przykro mi.
GRAŻYNA: Nie wiem, co powiedzieć… Te wszystkie wiadomości
spadły na mnie prawie hurtem… Dlaczego nic mi nie powiedziała?
NIKOSIA:
Ojciec dziecka zmusił ją do aborcji.
GRAŻYNA:
A ja głupia nawet nie zauważyłam… Co ze mnie za
matka…
NIKOSIA: Najlepsza, jaką znam. Nie pozwoliła pani
powiedzieć na Martynę złego słowa.
GRAŻYNA: I co z tego? Nie mam dziecka…
NIKOSIA: Ona też nie miała. Chciała urodzić.
GRAŻYNA: Kiedy to było?
NIKOSIA: Hm… Teraz dzieciaczek miałby jakieś dwa albo trzy
miesiące.
GRAŻYNA: O matko…
(Pauza.)
Dziewczynka?
NIKOSIA: Tak.
GRAŻYNA: Aurelka?
NIKOSIA: No.
(Grażyna
wyciera dłonią łzy.)
NIKOSIA: Pani Grażyno…
GRAŻYNA: Ty mi już nic nie mów. Za dużo.
NIKOSIA: Chcę tylko powiedzieć, że to już koniec.
GRAŻYNA: Nie rozumiem.
NIKOSIA: Jego już nie ma.
GRAŻYNA: Kogo?
NIKOSIA: Bestii…
(Pauza.)
Dokonało się.
(Grażyna
patrzy ze smutkiem w oczach na Nikolę.)
Niezłe widowisko.
(Sąsiadka
podaje rękę Nikoli.)
To koniec, pani Grażyno.
Scena
4.
(Szpital
psychiatryczny. Nikola zostaje wezwana na, tak zwaną, rozmowę nie na telefon
przez lekarza prowadzącego Sarę.)
NIKOSIA: Dzień dobry! Czy może mi pan w końcu powiedzieć,
jaką ważną rozmowę chciał pan ze mną przeprowadzić? Bo rozumiem, że odwiedziny
są nadal niewskazane?
PSYCHIATRA: Pani Nikolo, nie bardzo wiem, jak zacząć.
NIKOSIA: Jeśli stało się coś złego, to lepiej od końca. Nie
ma pan dla mnie dobrych wieści, prawda?
PSYCHIATRA:
Przykro mi, pani Saro.
NIKOSIA: Mam na imię Nikola.
PSYCHIATRA: Ojej, przepraszam bardzo.
NIKOSIA:
Może pan skończyć z tą kurtuazją i przejść do
rzeczy?
PSYCHIATRA: Terapia zalecona przeze mnie pani mamie, niestety
nie przyniosła spodziewanych rezultatów.
NIKOSIA: Jaka terapia? Przecież ja o niczym nie wiem.
PSYCHIATRA: Otóż, zaleciłem pani Sarze pisanie pamiętnika.
NIKOSIA: Mogę wiedzieć, po co?
PSYCHIATRA: Pewne grupy pacjentów znacznie lepiej reagują na
takie niekonwencjonalne metody leczenia.
NIKOSIA: Jakie grupy?
PSYCHIATRA: Między innymi artyści.
NIKOSIA: Moja matka to żadna artystka. Od lat jest kurą
domową i to niezbyt ogarniętą życiowo.
PSYCHIATRA: Chodzi mi bardziej o zapędy twórcze. Pani mama
kiedyś tworzyła, nieprawdaż?
NIKOSIA: Dawno i… nieprawdaż.
PSYCHIATRA: Skontaktowałem się z wydawnictwem, w którym
niegdyś pracowała. Udało mi się zdobyć sporo tekstów jej autorstwa. Dokonałem
częściowej analizy. Jeśli ma pani ochotę zapoznać się z treścią moich notatek,
mogę je pani udostępnić.
NIKOSIA:
Wolałabym sama przeanalizować te teksty.
PSYCHIATRA: Naturalnie, podzielę się z panią kopiami.
NIKOSIA: Czuje pan poezję?
PSYCHIATRA: Przyznam, że ta forma ekspresji twórczej nie bardzo mi odpowiada.
NIKOSIA: To po co się pan za to zabiera?
PSYCHIATRA: Taki mój obowiązek.
NIKOSIA: Guzik z pętelką. Wszyscy poeci mają napukane.
Analiza jest tu zbędna. Poza tym, osoba wypowiadająca się w wierszu to podmiot
liryczny, a nie autor. O tym chyba pan słyszał?
PSYCHIATRA: Proszę wybaczyć, ale nie spotkałem się z panią w
celu prowadzenia debaty o literaturze.
NIKOSIA: Odnoszę wrażenie, że skacze pan z tematu na temat
tylko po to, by nie powiedzieć czegoś wprost.
PSYCHIATRA: Bardzo mi przykro…
(Pauza.)
Pani matka dzisiaj rano targnęła się na swoje
życie.
(Nikola
łapie się za serce i otwiera szeroko usta.)
NIKOSIA: O…
(Pauza.)
PSYCHIATRA: Naprawdę nie wiem, co powiedzieć.
NIKOSIA: Jak to możliwe? Jak… jak to się stało? Jak
mogliście do tego dopuścić? Kto zawinił?
(Nikola
wstaje z krzesła i zaczyna nerwowo krążyć po gabinecie.)
PSYCHIATRA: To się zdarza…
NIKOSIA: Zdarza się? Zdarza się?! W szpitalu
psychiatrycznym, gdzie są lekarze, pielęgniarki, sanitariusze, pasy, leki…?
Jak?!
PSYCHIATRA: Niektórzy pacjenci…
NIKOSIA: Nie obchodzą mnie niektórzy pacjenci! Obchodzi
mnie ten konkretny przypadek! Jak do tego doszło?!
PSYCHIATRA: Proszę się uspokoić.
(Nikola,
patrząc lekarzowi prosto w oczy i opierając ręce na biurku, zaczyna nerwowo
sylabizować.)
NIKOSIA: Jak-tech-nicz-nie-do-te-go-do-szło?!
PSYCHIATRA: Mam się wdawać w szczegóły?
NIKOSIA: Poproszę!
PSYCHIATRA: Pani matka przebiła sobie tętnicę piórem.
NIKOSIA:
Moja matka nie używa pióra. Jest leworęczna.
PSYCHIATRA: Wiem.
NIKOSIA: Więc skąd wzięła to pióro?
PSYCHIATRA: Dostała je ode mnie.
NIKOSIA: Po grzyba dał pan mojej matce pióro?
PSYCHIATRA: To w ramach tej terapii, o której mówiłem.
NIKOSIA: Powiedziała panu, że jest mańkutem?
PSYCHIATRA: Tak.
NIKOSIA: To po cholerę jej to pióro?!
PSYCHIATRA: Spodobało jej się. Chciała je zatrzymać.
NIKOSIA: Nie wierzę… To jednak prawda, co mówią o
psychiatrach… Dać wariatce pióro… No nie… Psychiatra daje pacjentce pióro, żeby
ta mogła się w spokoju, kurwa, zabić! No nie!
PSYCHIATRA: Pani Nikolo, nie wszystko można przewidzieć.
NIKOSIA: Od tego, kurwa jego mać, jest pan, żeby
przewidywać!
PSYCHIATRA: Pani Nikolo, porozmawiamy, jak pani ochłonie.
NIKOSIA: Nie będę z panem rozmawiać. Chyba, że przez
adwokata…
PSYCHIATRA: Słucham?
NIKOSIA: Proszę liczyć się z tym, że zostanie pan oskarżony
o nieumyślne spowodowanie śmierci.
(Lekarz
kiwa głową.)
Co z… ciałem mojej matki?
PSYCHIATRA: Jak pani się, zapewne, domyśla, zostanie poddane
autopsji. To rutynowa procedura w takich przypadkach. O wszystkim zostanie pani
powiadomiona. Rzeczy osobiste pani Sardynian może pani odebrać z depozytu,
okazując dokument tożsamości.
NIKOSIA: Jestem niepełnoletnia.
PSYCHIATRA: Wystarczy legitymacja szkolna.
NIKOSIA: Nie chodzę do szkoły. Jestem sierotą. Mam na
utrzymaniu rodzinę.
(Nikola
zaczyna łkać.)
PSYCHIATRA: W takim razie, załatwię to osobiście. Rzeczy
zostaną wysłane pocztą.
NIKOSIA: OK.
PSYCHIATRA: Proszę przyjąć moje wyrazy współczucia.
(Lekarz
podaje Nikoli rękę, na co ona szepcze.)
NIKOSIA: Pierdol się, zakitlowany doktorku…
Scena
5.
(Nazajutrz
do mieszkania Sardynianów przybywają dziadkowie wraz z Filipem, przerywając
rozmowę Nikoli i Grażyny. Po przywitaniu, chłopiec idzie do swojego pokoju,
a pozostała czwórka siada przy stole.)
GRAŻYNA: Co was sprowadza?
MATKA
SARY: Jak pewnie się pani domyśla,
poinformowano nas o śmierci córki. Ta tragedia bardzo nami wstrząsnęła.
GRAŻYNA: Przez tyle lat nie pamiętaliście o istnieniu Sary,
a teraz jesteście wstrząśnięci? Dla was umarła już dawno temu.
MATKA
SARY: Proszę się liczyć ze słowami.
NIKOSIA:
Po co tak naprawdę przyjechaliście?
MATKA
SARY: Chcieliśmy sprawdzić, jak się
trzymasz.
NIKOSIA: A tak naprawdę?
OJCIEC
SARY: Twój brat jest nieznośny. Źle
się zachowuje, lekceważy nas. Nie możemy sobie z nim poradzić.
MATKA
SARY: Po śmierci mamy zupełnie zamknął
się w sobie. Nie ma z nim kontaktu. Chcieliśmy, żebyś może jakoś na niego
wpłynęła.
NIKOSIA:
Co w tym dziwnego? Mieszka u obcych ludzi, a teraz
stracił matkę.
MATKA
SARY: Może na razie powinien mieszkać
z tobą? Nie umiemy go wesprzeć, skoro jest taki wyobcowany.
GRAŻYNA: Filip nie jest swetrem, który można przekazywać z
rąk do rąk kolejnym koleżankom, z którymi wymienia się łaszkami. Nie może
mieszkać to tu, to tam. Albo podejmujecie się opieki nad nim, albo nie.
MATKA
SARY: Pani Grażyno, proszę nas źle nie
zrozumieć. Jesteśmy dopiero na etapie docierania się. Nas również spotkała
tragedia. Ledwo sami dajemy sobie z tym radę, a to jest jeszcze dziecko –
bardzo zagubione i samotne.
GRAŻYNA: Dziecko, które miało być pod moją opieką.
OJCIEC
SARY: Nie mogliśmy tego przewidzieć.
GRAŻYNA: A Sara przewidziała. Dlatego to mnie poprosiła o
pomoc.
NIKOSIA: Filip zostanie ze mną, a wy idźcie do diabła.
Chcieliście zgrywać wspaniałomyślnych dziadków. Przedstawienie skończone.
Możecie wracać na swoje włości.
MATKA
SARY: Nikosiu, to nie tak. Rozumiem,
że możesz być rozgoryczona, ale
chcieliśmy się zająć twoim bratem, tylko ta sytuacja nas przerosła.
NIKOSIA: No to z Bogiem!
MATKA
SARY: Nawet nie wiesz, jak nam
przykro.
NIKOSIA: Nie obchodzi mnie to.
OJCIEC
SARY: Baśka, daj dziewczynie spokój.
Ma prawo to przeżywać.
MATKA
SARY: A co z pogrzebem?
GRAŻYNA: Wszystko zorganizujemy same.
MATKA
SARY: Czy możemy was wesprzeć
finansowo?
NIKOSIA: Nie ma takiej potrzeby.
OJCIEC
SARY: Nalegamy.
NIKOSIA: Stać mnie na organizację pogrzebu własnej matki.
MATKA
SARY: Nie chcemy cię obciążać
kosztami.
NIKOSIA: Nic wam do tego.
(Pauza.)
OJCIEC
SARY: To prawda, że zagroziłaś
lekarzowi sądem?
NIKOSIA: To nie była groźba, tylko informacja. On dał matce
narzędzie, którym się zabiła. Pewnie już wiecie, że zalecił jej pisanie
pamiętnika i dał jej pióro. Właśnie tym piórem rozpruła sobie tętnicę.
(Pauza.)
OJCIEC
SARY: W każdym razie, masz nasze
poparcie.
NIKOSIA: Dzięki. Może się przydać.
OJCIEC
SARY: Zaradny z ciebie dzieciak. Chyba
źle cię oceniłem.
NIKOSIA: Nieważne. Mam to zbyt głęboko gdzieś, żeby się
obrażać.
OJCIEC SARY: Może to i słusznie.
MATKA
SARY: Możemy ci jakoś pomóc?
NIKOSIA: Właściwie tak. Macie jeszcze jakieś teksty matki?
OJCIEC
SARY: Gdzieś powinny być. Co chcesz z
nimi zrobić?
NIKOSIA: Na razie chcę się z nimi zapoznać i może
przeczytać jakiś wiersz Sarity na pogrzebie.
MATKA
SARY: To bardzo ładnie z twojej strony.
OJCIEC
SARY: Możemy się jeszcze na coś
przydać?
NIKOSIA: Róbcie, co chcecie. O pogrzebie poinformuję was
telefonicznie. Możecie już iść.
MATKA
SARY: Gdybyś nas potrzebowała, daj
znać.
NIKOSIA: Zbyteczne. Przez całe swoje dzieciństwo was nie
potrzebowałam. Nie widzę więc powodu, dla którego teraz miałoby być inaczej.
OJCIEC
SARY: Trzymaj się, dzieciaku. Opiekuj
się bratem.
MATKA
SARY: Pani Grażyno, proszę mieć oko na
dzieci.
GRAŻYNA: Poradzimy sobie z Nikosią.
(Rodzice
Sary opuszczają mieszkanie. Wychodząc z budynku, matka Sary zagaduje męża.)
MATKA
SARY: Polubiłeś Nikolę, prawda?
OJCIEC
SARY: Daj spokój.
MATKA
SARY: Przyznaj, że to wykapana
nastoletnia Sara, która jest już taka mądra i dojrzała… Była taka sama.
OJCIEC
SARY: Tyle, że ona się nie puszczała…
MATKA
SARY: Przecież widzę, jakie wrażenie
wywarła na tobie jej samodzielność.
OJCIEC
SARY: Tak, dziewczyna ma głowę na
karku. Poradzi sobie w życiu.
MATKA
SARY: Może jej moralność mocno na tym
ucierpi, ale masz rację, da sobie radę.
Nasza córka sobie nie poradziła…
Scena
6.
(Trwa
uroczystość pogrzebowa Sary. Żałobników jest niewielu. Wśród nich znajdują się
najbliżsi zmarłej oraz ciekawscy, których samobójstwo bardzo poruszyło –
Zaklinaczka Mody ubrana w marki i szyk, jej córka ubrana w kicz, a także
towarzyszący jej Przemek, którego wzrok skupiony jest stale na Nikoli
recytującej wiersze matki.)
NIKOSIA: Z reguły na pogrzebach wszyscy mogą się
dowiedzieć, jacy nasi bliscy byli wspaniali. Wspomina się ich z należytym
szacunkiem, ale Sara nie była dobrą matką, nie była dobrą córką, nie była też
dobrą przyjaciółką. Żoną, pracownicą i pacjentką najpewniej również. Niektórzy
twierdzą, że tylko pisać potrafiła dość dobrze. Dlatego teraz chciałabym
przytoczyć kilka jej wierszy o tym, co poeci lubią najbardziej – o samotności
i przemijaniu.
(Pauza.)
Ten wiersz napisała w swoim pamiętniku tuż przed
śmiercią. Jest kiepski, ale pewnie chciałaby, żeby ktoś go w tym momencie
przeczytał. To takie cholernie sztampowe u artystów…
***
Nic
już…
Samotność
rozbłysła cichutko jak jaskrawy księżyc.
Nikt
nie mówi…
To
tylko świerszcze udają słowa.
Nikogo
nie będzie…
Cienie
przedmiotów grają obecność.
Szuflad
puste ramiona roztaczają zapach „dawniej”.
Znikomy
ślad wspomnień uleciał do światła
jak
szarobrązowa ćma.
I
mnie nie ma…
Schowałam
się za ścianą dobrej baśni,
gdzie
wszystko liczone jest do siedmiu.
Kolejny wiersz, jaki przeczytam, moja matka
napisała jeszcze, będąc w szkole średniej, niedługo po maturze.
„Kwestia
nazewnictwa”
Matyldo,
znów jestem starsza o rok.
Każda
zmarszczka przecina inną.
Codziennie
nowy włos się srebrzy.
Od
kilku lat powieki boją się domknąć.
Jak
wywołać wilka z lasu, żeby wpadł w zasadzkę?
Kolekcje
perfum, apaszek, a dalej różne kroje czerni.
W
nocy przewijają się obrazki: jezioro, pola, czerwone auto, czyjś ślub.
A ja
wciąż z niczym.
Jakkolwiek
duży lasek brzozowy, konkubent i bar sałatkowy
dla
tych, co karzą kubki smakowe podróbkami z soi – to nic. Nic mojego.
Niegdyś
miałyśmy brązowe oczy, pergaminową cerę i maleńkie torebki z koronką.
Dziś
– podarunek od Alzheimera, odłożone pieniądze na pogrzeb
i
niepisaną umowę z Panem Bogiem
na
wynajem niewielkiego pokoiku w niebie z widokiem na morze.
Czy
można zerkać na słońce cudzymi oczyma?
Ostatni utwór, którym chciałabym się z wami
podzielić, napisany został na niedługo przed rozklekotaniem się życia Sary, bo
na pierwszym roku studiów. Myślę, że będzie to odpowiednie zakończenie tej
uroczystości i jej zatęchłego życia.
„Dokąd
umierasz?”
O
tej porze życia plac zabaw jest pusty.
Jesień
skacze po drzewach jak rozpędzona wiewiórka.
A
zima? Mości się w bezpańskich igliwiach.
Wyszukujesz
mnie nerwowym tikiem
pod
żółtą formą na kijku.
Co
ci dano na zawsze?
Całujesz
mnie w łuk brwiowy i rzeczesz:
byt
bytowi nierówny, ale jednakowo śmiertelny.
Reinkarnacja
przypomina recykling.
Nie
chciałeś tego powiedzieć. Dodałam od siebie.
Nikt
nie jest permanentny.
Saro, mamo, obiecuję, że twoje teksty nie będą
leżeć zapomniane na dnie szuflady, tylko na półkach z książkami u twoich
przyszłych czytelników. Szkoda, że tego nie doczekałaś.
(Żałobnicy
opuszczają kościół i udają się na cmentarz w kondukcie. Nikola ma na sobie
czarny płaszcz – odzyskany z depozytu szpitala psychiatrycznego – do którego
przyczepiona jest czerwona róża. Dziewczyna ni stąd, ni zowąd zaczyna płakać.
Sięga do kieszeni po chusteczkę, jednak znajduje tylko zwiniętą kartkę, po czym
szepcze do siebie.)
NIKOSIA: O w mordę…
GRAŻYNA: Co się stało?
NIKOSIA: Jak ostatni raz widziałam matkę, opowiedziałam jej
swój sen.
GRAŻYNA: Jaki sen?
NIKOSIA: Śniło mi się, że miałam na sobie ten płaszcz z
przypiętą różą, a w kieszeni znalazłam kartkę. Nie zdążyłam przeczytać tego, co
było na niej napisane.
GRAŻYNA: To ta kartka?
NIKOSIA: Identyczna.
GRAŻYNA: Co na niej jest?
NIKOSIA: Sarita opowiadała mi, że śniła jej się książka,
której była autorką. Nie pamiętała tytułu i powiedziała, że jak jej się
przypomni, to da mi znać.
GRAŻYNA: I to jest ten tytuł?
NIKOSIA: Na to wygląda. Mój sen był dalszym ciągiem jej
snu. A może odwrotnie…
GRAŻYNA: I śniło wam się to tej samej nocy?
NIKOSIA: Tak. Tej ostatniej, spędzonej pod jednym dachem.
GRAŻYNA: Ale dziwnie. Myślisz, że Sara przemawia do ciebie
z zaświatów?
NIKOSIA: Oj, pani to zawsze musi dorabiać sobie swoją
ideologię.
GRAŻYNA: No to, o co w tym wszystkim chodzi?
NIKOSIA: Chyba wiem, o co.
(Nikola uśmiecha się, nie zdradzając Grażynie, co jej przyszło do głowy.)
