sobota, 22 października 2016

Święty lans, AKT XII

AKT XII
Scena 1.

(Akcja toczy się zgodnie z planem klienta/partnera – z pominięciem wynajętej limuzyny i „dupeczek”. W samochodzie gra cicha muzyka i unosi się zapach alkoholu zmieszany z wonią drogich perfum. Porwany mężczyzna ma na oczach opaskę. Próbuje uzyskać informacje dotyczące miejsca, do którego mają sie udać, jednak jest stale zbywany. Według kierowcy ma nie zaprzątać sobie głowy szczegółami, tylko dobrze się bawić i pić do oporu. Tymczasem auto zatacza spore kółko. Mężczyźni docierają w umówione miejsce. Producent wydaje się być podekscytowany. Zostaje wyprowadzony z samochodu i wprowadzony do własnego domu, czego oczywiście nie jest świadomy. W pomieszczeniu dominuje ciężki, duszący zapach, uwalniający się z płonących, aromatyzowanych świec. Nikola daje znać partnerowi, żeby wrócił do auta i czekał na dalsze komendy. Mężczyzna prowadzony jest przez Nikolę do minisali kinowej, w której nastrój tworzy głośna uwodzicielska muzyka, damskie seksowne perfumy unoszące się w powietrzu oraz aura tajemniczości. Na ekranie pojawia sie film pornograficzny. Głosy dobiegające z głośników wyraźnie podniecają porwanego mężczyznę. Nikola sadza go na jednym z foteli, a następnie majstruje przy jego rozporku. Zaczyna go pieścić. Zniżonym głosem zagaduje.)

NIKOSIA: Dobrze ci?

KLIENT: Zapowiada się ciekawie.

NIKOSIA: Podoba ci się atmosfera?

KLIENT: Podoba.

NIKOSIA: Masz ochotę na drinka?

KLIENT: Drinka nigdy nie odmawiam.

(Nikola przykuwa mężczyznę do fotela. Szepcze.)

NIKOSIA: Lubisz takie zabawy? Kręcą cię?

(Producent tylko się uśmiecha. Nikola podaje mu do ust whiskey, do której uprzednio wrzuca pigułkę gwałtu, zdobytą przez swojego wspólnika.)

Smacznego.

(Dziewczyna naprzemiennie poi go i pieści, a w międzyczasie spogląda na zegarek.)

KLIENT: Ładnie pachniesz. Skądś znam ten zapach…


(Lekko otumaniony obwąchuje Nikolę.)

Czekaj, czekaj… Nie podpowiadaj…

NIKOLA: Kombinuj, kombinuj. A teraz pobawimy sie inaczej…

(Nikola knebluje mężczyznę i ściąga mu opaskę. Przez chwilę pozwala mu się sobie przyjrzeć. Ten w wyraźnym osłupieniu wpatruje się w dziewczynę, a następnie rozgląda się dookoła. Dziewczyna zaczyna łagodnym głosem.)

Coś nie tak?

(Mężczyzna zaczyna się wyrywać, jednak widać, że robi to resztkami sił. Nikola szepcze mu do ucha.)

Już nie chcesz zgadywać? A może poznałeś odpowiedź?

(Dziewczyna spogląda mu w oczy z obrzydzeniem malującym się na jej twarzy.)

To balsam bananowy.

(Porwany robi wielkie oczy i bezskutecznie próbuje się oswobodzić.)

Znowu się spotykamy…

(Pauza.)

Popatrz – mam Matkę Boską na szyi. Już ci nie przeszkadza?

(Zaczyna krzyczeć.)

No jak to?! Już nie jesteś taki wyszczekany?! A może pozycja ofiary jest ciut mniej dogodna?

(Pauza.)

Co słychać u twojej siostry? Myślisz, że pozbierała się po tym, co jej zrobiłeś?

(Mężczyzna próbuje wydobyć z siebie krzyk.)

Oj, daj spokój. Jesteś u siebie. Przecież sam zleciłeś wygłuszenie tego pomieszczenia.


(Nikola siada producentowi na kolanach. Twarz ma zwróconą w jego kierunku i patrzy mu prosto w oczy.)

A jak tam mama? Przerobiłeś z nią Kamasutrę? Lubiła podduszanie? Czy to ty lubiłeś? Bo już sie pogubiłam…

(Porwany zaczyna płakać.)

Chcesz sprawdzić, czy będzie ci dobrze?

(Mężczyzna kiwa przecząco głową.)

Dlaczego nie? Przecież to lubisz.

(Nikola mówi z zaciśniętymi zębami.)

Podobno to zwiększa doznania…

(Dziewczyna zaczyna dusić ofiarę. Przestaje, gdy robi się czerwona.)

Co jest? Nie było rajcująco?

(Pauza.)

Ojej, ale ze mnie gapa… To się robi w trakcie stosunku, prawda?

(Nikola zaczyna oralnie pieścić mężczyznę. W pewnej chwili patrzy na niego z wściekłością i… odgryza jego przyrodzenie. Ten usiłuje krzyczeć. Płacze i wije się z bólu. Dziewczyna siedzi na podłodze i patrzy na jego cierpienie. Wygląda na zmęczoną.)

Ups… Chyba ci coś popsułam…

(Nikola sięga po zakrwawiony członek. Zdejmuje cierpiącemu knebel, po czym wpycha mu jego własny narząd do ust.)

Dław się własnym chujem… Chuju…

(Człowiek płacze. Ciało odmawia mu posłuszeństwa. Nie ma już siły wierzgać.)

Myślałeś, że tylko ty możesz upokarzać innych i że możesz dymać każdego bez konsek-wencji? Otóż, właśnie wydymałeś samego siebie… Chujowego zdychania, popaprańcu!


(Dziewczyna pluje mu w twarz.)

Jak już będziesz tam na dole, pozdrów mojego ojca. Powiedz mu, że jednak nie był aż taki zły.

(Nikola dusi mężczyznę. Gdy jest już nieprzytomny, jeszcze raz pluje mu w twarz, po czym siada na podłodze, wyciera twarz i wysyła SMS-a do siedzącego w samochodzie za rogiem partnera. Treść brzmi: „Nic… Tylko ulga…”.)

Miły obrazek…

(Nikola zaciera wszystkie możliwe ślady. Wychodząc, celowo strąca kilka świec. Ogień zajmuje kolejne pomieszczenia. Dziewczyna patrzy na swoje dzieło, po czym opuszcza miejsce zbrodni wraz ze swoim wspólnikiem.)

KLIENT: Trzymasz się?

NIKOSIA: Później odreaguję.

KLIENT: Wszystko zgodnie z planem?

NIKOSIA: Powiedzmy, że plan został wzbogacony o kilka druzgocących szczegółów.

KLIENT: Opowiesz mi?

NIKOSIA: Innym razem.

(Pauza.)

Wiedz, że koleś odpokutował za wszystkie swoje winy. Bardzo mi pomogłeś. Mam u ciebie dług wdzięczności.

Scena 2.

(Szpital psychiatryczny. Sara wpatruje się w okno i co trochę coś notuje.)


Zapiski Sary:



Scena 3.

(Do mieszkania Grażyny puka Nikola. W ręku ma bukiet żółtych róż. Grażyna po kilku minutach otwiera drzwi.)

GRAŻYNA: O, Nikola… Przepraszam, że tak długo. Kąpałam się.

(Grażyna wyciera włosy.)

NIKOSIA: Mam czas. Mogę wejść?

GRAŻYNA: Jasne, wejdź. Dawno cię nie widziałam.

NIKOSIA: Byłam zajęta. To dla pani.

(Nikola wręcza sąsiadce kwiaty.)


GRAŻYNA: Imieniny miałam prawie pół roku temu, a urodzin nie obchodzę, bo jestem na to za stara.

NIKOSIA: Wiem. Dzisiaj imieniny obchodziłaby pani wnuczka.

(Nikola uśmiecha się.)

GRAŻYNA: Co ty mówisz?

NIKOSIA: Piegowata Aurelia…

(Grażyna zatyka usta ręką.)

GRAŻYNA: Mój Boże… Mati była… w ciąży…?

NIKOSIA: Przykro mi.

GRAŻYNA: Nie wiem, co powiedzieć… Te wszystkie wiadomości spadły na mnie prawie hurtem… Dlaczego nic mi nie powiedziała?

NIKOSIA: Ojciec dziecka zmusił ją do aborcji.

GRAŻYNA: A ja głupia nawet nie zauważyłam… Co ze mnie za matka…

NIKOSIA: Najlepsza, jaką znam. Nie pozwoliła pani powiedzieć na Martynę złego słowa.

GRAŻYNA: I co z tego? Nie mam dziecka…

NIKOSIA: Ona też nie miała. Chciała urodzić.

GRAŻYNA: Kiedy to było?

NIKOSIA: Hm… Teraz dzieciaczek miałby jakieś dwa albo trzy miesiące.

GRAŻYNA: O matko…

(Pauza.)

Dziewczynka?

NIKOSIA: Tak.

GRAŻYNA: Aurelka?


NIKOSIA: No.

(Grażyna wyciera dłonią łzy.)

NIKOSIA: Pani Grażyno…

GRAŻYNA: Ty mi już nic nie mów. Za dużo.

NIKOSIA: Chcę tylko powiedzieć, że to już koniec.

GRAŻYNA: Nie rozumiem.

NIKOSIA: Jego już nie ma.

GRAŻYNA: Kogo?

NIKOSIA: Bestii…

(Pauza.)

Dokonało się.

(Grażyna patrzy ze smutkiem w oczach na Nikolę.)

Niezłe widowisko.

(Sąsiadka podaje rękę Nikoli.)

To koniec, pani Grażyno.

Scena 4.

(Szpital psychiatryczny. Nikola zostaje wezwana na, tak zwaną, rozmowę nie na telefon przez lekarza prowadzącego Sarę.)

NIKOSIA: Dzień dobry! Czy może mi pan w końcu powiedzieć, jaką ważną rozmowę chciał pan ze mną przeprowadzić? Bo rozumiem, że odwiedziny są nadal niewskazane?

PSYCHIATRA: Pani Nikolo, nie bardzo wiem, jak zacząć.

NIKOSIA: Jeśli stało się coś złego, to lepiej od końca. Nie ma pan dla mnie dobrych wieści, prawda?


PSYCHIATRA: Przykro mi, pani Saro.

NIKOSIA: Mam na imię Nikola.

PSYCHIATRA: Ojej, przepraszam bardzo.

NIKOSIA: Może pan skończyć z tą kurtuazją i przejść do rzeczy?

PSYCHIATRA: Terapia zalecona przeze mnie pani mamie, niestety nie przyniosła spodziewanych rezultatów.

NIKOSIA: Jaka terapia? Przecież ja o niczym nie wiem.

PSYCHIATRA: Otóż, zaleciłem pani Sarze pisanie pamiętnika.

NIKOSIA: Mogę wiedzieć, po co?

PSYCHIATRA: Pewne grupy pacjentów znacznie lepiej reagują na takie niekonwencjonalne metody leczenia.

NIKOSIA: Jakie grupy?

PSYCHIATRA: Między innymi artyści.

NIKOSIA: Moja matka to żadna artystka. Od lat jest kurą domową i to niezbyt ogarniętą życiowo.

PSYCHIATRA: Chodzi mi bardziej o zapędy twórcze. Pani mama kiedyś tworzyła, nieprawdaż?

NIKOSIA: Dawno i… nieprawdaż.

PSYCHIATRA: Skontaktowałem się z wydawnictwem, w którym niegdyś pracowała. Udało mi się zdobyć sporo tekstów jej autorstwa. Dokonałem częściowej analizy. Jeśli ma pani ochotę zapoznać się z treścią moich notatek, mogę je pani udostępnić.

NIKOSIA: Wolałabym sama przeanalizować te teksty.

PSYCHIATRA: Naturalnie, podzielę się z panią kopiami.

NIKOSIA: Czuje pan poezję?

PSYCHIATRA: Przyznam, że ta forma ekspresji twórczej nie bardzo mi odpowiada.



NIKOSIA: To po co się pan za to zabiera?

PSYCHIATRA: Taki mój obowiązek.

NIKOSIA: Guzik z pętelką. Wszyscy poeci mają napukane. Analiza jest tu zbędna. Poza tym, osoba wypowiadająca się w wierszu to podmiot liryczny, a nie autor. O tym chyba pan słyszał?

PSYCHIATRA: Proszę wybaczyć, ale nie spotkałem się z panią w celu prowadzenia debaty o literaturze.

NIKOSIA: Odnoszę wrażenie, że skacze pan z tematu na temat tylko po to, by nie powiedzieć czegoś wprost.

PSYCHIATRA: Bardzo mi przykro…

(Pauza.)

Pani matka dzisiaj rano targnęła się na swoje życie.

(Nikola łapie się za serce i otwiera szeroko usta.)

NIKOSIA: O…

(Pauza.)

PSYCHIATRA: Naprawdę nie wiem, co powiedzieć.

NIKOSIA: Jak to możliwe? Jak… jak to się stało? Jak mogliście do tego dopuścić? Kto zawinił?

(Nikola wstaje z krzesła i zaczyna nerwowo krążyć po gabinecie.)

PSYCHIATRA: To się zdarza…

NIKOSIA: Zdarza się? Zdarza się?! W szpitalu psychiatrycznym, gdzie są lekarze, pielęgniarki, sanitariusze, pasy, leki…? Jak?!

PSYCHIATRA: Niektórzy pacjenci…

NIKOSIA: Nie obchodzą mnie niektórzy pacjenci! Obchodzi mnie ten konkretny przypadek! Jak do tego doszło?!


PSYCHIATRA: Proszę się uspokoić.

(Nikola, patrząc lekarzowi prosto w oczy i opierając ręce na biurku, zaczyna nerwowo sylabizować.)

NIKOSIA: Jak-tech-nicz-nie-do-te-go-do-szło?!

PSYCHIATRA: Mam się wdawać w szczegóły?

NIKOSIA: Poproszę!

PSYCHIATRA: Pani matka przebiła sobie tętnicę piórem.

NIKOSIA: Moja matka nie używa pióra. Jest leworęczna.

PSYCHIATRA: Wiem.

NIKOSIA: Więc skąd wzięła to pióro?

PSYCHIATRA: Dostała je ode mnie.

NIKOSIA: Po grzyba dał pan mojej matce pióro?

PSYCHIATRA: To w ramach tej terapii, o której mówiłem.

NIKOSIA: Powiedziała panu, że jest mańkutem?

PSYCHIATRA: Tak.

NIKOSIA: To po cholerę jej to pióro?!

PSYCHIATRA: Spodobało jej się. Chciała je zatrzymać.

NIKOSIA: Nie wierzę… To jednak prawda, co mówią o psychiatrach… Dać wariatce pióro… No nie… Psychiatra daje pacjentce pióro, żeby ta mogła się w spokoju, kurwa, zabić! No nie!

PSYCHIATRA: Pani Nikolo, nie wszystko można przewidzieć.

NIKOSIA: Od tego, kurwa jego mać, jest pan, żeby przewidywać!

PSYCHIATRA: Pani Nikolo, porozmawiamy, jak pani ochłonie.


NIKOSIA: Nie będę z panem rozmawiać. Chyba, że przez adwokata…

PSYCHIATRA: Słucham?

NIKOSIA: Proszę liczyć się z tym, że zostanie pan oskarżony o nieumyślne spowodowanie śmierci.

(Lekarz kiwa głową.)

Co z… ciałem mojej matki?

PSYCHIATRA: Jak pani się, zapewne, domyśla, zostanie poddane autopsji. To rutynowa procedura w takich przypadkach. O wszystkim zostanie pani powiadomiona. Rzeczy osobiste pani Sardynian może pani odebrać z depozytu, okazując dokument tożsamości.

NIKOSIA: Jestem niepełnoletnia.

PSYCHIATRA: Wystarczy legitymacja szkolna.

NIKOSIA: Nie chodzę do szkoły. Jestem sierotą. Mam na utrzymaniu rodzinę.

(Nikola zaczyna łkać.)

PSYCHIATRA: W takim razie, załatwię to osobiście. Rzeczy zostaną wysłane pocztą.

NIKOSIA: OK.

PSYCHIATRA: Proszę przyjąć moje wyrazy współczucia.

(Lekarz podaje Nikoli rękę, na co ona szepcze.)

NIKOSIA: Pierdol się, zakitlowany doktorku…

Scena 5.

(Nazajutrz do mieszkania Sardynianów przybywają dziadkowie wraz z Filipem, przerywając rozmowę Nikoli i Grażyny. Po przywitaniu, chłopiec idzie do swojego pokoju, a pozostała czwórka siada przy stole.)

GRAŻYNA: Co was sprowadza?

MATKA SARY: Jak pewnie się pani domyśla, poinformowano nas o śmierci córki. Ta tragedia bardzo nami wstrząsnęła.


GRAŻYNA: Przez tyle lat nie pamiętaliście o istnieniu Sary, a teraz jesteście wstrząśnięci? Dla was umarła już dawno temu.

MATKA SARY: Proszę się liczyć ze słowami.

NIKOSIA: Po co tak naprawdę przyjechaliście?

MATKA SARY: Chcieliśmy sprawdzić, jak się trzymasz.

NIKOSIA: A tak naprawdę?

OJCIEC SARY: Twój brat jest nieznośny. Źle się zachowuje, lekceważy nas. Nie możemy sobie z nim poradzić.

MATKA SARY: Po śmierci mamy zupełnie zamknął się w sobie. Nie ma z nim kontaktu. Chcieliśmy, żebyś może jakoś na niego wpłynęła.

NIKOSIA: Co w tym dziwnego? Mieszka u obcych ludzi, a teraz stracił matkę.

MATKA SARY: Może na razie powinien mieszkać z tobą? Nie umiemy go wesprzeć, skoro jest taki wyobcowany.

GRAŻYNA: Filip nie jest swetrem, który można przekazywać z rąk do rąk kolejnym koleżankom, z którymi wymienia się łaszkami. Nie może mieszkać to tu, to tam. Albo podejmujecie się opieki nad nim, albo nie.

MATKA SARY: Pani Grażyno, proszę nas źle nie zrozumieć. Jesteśmy dopiero na etapie docierania się. Nas również spotkała tragedia. Ledwo sami dajemy sobie z tym radę, a to jest jeszcze dziecko – bardzo zagubione i samotne.

GRAŻYNA: Dziecko, które miało być pod moją opieką.

OJCIEC SARY: Nie mogliśmy tego przewidzieć.

GRAŻYNA: A Sara przewidziała. Dlatego to mnie poprosiła o pomoc.

NIKOSIA: Filip zostanie ze mną, a wy idźcie do diabła. Chcieliście zgrywać wspaniałomyślnych dziadków. Przedstawienie skończone. Możecie wracać na swoje włości.

MATKA SARY: Nikosiu, to nie tak. Rozumiem, że możesz być rozgoryczona, ale chcieliśmy się zająć twoim bratem, tylko ta sytuacja nas przerosła.


NIKOSIA: No to z Bogiem!

MATKA SARY: Nawet nie wiesz, jak nam przykro.

NIKOSIA: Nie obchodzi mnie to.

OJCIEC SARY: Baśka, daj dziewczynie spokój. Ma prawo to przeżywać.

MATKA SARY: A co z pogrzebem?

GRAŻYNA: Wszystko zorganizujemy same.

MATKA SARY: Czy możemy was wesprzeć finansowo?

NIKOSIA: Nie ma takiej potrzeby.

OJCIEC SARY: Nalegamy.

NIKOSIA: Stać mnie na organizację pogrzebu własnej matki.

MATKA SARY: Nie chcemy cię obciążać kosztami.

NIKOSIA: Nic wam do tego.

(Pauza.)

OJCIEC SARY: To prawda, że zagroziłaś lekarzowi sądem?

NIKOSIA: To nie była groźba, tylko informacja. On dał matce narzędzie, którym się zabiła. Pewnie już wiecie, że zalecił jej pisanie pamiętnika i dał jej pióro. Właśnie tym piórem rozpruła sobie tętnicę.

(Pauza.)

OJCIEC SARY: W każdym razie, masz nasze poparcie.

NIKOSIA: Dzięki. Może się przydać.

OJCIEC SARY: Zaradny z ciebie dzieciak. Chyba źle cię oceniłem.

NIKOSIA: Nieważne. Mam to zbyt głęboko gdzieś, żeby się obrażać.

OJCIEC SARY: Może to i słusznie.


MATKA SARY: Możemy ci jakoś pomóc?

NIKOSIA: Właściwie tak. Macie jeszcze jakieś teksty matki?

OJCIEC SARY: Gdzieś powinny być. Co chcesz z nimi zrobić?

NIKOSIA: Na razie chcę się z nimi zapoznać i może przeczytać jakiś wiersz Sarity na pogrzebie.

MATKA SARY: To bardzo ładnie z twojej strony.

OJCIEC SARY: Możemy się jeszcze na coś przydać?

NIKOSIA: Róbcie, co chcecie. O pogrzebie poinformuję was telefonicznie. Możecie już iść.

MATKA SARY: Gdybyś nas potrzebowała, daj znać.

NIKOSIA: Zbyteczne. Przez całe swoje dzieciństwo was nie potrzebowałam. Nie widzę więc powodu, dla którego teraz miałoby być inaczej.

OJCIEC SARY: Trzymaj się, dzieciaku. Opiekuj się bratem.

MATKA SARY: Pani Grażyno, proszę mieć oko na dzieci.

GRAŻYNA: Poradzimy sobie z Nikosią.

(Rodzice Sary opuszczają mieszkanie. Wychodząc z budynku, matka Sary zagaduje męża.)

MATKA SARY: Polubiłeś Nikolę, prawda?

OJCIEC SARY: Daj spokój.

MATKA SARY: Przyznaj, że to wykapana nastoletnia Sara, która jest już taka mądra i dojrzała… Była taka sama.

OJCIEC SARY: Tyle, że ona się nie puszczała…

MATKA SARY: Przecież widzę, jakie wrażenie wywarła na tobie jej samodzielność.

OJCIEC SARY: Tak, dziewczyna ma głowę na karku. Poradzi sobie w życiu.

MATKA SARY: Może jej moralność mocno na tym ucierpi, ale masz rację, da sobie radę. Nasza córka sobie nie poradziła…


Scena 6.

(Trwa uroczystość pogrzebowa Sary. Żałobników jest niewielu. Wśród nich znajdują się najbliżsi zmarłej oraz ciekawscy, których samobójstwo bardzo poruszyło – Zaklinaczka Mody ubrana w marki i szyk, jej córka ubrana w kicz, a także towarzyszący jej Przemek, którego wzrok skupiony jest stale na Nikoli recytującej wiersze matki.)

NIKOSIA: Z reguły na pogrzebach wszyscy mogą się dowiedzieć, jacy nasi bliscy byli wspaniali. Wspomina się ich z należytym szacunkiem, ale Sara nie była dobrą matką, nie była dobrą córką, nie była też dobrą przyjaciółką. Żoną, pracownicą i pacjentką najpewniej również. Niektórzy twierdzą, że tylko pisać potrafiła dość dobrze. Dlatego teraz chciałabym przytoczyć kilka jej wierszy o tym, co poeci lubią najbardziej – o samotności i przemijaniu.

(Pauza.)

Ten wiersz napisała w swoim pamiętniku tuż przed śmiercią. Jest kiepski, ale pewnie chciałaby, żeby ktoś go w tym momencie przeczytał. To takie cholernie sztampowe u artystów…

***

Nic już…
Samotność rozbłysła cichutko jak jaskrawy księżyc.
Nikt nie mówi…
To tylko świerszcze udają słowa.
Nikogo nie będzie…
Cienie przedmiotów grają obecność.
Szuflad puste ramiona roztaczają zapach „dawniej”.
Znikomy ślad wspomnień uleciał do światła
jak szarobrązowa ćma.
I mnie nie ma…
Schowałam się za ścianą dobrej baśni,
gdzie wszystko liczone jest do siedmiu.

Kolejny wiersz, jaki przeczytam, moja matka napisała jeszcze, będąc w szkole średniej, niedługo po maturze.

„Kwestia nazewnictwa”

Matyldo, znów jestem starsza o rok.

Każda zmarszczka przecina inną.
Codziennie nowy włos się srebrzy.
Od kilku lat powieki boją się domknąć.
Jak wywołać wilka z lasu, żeby wpadł w zasadzkę?
Kolekcje perfum, apaszek, a dalej różne kroje czerni.
W nocy przewijają się obrazki: jezioro, pola, czerwone auto, czyjś ślub.
A ja wciąż z niczym.
Jakkolwiek duży lasek brzozowy, konkubent i bar sałatkowy
dla tych, co karzą kubki smakowe podróbkami z soi – to nic. Nic mojego.
Niegdyś miałyśmy brązowe oczy, pergaminową cerę i maleńkie torebki z koronką.
Dziś – podarunek od Alzheimera, odłożone pieniądze na pogrzeb
i niepisaną umowę z Panem Bogiem
na wynajem niewielkiego pokoiku w niebie z widokiem na morze.

Czy można zerkać na słońce cudzymi oczyma?

Ostatni utwór, którym chciałabym się z wami podzielić, napisany został na niedługo przed rozklekotaniem się życia Sary, bo na pierwszym roku studiów. Myślę, że będzie to odpowiednie zakończenie tej uroczystości i jej zatęchłego życia.

„Dokąd umierasz?”

O tej porze życia plac zabaw jest pusty.

Jesień skacze po drzewach jak rozpędzona wiewiórka.
A zima? Mości się w bezpańskich igliwiach.
Wyszukujesz mnie nerwowym tikiem
pod żółtą formą na kijku.
Co ci dano na zawsze?
Całujesz mnie w łuk brwiowy i rzeczesz:
byt bytowi nierówny, ale jednakowo śmiertelny.
Reinkarnacja przypomina recykling.
Nie chciałeś tego powiedzieć. Dodałam od siebie.

Nikt nie jest permanentny.

Saro, mamo, obiecuję, że twoje teksty nie będą leżeć zapomniane na dnie szuflady, tylko na półkach z książkami u twoich przyszłych czytelników. Szkoda, że tego nie doczekałaś.

(Żałobnicy opuszczają kościół i udają się na cmentarz w kondukcie. Nikola ma na sobie czarny płaszcz – odzyskany z depozytu szpitala psychiatrycznego – do którego przyczepiona jest czerwona róża. Dziewczyna ni stąd, ni zowąd zaczyna płakać. Sięga do kieszeni po chusteczkę, jednak znajduje tylko zwiniętą kartkę, po czym szepcze do siebie.)


NIKOSIA: O w mordę…

GRAŻYNA: Co się stało?

NIKOSIA: Jak ostatni raz widziałam matkę, opowiedziałam jej swój sen.

GRAŻYNA: Jaki sen?

NIKOSIA: Śniło mi się, że miałam na sobie ten płaszcz z przypiętą różą, a w kieszeni znalazłam kartkę. Nie zdążyłam przeczytać tego, co było na niej napisane.

GRAŻYNA: To ta kartka?

NIKOSIA: Identyczna.

GRAŻYNA: Co na niej jest?

NIKOSIA: Sarita opowiadała mi, że śniła jej się książka, której była autorką. Nie pamiętała tytułu i powiedziała, że jak jej się przypomni, to da mi znać.

GRAŻYNA: I to jest ten tytuł?

NIKOSIA: Na to wygląda. Mój sen był dalszym ciągiem jej snu. A może odwrotnie…

GRAŻYNA: I śniło wam się to tej samej nocy?

NIKOSIA: Tak. Tej ostatniej, spędzonej pod jednym dachem.

GRAŻYNA: Ale dziwnie. Myślisz, że Sara przemawia do ciebie z zaświatów?

NIKOSIA: Oj, pani to zawsze musi dorabiać sobie swoją ideologię.

GRAŻYNA: No to, o co w tym wszystkim chodzi?

NIKOSIA: Chyba wiem, o co.

(Nikola uśmiecha się, nie zdradzając Grażynie, co jej przyszło do głowy.)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz