wtorek, 13 września 2016

Święty lans, AKT XI

AKT XI
Scena 1.

(Sara budzi się w obcym miejscu. Jest przypięta pasami do łóżka. Pojawia się Pan Wspomnienie.)

PAN WSPOMNIENIE: „Gdyby tak zasznurować wszystkim głupcom usta… a śmierć skłonić do samobójstwa?” Gdzie te obiecane plantacje miłości, która uwierałaby cię nawet w śledzionę? Gdzie mile ramion i całusy wieszane na wyimaginowanych haczykach powietrza, ustawiane w kolejce między wami? „Chcę umrzeć w tej samej chwili, co ty. Innego scenariusza nie zniosę…” – pamiętasz?

(Ze zgrzytem otwierają się drzwi. Do środka wchodzi mężczyzna w kitlu.)

PSYCHIATRA: Witam, pani Sardynian. Jak się pani czuje?

(Sara powoli odwraca głowę w stronę lekarza. Mruży oczy.)

SARA: Panie doktorze – jak mniemam – czy śledziona może boleć?

PSYCHIATRA: Jestem psychiatrą, szanowna pani. Czy odczuwa pani fizyczny ból?

SARA: Nie. Jest pan psychiatrą… Jak mogłabym się nie domyślić…

(Lekarz zwraca się do pielęgniarki niewymienionej na początku.)

PSYCHIATRA: Pani Bożeno, proszę zanotować, że pacjentka nie odczuwa fizycznych dolegliwości. Pani Sardynian, a czy jest pani świadoma miejsca swojego pobytu?

SARA: Jestem skrępowana pasami… To oczywiste.

PSYCHIATRA: Pani Sardynian, proszę o precyzję.

(Psychiatra wyjmuje małą latarkę i świeci Sarze w oczy. Sara krzywi się i zaciska powieki.)

Pacjentka reaguje na bodźce zewnętrzne.

SARA: Dlaczego jestem przypięta pasami?

PSYCHIATRA: Nie pamięta pani zajścia?


SARA: Jakiego zajścia? Odurzyliście mnie lekami – nie pamiętam nawet rozmiaru swojego stanika. Jestem taka słaba…

PSYCHIATRA: Proszę zanotować informację o samopoczuciu pacjentki.

SARA: Może mi pan powiedzieć, co się stało?

PSYCHIATRA: Świadkowie twierdzą, że między panią a pani pracodawczynią doszło do awantury i rękoczynów.

SARA: Nie pamiętam… Może moja wyobraźnia się zagalopowała…

PSYCHIATRA: Prosiłem o precyzję. Miała pani wizje, że robi krzywdę swojej szefowej?

SARA: A pan?

PSYCHIATRA: Pani Sardynian, popełniła pani przestępstwo. Muszę ustalić motywy takiego zachowania.

SARA: Ale ja zupełnie tego nie pamiętam…

PSYCHIATRA: A co pani pamięta z tego dnia?

SARA: Płaszcz. Pamiętam, że zakładałam na siebie płaszcz mojej córki. Chyba wychodziłam do pracy. Czy on tu jest?

PSYCHIATRA: Płaszcz?

SARA: To własność mojej córki. Nie podarowała mi go, tylko pożyczyła.

PSYCHIATRA: Tym zajmiemy się, jak pani wydobrzeje.

SARA: Gdzie on jest?

PSYCHIATRA: W depozycie. Proszę się nie martwić. Pani rodzina została powiadomiona, ale odwiedziny są jeszcze niewskazane. Najpierw musimy ustalić, co pani dolega. Potrzebna będzie terapia.

SARA: Jak Nikosia tu przyjdzie, to oddajcie jej płaszcz… taki czarny… z prawdziwej wełny…

PSYCHIATRA: Pani Sardynian, proszę teraz o tym nie myśleć. Musi pani odpocząć.


SARA: Możecie mnie oswobodzić? Jestem cała obolała. Chce mi się pić.

PSYCHIATRA: Myślę, że tak. Oczywiście tylko na jakiś czas – póki będzie pani pod wpływem środków uspokajających. Proszę pamiętać, że każde przewinienie będzie mieć swoje konsekwencje. Pani Bożenko, proszę odpiąć pasy i podać pacjentce leki.

SARA: Jakie leki?

PSYCHIATRA: Nasenne.

SARA: Nie mam siły sie ruszać, jestem otępiała. Po co mi leki nasenne?

PSYCHIATRA: Musi pani wypocząć, żebyśmy jak najszybciej mogli ruszyć z terapią. Zostawiam panią. Do zobaczenia wkrótce!

(Lekarz i pielęgniarka wychodzą. Ponownie pojawia się Pan Wspomnienie.)

PAN WSPOMNIENIE: „Jestem umarłym rekwizytem
                                   w teatrze cieni.
                                   Odszukaj mnie za kurtyną,
                                   nim zagrasz ze mną
                                   kolejną postać dramatu.”

(Sara wyciera dłonią resztki czerwonej szminki.)

SARA: Cicho… Nie chcę tego słyszeć…

PAN WSPOMNIENIE: „Jestem krzywym lustrem
                                   w wesołym miasteczku.
                                   Odszukaj zgubioną we mnie twarz,
                                   nim zaśnie na dobre
                                   w moich ramach.”

SARA: Zamknij się!

PAN WSPOMNIENIE: „Jestem twoim ubraniem
                                   z przeszytą metką.
                                   Odszukaj mnie w garderobie,
                                   nim przywdziejesz,
                                   stając się przystojnym złudzeniem.”

SARA: Odejdź!


(Sara zatyka uszy.)

PAN WSPOMNIENIE: „Jestem twoim pseudonimem
                                   między imieniem a nazwiskiem.
                                   Odszukaj mnie i przekreśl,
                                   nim bez skrupułów
                                   ja przekreślę ciebie.”

(Pan Wspomnienie odchodzi. Sara opada na łóżko i zasypia.)

Scena 2.

(Grażyna znajduje adres rodziców Sary, po czym udaje się na drugą stronę rzeki. Na miejscu znajduje wielki dom otoczony potężnym parkanem. Przygląda się całej scenerii, następnie wciska klawisz domofonu.)

GRAŻYNA: Dzień dobry! Nie wiem, czy dobrze trafiłam. Jestem przyjaciółką Sary. Mam na imię Grażyna. To pani córka, prawda?

MATKA SARY: Dobrze pani trafiła. Czy coś się stało?

GRAŻYNA: Mogę wejść?

MATKA SARY: Naturalnie, proszę.

(Kobieta otwiera drzwi. Wita Grażynę uściskiem dłoni i zaprasza gestem do środka.)

MATKA SARY: Proszę się rozgościć. Mogę zaproponować pani coś do picia?

GRAŻYNA: Może odrobinę wody. Dziękuję.

MATKA SARY: Dobrze. Proszę chwileczkę poczekać.

(Matka Sary wychodzi do kuchni. W tym samym czasie Grażyna wstaje z kanapy, zaczyna nerwowo krążyć po salonie i rozglądać się po półkach. W międzyczasie do domu wchodzi ojciec Sary. Widząc Grażynę przeglądającą poustawiane w ramkach fotografie, marszczy brwi.)

OJCIEC SARY: Moje uszanowanie!

(Grażyna podskakuje, omal nie rozbijając jednej z ramek.)

GRAŻYNA: Ale mnie pan przestraszył! Ja tylko…


OJCIEC SARY: Widzę. Pani jest…?

(W tej samej chwili do salonu wchodzi matka Sary.)

GRAŻYNA: Jestem przyjaciółką państwa córki.

OJCIEC SARY: My nie mamy córki.

MATKA SARY: Tadeusz…

GRAŻYNA: Jak to nie? Mówiła pani, że dobrze trafiłam.

MATKA SARY: Mąż ma specyficzne poczucie humoru. Proszę nie zwracać na niego uwagi.

(Matka Sary posyła mężowi spojrzenie pełne dezaprobaty.)

OJCIEC SARY: Czemu lub komu zawdzięczamy tę wizytę?

GRAŻYNA: Skoro nie utrzymują państwo kontaktu z córką, nie wiem, czy wiedzą państwo o jej problemach…

OJCIEC SARY: Z mężem pijakiem i nędzą? Oczywiście, że wiemy.

GRAŻYNA: Nie o to mi chodziło.

MATKA SARY: Tadeuszu, przestań wchodzić pani w słowo. Proszę kontynuować.

GRAŻYNA: Mąż Sary zmarł w maju…

MATKA SARY: O Boże… Nie miałam pojęcia.

OJCIEC SARY: No proszę, czyżby w końcu się zachlał?

MATKA SARY: Nie wypada…

GRAŻYNA: Na Komunii Filipka upadł, uderzył się mocno w głowę i stracił przytomność. Już się nie obudził… Od tamtej pory Sara jest jakaś inna. Długo nie mogła się pozbierać…

OJCIEC SARY: Głupia…

GRAŻYNA: Kilka tygodni temu dostała pracę i właśnie tam to się zaczęło…


MATKA SARY: O czym pani mówi?

GRAŻYNA: Sara ma problemy psychiczne…

OJCIEC SARY: Rzeczywiście, bardzo odkrywcze.

GRAŻYNA: Da mi pan dokończyć, czy mam sobie pójść? Cały czas mi pan przerywa, a to naprawdę poważna sprawa.

MATKA SARY: Proszę mówić. Mąż już będzie cicho.

(Matka Sary z pełną surowością spojrzała na męża.)

GRAŻYNA: Sara ma silną depresję i jeszcze inną nie do końca zdiagnozowaną chorobę. Dwa dni temu trafiła do szpitala. Na razie nie można jej odwiedzać, a lekarz prowadzący twierdzi, że jej stan jest poważny. Jak ją zabrali, była bardzo agresywna. Nafaszerowali ją jakimiś psychotropami.

MATKA SARY: Mój Boże… Nasze dziecko… Tyle złego się dzieje, a my o niczym nie mamy pojęcia.

OJCIEC SARY: Szlag mnie zaraz trafi! Nasza córka kończy się w jakimś zakładzie dla czubków! Wszystko przez tego pijusa!

(Ojciec Sary wstaje z fotela i nalewa sobie whiskey, po czym wypija ją duszkiem.)

A co z dzieciakami?

GRAŻYNA: Obiecałam Sarze, że się nimi zajmę.

OJCIEC SARY: Pani?

GRAŻYNA: A kto inny? Mieszkam po sąsiedzku. Sama niedawno straciłam córkę… Będę je traktować jak własne…

OJCIEC SARY: Z całym szacunkiem, ale czy ma pani odpowiednie warunki?

(Matka Sary przez cały czas milczy i spogląda na Grażynę.)

GRAŻYNA: Dziękuję za troskę. Dam sobie radę.

OJCIEC SARY: To wykluczone. Nie mogę pozwolić, żeby moje wnuki mieszkały u obcych.


GRAŻYNA: Słucham?! Wnuki? Nawet państwo nie wiedzą, jak te wnuki wyglądają!

OJCIEC SARY: Sytuacja się zmieniła.

GRAŻYNA: Sytuacja od lat jest taka sama, a dzieci zostaną ze mną. To decyzja Sary.

OJCIEC SARY: Ta wariatka nie będzie decydować, kto ma się zajmować jej dziećmi. Już i tak przeszły przez piekło jej małżeństwa. Baśka, powiedz coś w końcu, bo mnie krew zaleje!

MATKA SARY: Mam dosyć tej dyskusji. Pani Grażyno, faktycznie, chyba będzie lepiej, jeśli dzieci na razie przeniosą się do nas. To nie jest tak, że nie mamy do pani zaufania, czy podważamy pani autorytet – po prostu tak będzie korzystniej.

GRAŻYNA: Korzystniej? Dla kogo? Nie wierzę własnym uszom! Od kiedy ta rodzina tak państwa interesuje?

MATKA SARY: Pani Grażyno, proszę sobie nie dopowiadać. Sara sama wybrała sobie takie życie. Odwróciła sie od nas, gdy jej nie poparliśmy w sprawie tego nieszczęsnego małżeństwa. Latami nie utrzymywała z nami kontaktu.

(Matce Sary spływają łzy z oczu. Szybko wyciera je dłonią.)

OJCIEC SARY: Zrobimy tak: mały tymczasowo zamieszka z nami – to jeszcze dzieciak, a ta nieletnia ladacznica zostanie tam, gdzie jest – to prawie dorosła kobieta. Poradzi sobie.

GRAŻYNA: O kim pan mówi?

OJCIEC SARY: Niech pani nie udaje. To miasto nie jest na tyle duże, żeby ta informacja mogła do nas nie dotrzeć.

GRAŻYNA: Co pan wygaduje?

MATKA SARY: Pani Grażyno, mąż sugeruje, iż mamy świadomość, że nasza wnuczka uprawia prostytucję. Dlatego byłoby lepiej rozdzielić rodzeństwo, żeby siostra nie miała na Filipa złego wpływu. Oczywiście wesprzemy ją finansowo, jednak to prawie dorosła osoba i nie możemy ingerować w jej życie.

GRAŻYNA: Ludzie, co wy opowiadacie?!

MATKA SARY: Pani naprawdę o niczym nie wie?


GRAŻYNA: Bo to jakieś kompletne bzdury! Nikola nie jest żadną dziwką!

OJCIEC SARY: To patologia. Czego się pani spodziewała? Podobno dorabiały sobie w duecie z taką jedną… Obracam się w różnych kręgach. Niektórzy biznesmeni nie są oszczędni w słowach. Proszę mi wierzyć.

GRAŻYNA: Skąd pan wie, że chodziło akurat o Nikosię?

MATKA SARY: Dajmy temu spokój. Pani Grażyno, proszę porozmawiać z Nikolą. Być może, sama się przyzna. Nie chcemy się w to bardziej zagłębiać.

OJCIEC SARY: Jutro przyjedziemy po Filipa. Proszę, z łaski swojej, spakować jego rzeczy, a jeszcze dziś pojedziemy do tego szpitala porozmawiać z lekarzami.

GRAŻYNA: Nie mogę na to pozwolić. Filipek zostanie ze mną. Tak zadecydowała jego matka i tego będę się trzymać.

MATKA SARY: Jesteśmy wdzięczni za to, że poinformowała nas pani o całej sytuacji, ale proszę nie utrudniać. Kierujemy się dobrem dziecka. Chcemy, żeby wyrósł na porządnego człowieka.

OJCIEC SARY: Postąpiła pani słusznie, powiadamiając nas o pobycie Sary w szpitalu, ale jeżeli nadal będzie się pani upierać, to przyjedziemy po wnuka z policją.

GRAŻYNA: Ludzka wdzięczność, psiakrew…

MATKA SARY: Z pewnością do tego nie dojdzie. Proszę się nie gniewać, mąż jest podenerwowany.

GRAŻYNA: A co z Nikosią? Nie pozwoli wam zabrać brata.

OJCIEC SARY: Nie ma tu nic do powiedzenia. Odbierzemy go, choćby siłą.

GRAŻYNA: Ona nie jest złym dzieckiem, tylko trochę pogubiła się w życiu.

OJCIEC SARY: Tak samo jak i matka.

GRAŻYNA: Sara popełniła w życiu kilka błędów. To wszystko.

OJCIEC SARY: Kardynalnych błędów, pani Grażyno.

GRAŻYNA: To prawda, ale to nie znaczy, że jest złym człowiekiem. To wrażliwa osoba.


OJCIEC SARY: Dlatego mamy prać jej brudy? Tego oczekuje się od rodziny, prawda?

GRAŻYNA: Po to się ma rodzinę.

OJCIEC SARY: Dlatego dzisiaj jedziemy do Sary, a jutro po małego i przy okazji zostawimy jego siostrze trochę gotówki, żeby nie czuła się pokrzywdzona. Powinna dać sobie radę. Tyle możemy zrobić w tej sytuacji.

GRAŻYNA: Wspaniałomyślny gest…

MATKA SARY: Proszę nas nie potępiać. Córka odtrąciła naszą miłość, troskę, wszystko. Nie może oczekiwać cudów. Gwarantujemy, że tym dzieciom włos z głowy nie spadnie. Proszę nie wymagać od nas więcej, niż oferujemy tej rodzinie.

GRAŻYNA: Sara nie wie, że tu jestem, dzieci zresztą też. Mogę je przygotować na zmiany, ale nie przewidzę, jak się zachowają.

MATKA SARY: Jakoś sobie poradzimy. Dziękujemy pani bardzo za wizytę. Jesteśmy wdzięczni za wszystko. To wielkie szczęście, że Sara ma taką przyjaciółkę.

GRAŻYNA: Nie można tego samego powiedzieć o rodzicach… Sara miała rację, że nie kontaktowała się z wami przez te wszystkie lata. Nie macie jej nic do zaoferowania.

OJCIEC SARY: Dziękujemy już pani za wizytę.

(Grażyna wychodzi. Ojciec Sary rzuca szklanką o podłogę.)

Scena 3.

(Mija dzień od zabrania Filipa przez dziadków. Mieszkanie Sardynianów. Między Nikolą a Grażyną toczy się rozmowa. Dziewczyna wygląda na markotną – bawi się cukrem.)

NIKOSIA: Myślała pani, że będę protestować?

GRAŻYNA: Szczerze powiedziawszy, tak. Nikola, to twój brat. Nie wiadomo, co z nim teraz będzie.

NIKOSIA: U nich będzie mu lepiej niż w tej zapyziałej norze.

GRAŻYNA: Może i tak, ale nie jesteś na nich wściekła, że przez całe życie ich nie było, a teraz raptem się zjawili?

NIKOSIA: Zrobili więcej dla tego dzieciaka niż rodzice.


GRAŻYNA: Tyle, że to ja miałam się wami zająć. To decyzja Sary.

NIKOSIA: Sara ma nierówno pod sufitem… Kurde, myślałam, że coś się właśnie zmienia. Tak ładnie wyglądała, była taka… miła, inna. Czułam, że coś się stanie, że nie wytrzyma presji.

GRAŻYNA: Podejrzewałaś coś?

NIKOSIA: Zrobiła sobie porządny makijaż i była ładnie ubrana – tego nie da się przeoczyć. Ale najdziwniejsze było to, że chciała wprowadzić nową zasadę w tym domu.

GRAŻYNA: Jaką zasadę?

NIKOSIA: Chciała, żebyśmy zawsze się ze sobą żegnali, tak jak byśmy mieli się już nigdy nie zobaczyć.

GRAŻYNA: O mój Boże, to faktycznie zły znak…

(Pauza.)

Jak ty to wszystko znosisz, dziecko, co?

NIKOSIA: To musiało się tak skończyć. Byłam na to przygotowana.

GRAŻYNA: Tęsknisz za nimi?

NIKOSIA: Tęsknię za Martyną. Była ze mną w najbardziej pochrzanionych sytuacjach. Bo jak tęsknić za matką, której nigdy nie miałam? Zawsze obecna była tylko ciałem. A Filip to jeszcze dzieciuch. Chyba nie umiem za nim tęsknić.

GRAŻYNA: A jak spotkanie z dziadkami? Rozmawialiście, jak wyszłam?

NIKOSIA: Chwilę. Zostawili mi kasę, zamienili kilka słów i poszli. Mówili, że jestem prawie dorosła, więc muszę być samodzielna. W razie czegoś mam dzwonić. To obcy ludzie, pani Grażynko kochana. A pieniądze im zwrócę. Nie potrzebuję ich łaski. Skoro mam sobie dać radę, to dam. Sama.

GRAŻYNA: No i bardzo dobrze, Nikoś. Jak będziesz czegoś potrzebować, to ja ci pomogę. Niewiele mam, ale niczego ci nie zabraknie. To dziwni ludzie. Opowiadali takie rzeczy… Nawet grozili mi policją.

NIKOSIA: Co mówili? I dlaczego chcieli postraszyć panią policją?


GRAŻYNA: Szkoda gadać, dziecinko…

NIKOSIA: Chcę wiedzieć. To mnie dotyczy.

GRAŻYNA: Dobra, powiem ci, tylko się nie złość.

(Nikola przytakuje skinieniem głowy.)

Mówili, że niby… dajesz dupy za pieniądze z jakąś koleżanką. Tak naprawdę dlatego nie chcieli cię zabrać, żeby was rozdzielić. Nie chcą, żebyś dawała bratu zły przykład. Niby ludzie na poziomie, a takie durnoty im w głowie, takie ploty rozpuszczają…

(Nikola wpatruje się w cukiernicę. Po chwili milczenia znów się odzywa.)

NIKOSIA: Pani Grażyno, to nie do końca plotki.

GRAŻYNA: Dziecko, co ty mówisz?

NIKOSIA: Te wszystkie korki, myjnie ręczne, ulotki to tylko przykrywka. Nie wyżyłabym z tego. Wiedziałam, że kiedyś zostanę sama. Muszę sobie jakoś radzić.

GRAŻYNA: Boże, Nikola… Nabierasz mnie…?

NIKOSIA: Nie robię tego dla przyjemności. Zarobię trochę kasy i z tym skończę.

GRAŻYNA: No co ty, kurwisz się? Nikosia, bój się Boga…

NIKOSIA: Nie ja pierwsza, nie ostatnia.

(Pauza.)

GRAŻYNA: O jakiej koleżance mówili ci ludzie?

NIKOSIA: Czy to ważne?

GRAŻYNA: Chcę wiedzieć, kogo w to wciągnęłaś.

NIKOSIA: Właściwie, to ja zostałam wciągnięta.

GRAŻYNA: Przez kogo?

(Nikola spuszcza wzrok. Znowu grzebie łyżeczką w cukiernicy.)


Mów.

NIKOSIA: Muszę się zwierzać? To krępujące.

GRAŻYNA: A dawanie dupy nie jest krępujące? Nikola, do cholery! To takie niebezpieczne!

NIKOSIA: Nawet nie ma pani pojęcia jak bardzo…

(Pauza.)

GRAŻYNA: Powiesz mi w końcu, o co w tym wszystkim chodzi? Kto cię w to wkręcił?

NIKOSIA: Mati…

GRAŻYNA: Co?! Co ty do mnie mówisz?! Jesteś obrzydliwa!

(Grażyna trzęsie się i bierze łyk kawy.)

NIKOSIA: Nie musi mi pani wierzyć.

GRAŻYNA: Nigdy w to nie uwierzę! Martynce niczego nie brakowało!

NIKOSIA: Naprawdę niczego pani nie zauważyła?

GRAŻYNA: Co ty wygadujesz, dziewczyno?

NIKOSIA: Nowe ciuchy, późne powroty… Nie musiała prosić pani o pieniądze.

GRAŻYNA: Dlaczego mi to robisz?

(Grażyna zalewa się łzami.)

Chcesz, żebym przyznała, że byłam złą matką? O to ci chodzi, gówniaro?!

NIKOSIA: Nie była pani złą matką. Chcę tylko, żeby pani wiedziała, co się wydarzyło. Już czas.

GRAŻYNA: Do kurwy nędzy, co ty mi robisz?! Co chcesz mi powiedzieć?!

(Pauza.)

NIKOSIA: Wiem, kto zamordował Martynę.


(Grażyna nic nie mówi, tylko patrzy w stół, szlocha i mocno się trzęsie.)

Nie mogłam powiedzieć policji. Nie ma żadnych dowodów. Nikt by mi nie uwierzył. Postanowiłam sama się tym zająć. Dorwę tego zwyrodnialca.

(Grażyna w milczeniu spogląda na Nikolę.)

Wiem, że bardzo nakłamałam. Chciałam, żeby zapamiętała pani córkę nieskazitelną. Zresztą, i tak by mi pani nie uwierzyła…

GRAŻYNA: Nie wiem… Nikola, Jezu… Nie mogę… Nie mam siły… Boże, Nikola…

(Grażyna nieprzerwanie płacze. Nikola chwyta dłonie sąsiadki i je całuje. Sąsiadka sprawia wrażenie zaskoczonej i zmieszanej.)

NIKOSIA: Przepraszam, pani Grażyno. Przepraszam, że do tego dopuściłam. To taki kamień, który nigdy nie spadnie…

GRAŻYNA: Nikola…

(Grażyna zanosi się płaczem. Wygląda na roztrzęsioną.)

NIKOSIA: Sprawiedliwość istnieje, tylko trzeba samemu jej pilnować…

Scena 4.

(Sala szpitala psychiatrycznego. Sara wpatruje się w okno. Wchodzi lekarz.)

PSYCHIATRA: Dzień dobry, pani Sardynian! Jak się pani dzisiaj czuje?

SARA: Byle jak.

PSYCHIATRA: Pani rodzice przyjechali się dowiedzieć o stan pani zdrowia.

SARA: Chyba mnie pan z kimś myli.

PSYCHIATRA: Pani relacje z rodzicami chyba nie należą do udanych, prawda?

SARA: Należą do fatalnych.

PSYCHIATRA: Chce mi pani o tym opowiedzieć?

SARA: Nie.


PSYCHIATRA: Wolałbym, żeby zechciała pani współpracować.

SARA: To po co pan spytał?

PSYCHIATRA: Chcę, żeby współpraca była dobrowolna.

SARA: Ale ja nie jestem tu dobrowolnie.

PSYCHIATRA: Zamierza pani utrudniać?

SARA: Zamierzam nie rozmawiać o relacjach, które nie są dla mnie priorytetowe.

PSYCHIATRA: Nalegam.

SARA: Historia, jakich wiele – brak akceptacji mojego małżeństwa ze strony rodziców, zerwanie wszelkich kontaktów między stronami. Pani Bożenka dziś nie notuje?

PSYCHIATRA: Co może pani powiedzieć o swoim małżeństwie?

SARA: To nie było rozsądne.

PSYCHIATRA: Dlaczego tak pani uważa?

SARA: Bo nie jestem idiotką. Zaślepiła mnie miłość. Do dzisiaj za to płacę.

PSYCHIATRA: Dowiedziałem się, że pani mąż nie żyje. Niech mu ziemia lekką będzie…

SARA: Mam nadzieję, że nie…

PSYCHIATRA: Skąd w pani tyle jadu?

SARA: Ten skurwiel zrujnował mi życie, a ja dopiero teraz nazywam go po imieniu.

PSYCHIATRA: Chce mi pani o tym opowiedzieć?

SARA: Pod warunkiem, że potrafi pan cofnąć czas.

PSYCHIATRA: Niestety. Co chciałaby pani zmienić, gdybym jednak miał taką moc?

SARA: Nie mogę powiedzieć, że nigdy bym się z nim nie związała. Wtedy moje dzieci nie byłyby takie, jakie są. Może w ogóle byłabym bezdzietna… Może powinnam być… Może jednak nie chciałabym go poznać…


PSYCHIATRA: A dzieci? Jest pani z nich dumna?

SARA: Tak. Są takie zaradne i samodzielne… A ja zawaliłam i jako córka, i jako matka…

PSYCHIATRA: Mam dla pani prezent.

SARA: Z jakiej okazji?

PSYCHIATRA: Powiedzmy, że z okazji rozpoczęcia terapii.

(Lekarz wręcza pacjentce pakunek.)

SARA: Co to?

PSYCHIATRA: Notatnik i pióro.

SARA: Nie piszę piórem. Jestem leworęczna.

(Sara dobiera się do zawartości. Rozpakowuje pióro. Mężczyzna wyciąga w jego kierunku rękę. Sara cofa swoją.)

Ale to sobie zostawię. Jest bardzo ładne.

PSYCHIATRA: Bardzo proszę.

SARA: Po co mi te rzeczy? Dowiedział się pan, że kiedyś pisałam i chce wskrzesić moją pasję?

PSYCHIATRA: Prawdę mówiąc, nie. Nie miałem pojęcia. Ale umiejętności pisarskie na pewno będą pomocne.

SARA: Zamieniam się w słuch.

PSYCHIATRA: Otóż, chciałbym, żeby w ramach terapii zaczęła pani pisać pamiętnik.

SARA: Pisanie pamiętnika ma działanie terapeutyczne?

PSYCHIATRA: Zachęcam panią do wyrzucenia z siebie wszystkich wspomnień i przelania ich na papier.

SARA: Babranie się w złych wspomnieniach ma mi pomóc?


PSYCHIATRA: Sam proces pisania może niekoniecznie. Oczyszczenie powinno nastąpić w momencie późniejszego niszczenia pamiętnika.

SARA: Po co mam pisać coś, co zostanie zniszczone? Tak zrobiłam z większością swoich tekstów. I wie pan co? Nie było warto zawracać sobie nimi głowy.

PSYCHIATRA: Musi się pani jakoś uporać z demonami przeszłości. To łatwy sposób i w pani przypadku może okazać się skuteczny.

SARA: To wszystko? Mam być tu zamknięta po to, żeby móc pisać pamiętnik, a potem go spalić? To samo mogę robić w domu.

PSYCHIATRA: Chcę mieć wgląd w pani notatki.

SARA: Nie można czytać cudzego pamiętnika. To naruszenie prywatności.

PSYCHIATRA: To będzie miało wyłącznie terapeutyczny charakter. Zdaję sobie sprawę z tego, że niektórym łatwiej jest opisywać, niż opowiadać. W przypadku pisarzy i poetów to wręcz norma.

SARA: A dostanę herbatę w normalnym kubku?

PSYCHIATRA: Nie podajemy pacjentom używek.

SARA: Bo te wszystkie psychotropy to nie używki?

PSYCHIATRA: Lekarstwa.

SARA: Moim lekarstwem jest herbata. Bez niej nigdy nie siadam do pisania.

PSYCHIATRA: Nie mogę naginać zasad specjalnie dla pani.

SARA: Czyli rozdawanie pacjentom wiecznych piór to zwyczaj?

PSYCHIATRA: Tego wymaga terapia.

SARA: Sam pan to wymyślił?

PSYCHIATRA: Czasem zabieram pracę do domu i myślę wtedy o moich pacjentach.

SARA: Ale pacjenci zostają w tym budynku?


PSYCHIATRA: Czasami zabieram ich na spacer po ogrodzie. Na łonie natury przyjemniej się rozmawia.

SARA: Pisze też.

PSYCHIATRA: Na razie zostanie pani tutaj. Zresztą, pogoda nie sprzyja przesiadywaniu na zewnątrz.

SARA: Poproszę o długopis i herbatkę.

(Lekarz podaje Sarze długopis.)

Jeszcze herbata i zabieram się do pisania.

PSYCHIATRA: Przykro mi.

SARA: Związuje mi pan ręce, panie doktorze.

(Wzdycha Sara.)

PSYCHIATRA: Ot, co za ironia, że mówi to pani do psychiatry.

(Sara uśmiecha się.)

SARA: Od czego mam zacząć?

PSYCHIATRA: Może od momentu poznania męża?

SARA: Ile mam czasu?

PSYCHIATRA: Ile tylko pani potrzebuje.

(Pauza.)

Czy mogę jakoś dotrzeć do pani utworów?

SARA: W ramach terapii?

PSYCHIATRA: Naturalnie.

SARA: Proszę się skontaktować z wydawnictwem TABU. Może jeszcze mają tam coś mojego w archiwum.


PSYCHIATRA: Na pewno to zrobię. Cóż, w takim razie życzę weny.

SARA: Nie wierzę w wenę.

PSYCHIATRA: Jak to? Pani? Artystka?

SARA: I nie jestem artystką. Wierzę w talent, ciężką pracę i warsztat. Pisanie pod wpływem natchnienia jest przereklamowane i prowadzi do zbędnej zawiłości. Często sami autorzy nie wiedzą, co w danej chwili mieli na myśli.

PSYCHIATRA: Interesujące.

SARA: Nie spodziewał się pan, że wariatka woli mieć trzeźwy umysł.

PSYCHIATRA: Na litość boską, proszę się tak nie określać.

SARA: Proszę już iść, bo nigdy nie zacznę, a mam sporo do napisania. Po takiej przerwie nie wiem nawet, jak chwycić długopis.

PSYCHIATRA: Już wychodzę. Do zobaczenia.

Scena 5.

(Mieszkanie klienta. Nikola ubiera się po odbytym stosunku. Jej ubrania rozrzucone są po całej sypialni. Dziewczyna, szukając biustonosza, natrafia na zdjęcie, od którego nie może oderwać oczu.)

NIKOSIA: Co to jest?

KLIENT: Zdjęcie.

NIKOSIA: Widzę, że nie adapter. Kto na nim jest?

KLIENT: Maleńka, chyba wychodzisz poza swoje kompetencje.

NIKOSIA: Odpowiedz.

KLIENT: Wścibska jesteś, ale i dobra w łóżku, więc ci odpowiem. To ja parę lat temu. Niezłe ciacho, co? Trochę mi się siwizny sypnęło, ale nadal ma się to coś.

(Nikola wywraca oczami.)

NIKOSIA: A kto stoi obok ciebie?


KLIENT: Taki jeden buc. Nie spodobałby ci się.

NIKOSIA: Możesz mi coś o nim opowiedzieć?

KLIENT: Ale jesteś dociekliwa, mała… No dobra. Za dodatkowy numerek?

NIKOSIA: OK. Mam tylko godzinę. Streszczaj się.

KLIENT: Koleś działa w branży filmowej i teatralnej. Robi równie pojebane przedstawienia, jak filmy. Jest cholernie bogaty i tak samo pokurwiony. Już nie raz miał jakieś odpały.

NIKOSIA: A konkretnie?

KLIENT: Nie wygląda ci na zboka? Podobno kiedyś molestował młodszą siostrę i pukał własną matkę, a później ją udusił. Posiedział kilka miesięcy, a potem załatwił sobie żółte papiery. Sąd uznał, że gość był niepoczytalny, a zbrodni dokonał w afekcie.

NIKOSIA: A zadajesz się z nim, bo…?

KLIENT: No coś ty, mała! To jest jakiś zwyrol. Dowiedziałem się o tym niedawno. W ogóle nie wiem, co ta fota tam robiła. Chyba za rzadko sprzątam. Mieć zdjęcie z takim pojebem to żaden powód do szpanu. Napisałem dla typa scenariusz. To wszystko. Czemu tak o niego wypytujesz?

NIKOSIA: Znam go.

KLIENT: Posuwał cię?

NIKOSIA: Wyrzucił mnie z chaty.

KLIENT: Nie wie, co stracił.

NIKOSIA: Powiem ci, o co chodzi, ale musisz pomóc mi się do niego dostać.

KLIENT: Chyba sobie jaja robisz.

NIKOSIA: Chcesz, żeby takie ścierwo chodziło po świecie?

KLIENT: Ej, mała, nie rozpędzaj się. Nie mieszaj się w to.

NIKOSIA: Ten fiut zabił moją przyjaciółkę…



KLIENT: O kurwa…

NIKOSIA: Pomożesz mi?

KLIENT: Co ty chcesz mu zrobić?

NIKOSIA: Nie domyślasz się?

KLIENT: Weź, wypierdalaj stąd! Nie chcę mieć z tym nic wspólnego! Chciałem tylko zaruchać!

NIKOSIA: Wyluzuj. Chcę, żebyś zaaranżował spotkanie. Nic więcej.

KLIENT: Chyba cię pojebało!

NIKOSIA: Słuchaj – jesteś mi potrzebny. Prawdopodobnie jesteś jedyną osobą, która może mi pomóc. Na razie cię zostawię, żebyś przemyślał to na chłodno. W nic cię nie wmanewruję. Chcę się tylko zemścić. Ułożę cały plan. Obgadamy go jutro lub pojutrze. Pomożesz mi dopracować szczegóły.

KLIENT: Co ty chcesz mu zrobić?

NIKOSIA: Tym się zajmę sama. Ty tylko trochę mu nakłamiesz.

KLIENT: A jak nie?

NIKOSIA: Przyjdę tu tyle razy, ile będzie trzeba. Jestem sfrustrowana i zdeterminowana. Lepiej mnie nie drażnij. Zwłaszcza, że to drobna przysługa.

KLIENT: Co z tego będę miał?

NIKOSIA: Czyste sumienie. Świat będzie lepszy.

KLIENT: W dupie mam cały świat. Co będę miał od ciebie?

NIKOSIA: Powiedzmy, że będziesz moim priorytetowym klientem. Dzwonisz i mnie masz.

KLIENT: A rabacik?

NIKOSIA: Też się znajdzie.

KLIENT: Cholera, zawsze ulegam pięknym kobietom… Widocznie taki mój urok.


NIKOSIA: Nie pochlebiaj sobie. Jesteśmy umówieni. Spodziewaj się mnie niedługo. Nie zawiedź mnie.

KLIENT: Nie peniaj, mała. Przecież się zgodziłem.

NIKOSIA: Żadnych numerów.

KLIENT: Przestań. Sam bym dopadł skurwiela, ale zasadniczo nie mam powodu.

NIKOSIA: Zasadniczo masz za małe jaja.

Scena 6.

(Mieszkanie klienta. Nikola odbywa stosunek ze swoim wspólnikiem, po czym oboje oddają się odpoczynkowi. Po jakimś czasie Nikola rozpoczyna rozmowę.)

NIKOSIA: Czy teraz możemy pogadać?

KLIENT: Daj mi chwilę. Dopiero doszedłem.

NIKOSIA: Nie rozpraszaj się. Wiesz, po co tu przyszłam.

KLIENT: Sama mnie rozproszyłaś. Nie spodziewałem się gry wstępnej od razu na wejściu.

NIKOSIA: Chciałam być fair.

KLIENT: Szybko mnie przelecieć i z głowy?

NIKOSIA: Dokładnie.

KLIENT: Bestyjka…

NIKOSIA: Nie mów, że ci się nie podobało.

KLIENT: Na kogo wyjdę, jak powiem, że to był mój najlepszy seks ever?

NIKOSIA: Na kogoś, kto nigdy nie miał dziewczyny.

KLIENT: Nie kręcą mnie związki, te wszystkie rocznice, kwiatki, duperelki, trzymanie się za łapki i inne miłosne pierdy. Jestem zwolennikiem przelotności.

NIKOSIA: Psycholog stwierdziłby, że zostałeś kiedyś zraniony i teraz boisz się ryzyka.


KLIENT: Robisz fakultet z psychologii?

NIKOSIA: Robię fakultet z puszczania się dla hajsu.

(Para zaczyna się śmiać.)

KLIENT: Jesteś jeszcze za smarkata, żeby wiedzieć coś o życiu.

NIKOSIA: Z życia mam doktorat i habilitację.

KLIENT: Ale nie byłaś nigdy w związku?

NIKOSIA: Nie kumplujemy się, tylko pieprzymy, OK?

KLIENT: Spoko.

NIKOSIA: Możemy pogadać o naszym planie?

KLIENT: To twój plan. Ja jestem incognito.

NIKOSIA: To słuchaj, komentuj i dwaj wskazówki.

(Klient patrzy z uwagą na Nikolę.)

Zrobimy tak: dzwonisz do typa i mówisz, że stworzyłeś projekt, chcesz mu go zaprezentować i pytasz, czy go to interesuje. Tak się to załatwia?

KLIENT: No, mniej więcej. Co to za projekt?

NIKOSIA: Jakaś perwersyjna sztuka z udziałem publiczności.

KLIENT: Mocne. Może mu się spodobać. Co dalej?

NIKOSIA: Umawiasz się z nim w miejscu X. Mówisz, że na początku sztuki każdy widz ma dostać opaskę na oczy – element tajemniczości i silniejsze doznania artystyczne.

KLIENT: Niezłe. Ale, że niby on ma założyć tę opaskę?

NIKOSIA: Mówisz, że chcesz, żeby przebrnął przez to najpierw z perspektywy widza i ocenił, czy przedstawienie ma szansę powodzenia. Twoja rola tu się kończy. Masz go tylko zwabić. Fizycznie może cię tam nawet nie być.

KLIENT: A gdzie się zaczyna twoja rola?


NIKOSIA: Ja się zajmę resztą.

KLIENT: Co zamierzasz?

NIKOSIA: Trochę go otumanić.

KLIENT: To wszystko?

NIKOSIA: Nie zaprzątaj sobie tym głowy. Twoja rola ogranicza sie jedynie do niewinnego podstępu. Masz być ostrożny i niewidzialny, a przy tym cholernie pewny siebie i nonszalancki. Dasz radę?

KLIENT: Sam kiedyś chciałem być aktorem.

NIKOSIA: Umiejętności aktorskie to dodatkowy atut.

KLIENT: A co to za miejsce, w które mam go zwabić?

NIKOSIA: Na razie muszę dograć szczegóły. Dam ci znać, jak coś znajdę.

KLIENT: Czyli nic nie masz?

NIKOSIA: Na razie nie.

KLIENT: To się dobrze składa, bo mam szalony pomysł. A z racji tego, że cała akcja jest porąbana, może ci się spodobać.

NIKOSIA: Wal.

KLIENT: Ten pojeb ma w chacie minikino. Można go stamtąd wywieźć w opasce, niby dla hecy. Zrobić kółko i nawet się nie połapie, że jest u siebie.

NIKOSIA: Zwariowałeś?

KLIENT: No pomyśl – limuzyna, dupeczki, drineczki i jest w domciu. Mieszka na zadupiu. Nie takie rzeczy się tam działy. Zbrodnia doskonała.

NIKOSIA: Za dużo osób do zaangażowania.

KLIENT: Szoferowi można powiedzieć, że to wieczór kawalerski czy coś i morda w kubeł.

NIKOSIA: To bez sensu.


KLIENT: No to coś innego. Nieważne. To jest do zorganizowania. Ten fiut lubi takie akcje specjalne. Jak chcesz, to pomogę ci to ogarnąć. Sama możesz nie dać rady. A ja znam jego dom.

NIKOSIA: Nie musisz tego robić. Zresztą, nie jestem przekonana do tego pomysłu.

KLIENT: Nie pękaj.

NIKOSIA: Przecież nie chciałeś się w to mieszać.

KLIENT: Ale to brzmi całkiem ciekawie. Jak chcesz, to możemy znaleźć jakąś dodatkową miejscówkę w ramach planu B. Znam trochę ludzi z branży. Coś się znajdzie.

NIKOSIA: Nie chcę już nikogo angażować.

KLIENT: Wszystkim się zajmę. Nikt się nie skapnie. Bardziej interesuje mnie coś innego…

NIKOSIA: Co?

KLIENT: Jak chcesz zatrzeć ślady.

NIKOSIA: Przygotuję się. Ty też się przygotuj, skoro chcesz brać w tym udział.

KLIENT: Co zrobisz, jak go znajdą?

NIKOSIA: Nikt nas z tym nie skojarzy.

KLIENT: Masz motyw.

NIKOSIA: Policja o niczym nie wie. Ten palant i tak by się wywinął.

KLIENT: Więc od początku założyłaś, że sama się go pozbędziesz?

NIKOSIA: Tylko tak nie uniknie sprawiedliwości.

KLIENT: Załóżmy, że wszystko pójdzie zgodnie z planem – jak zamierzasz z tym żyć?

NIKOSIA: Pomszczę swoją przyjaciółkę. To będzie ulga. Zresztą, nie wiesz, jakie ja mam życie…

KLIENT: To powiedz. Może to utwierdzi mnie w przekonaniu, że słusznie postępujemy.


NIKOSIA: Najbliższa mi osoba została brutalnie zamordowana, mój stary zachlał się na rodzinnej uroczystości, moja matka znowu wylądowała w wariatkowie, a brata zabrali dziadkowie, których nigdy przedtem nie widziałam. Pochodzę z patologii. Wiem, co to bieda, przemoc i obojętność. Jestem dziwką. Jestem wkurwiona i całkiem sama z tym wszystkim. Podciągam swoje „kwalifikacje”, żeby zarobić jak najwięcej kasy, osiedlić się po drugiej stronie rzeki, pożegnać wszystkie nawiedzające mnie duchy przeszłości i zacząć żyć od nowa. Rutynowo, nudno i stabilnie.

KLIENT: Przejebane… Przytulić cię?

NIKOSIA: No, a na dokładkę klienci muszą mnie przytulać, bo nie mam nikogo innego.

(Nikola uśmiecha się i pozwala się objąć.)

Zdzwonimy się.