AKT
X
Scena
1.
(Scena
rozgrywa się w luksusowym butiku umiejscowionym po drugiej stronie rzeki:
pozłacane klamki, porządnie umarszczone zasłony z ciężkiego materiału, cięte
kwiaty, sofy, grube dywany, kawa, herbata lub szampan dla stałych klientek.
Trwa rozmowa kwalifikacyjna Sary, która to oprowadzana jest przez właścicielkę
we własnej osobie. Kobiety udają się na zaplecze.)
ZAKLINACZKA
MODY: Saro, jak zdążyła pani, zapewne,
zauważyć, to miejsce eleganckie, wytworne, szykowne, dla ludzi z klasą, ale nie
ukrywajmy, że przede wszystkim z grubym portfelem. Dlatego też, obowiązują tu
pewne normy. W związku z tym, teraz proszę, żeby opowiedziała mi pani co
nieco o sobie, a ja po prostu zweryfikuję, czy moje oczekiwania wobec pani
osoby pokrywają się z pani słowami.
SARA: Czy mogę prosić o jakieś pytania pomocnicze?
Szczerze mówiąc, bardzo dawno nie byłam na żadnej rozmowie kwalifikacyjnej.
ZAKLINACZKA
MODY: Nie. Nie będę pani zadawać
szeregu standardowych pytań. Chcę, żeby to była taka luźna rozmowa. Wtedy
informacje interesujące potencjalnego pracodawcę wypływają najbardziej
spontanicznie i poniekąd mimowolnie.
SARA: Rozumiem. Nazywam się Sara Sardynian. Mam
trzydzieści dziewięć lat. Jestem wdową i matką dwojga dzieci. Studiowałam
polonistykę, jednak z powodów rodzinnych nie udało mi się jej ukończyć. W
czasie trwania studiów dorabiałam sobie w różnych pogranicznych zawodach, na
przykład jako korektorka, redaktorka, felietonistka. Potem przez jakieś półtora
roku pracowałam dla wydawnictwa TABU. Następnie zrezygnowałam ze swojego stanowiska
i ponownie od czasu do czasu przyjmowałam zlecenia. Z roku na rok było ich coraz
mniej, a później zajmowanie się dziećmi i domem zupełnie mnie pochłonęło.
ZAKLINACZKA
MODY: Czyli, jak mniemam, przez kilkanaście
lat pani nie pracowała?
SARA: Można tak powiedzieć, choć nie do końca zgadzam
się z tym, że praca w domu, to żadna praca.
ZAKLINACZKA
MODY: Proszę wybaczyć. Chodziło mi o
karierę zawodową. A jakie są pani zainteresowania?
SARA: Ostatnimi czasy preferuję leżakowanie z jednoczesnym
wpatrywaniem się w sufit lub ścianę.
ZAKLINACZKA
MODY: No tak… Słyszałam, że całkiem
niedawno straciła pani męża. To przykre. A przedtem, co lubiła pani robić w
wolnych chwilach?
SARA: Chyba tak jak każdy – trochę literatury,
krzyżówek, trochę takiej mojej pisaniny.
ZAKLINACZKA
MODY: Miałam okazję czytać coś pani
autorstwa?
SARA: Niewykluczone, że okazję, owszem, jednak myślę, że
zapadłoby pani w pamięć moje nazwisko.
ZAKLINACZKA
MODY: Zapewne.
SARA: Czy ma pani jeszcze jakieś pytania?
ZAKLINACZKA
MODY: Dość ogólnikowo poznałam pani
życiorys i tyle na razie wystarczy. Teraz chciałabym się skupić na pani cechach
osobowościowych. Jaka jest Sara Sardynian?
SARA: Sara Sardynian jest marzycielką, ma wybujałą
wyobraźnię. Jest próżna, łatwowierna w relacjach z bliskimi. Zaniedbała
kontakty rodzinne. Jest kiepską matką i wątłym człowiekiem. Zupełnie nie
zna się na modzie. Może życie osobiste zawaliła, ale nigdy nie zawaliła pracy.
Śmiało można przyznać, że nigdy żaden pracodawca na nią nie narzekał. Dawała z
siebie sto pięćdziesiąt procent normy. I choć pewnie jej umysł jest mniej
chłonny niż tych kilkanaście lat temu, to można zaryzykować stwierdzeniem, że
szybko się uczy i nie boi się zawodowych wyzwań. Jej najbliżsi uważają, że
bardzo potrzebuje pracy. Nie da się z tym nie zgodzić.
ZAKLINACZKA
MODY: Jestem pod wrażeniem pani
szczerości. Cóż mogę powiedzieć? Jestem skłonna zatrudnić panią na
trzymiesięczny okres próbny. Naturalnie, nie mogę zagwarantować, że po tym
czasie, przyjmę panią na dłużej. Musi się pani wykazać. Przygotuję listę z
pełnym zakresem pani obowiązków, do tego listę zasad dress code'u
obowiązujących moich pracowników oraz przedwstępną umowę, jeśli, oczywiście,
zostawi mi pani swoje dane osobowe. Proszę liczyć się z tym, że to nie będzie
stanowisko na podobnym poziomie do tych, na których pani była. Póki co, będą to
głównie prace porządkowo-estetyczne. Nie wykluczam późniejszego zatrudnienia
pani w innym charakterze, jeśli się pani odpowiednio przyuczy. Czy taki układ
panią satysfakcjonuje?
SARA: Nie, ale nie mam innych propozycji, dlatego
przystanę na tę. Moje ambicje nie są już tak wysokie, jak kiedyś. Od czegoś
trzeba zacząć, więc zacznę od najniższego szczebla.
ZAKLINACZKA
MODY: Może to nie jest praca życia, ale
poziom, który reprezentuje to miejsce, jest bardzo wysoki, dlatego nie ma
powodu do wstydu. Pora się przekwalifikować, pani Saro.
SARA: Najwyraźniej.
ZAKLINACZKA
MODY: Proszę wypełnić ten formularz i
zostawić go jednej z moich pracownic. Myślę, że pojutrze dokumenty powinny być
gotowe do podpisania. Wtedy ustalimy, czy wszystkie warunki pani odpowiadają i,
miejmy nadzieję, wybierzemy termin rozpoczęcia pracy.
SARA: W takim razie, dziękuję za poświęcony czas i do
zobaczenia za dwa dni.
Scena
2.
(Nikola
siedzi na huśtawce. Na placu zabaw zjawia się również Przemek. Trzyma w ręku
niewielki bukiecik.)
PRZEMEK: Zawsze wracasz w to miejsce, gdy jest ci smutno?
NIKOSIA: Szpiegujesz mnie?
PRZEMEK: Nie. Tak myślałem, że cię tu znajdę, dlatego
przyszedłem cię przeprosić.
NIKOSIA: Nie masz powodu.
PRZEMEK: Mam. Mogłaś pomyśleć, że ci grożę czy coś w tym
rodzaju.
NIKOSIA: Chciałeś posłuchać ryzykownej historii. Mogłam
przewidzieć twoją reakcję.
PRZEMEK: Przesadziłem.
NIKOSIA: To dla mnie?
PRZEMEK: Tak. Przeprosinowy bukiecik.
NIKOSIA: Żółty?
PRZEMEK: Pomyślałem, że lubisz ten kolor.
NIKOSIA: Nie masz prawa mi kupować żółtych kwiatków.
PRZEMEK: To jakiś zabobon?
NIKOSIA: To kolor zarezerwowany dla Mati.
PRZEMEK: Skąd mogłem wiedzieć?
NIKOSIA: Nie mogłeś, dlatego daj ten bukiet Martynie.
PRZEMEK: To może być mało wykonalne.
NIKOSIA: Zaprowadzę cię na jej grób.
PRZEMEK: Myślałem, że tam nie chodzisz.
NIKOSIA: Zmusiłeś mnie do tego.
PRZEMEK: Wszystko przez te kwiatki?
NIKOSIA: Są żółte. Mati przyjdzie mnie straszyć, jak je
zobaczy w moim pokoju.
PRZEMEK: Niech będzie. Oddajmy je Mati.
(Pauza.)
Niki, chciałbym ci coś powiedzieć.
NIKOSIA: Możesz później? Zaraz dojdziemy na miejsce. Nie
chcę rozmawiać przy Martynie, bo będzie zazdrosna. Przedstawię cię, dasz jej
kwiaty i spadamy.
PRZEMEK: Jako kogo mnie przedstawisz?
NIKOSIA: Z przyjaźni się szybko wymiksowałeś, więc pewnie
jako kolegę.
PRZEMEK: Ty pierwsza dałaś mi do zrozumienia, że nie chcesz
przyjaźni. Właśnie o tym chciałbym pogadać.
NIKOSIA: Nie teraz.
PRZEMEK: Tylko, że ja też nie chcę tej przyjaźni.
NIKOSIA: To świetnie.
PRZEMEK: Niki, poczekaj. Zakochałem się w tobie…
NIKOSIA: Mówiłam, że później porozmawiamy. Daj mi te
cholerne kwiatki. Sama tam pójdę.
PRZEMEK: Słyszysz, co do ciebie mówię?
NIKOSIA:
Dasz mi te kwiatki?
PRZEMEK: Są twoje.
NIKOSIA: Są Mati. I ja też. Nie wiem, co sobie wyobrażałeś.
Należę do Mati.
PRZEMEK: Nie ma Mati. Jestem ja. I to ja się w tobie
zakochałem.
NIKOSIA: Ona była pierwsza. A tobie przejdzie.
PRZEMEK: To dziecinada. OK, robiłyście wszystko razem,
byłyście blisko, ale od razu przyjaźń na śmierć i życie?
NIKOSIA: Masz coś jeszcze do powiedzenia? Nie rób z siebie
durnia większego, niż jesteś.
PRZEMEK: Myślałem, że między nami zaczyna dziać się coś
fajnego.
NIKOSIA: Masz urojenia.
PRZEMEK: A ty nie chcesz przyjąć do wiadomości, że istnieje
poza Mati ktoś, dla kogo jesteś ważna.
NIKOSIA: Mogę być ważna na odległość?
PRZEMEK: W tym sęk, że nie. Chcę z tobą być. Nie tylko jako
przyjaciel.
NIKOSIA: Pobożne życzenie.
PRZEMEK: Gdybyś tylko pozwoliła mi wyciągnąć się z tego
bagna, w którym siedzisz… Moglibyśmy byś razem szczęśliwi. Pasujemy do siebie.
NIKOSIA: Odpuść sobie. Nigdy nie będziemy razem. Nie jestem
stworzona do bycia w związku.
PRZEMEK: Wydaje ci się.
NIKOSIA: Co mam ci powiedzieć, żebyś się odczepił?
PRZEMEK: Nie szanujesz uczuć ludzi, którzy cię kochają…
NIKOSIA: Dokładnie. Mam to gdzieś, czy się we mnie
zakochałeś i czy mnie teraz znienawidzisz. Wolę dawać dupy za pieniądze, niż
udawać orgazmy w zaciszu małżeńskiej sypialni. Lepiej jest być kurwą, niż
zeszmacić się przy boku męża pijaczyny.
PRZEMEK: Jesteś taka wyrachowana…
NIKOSIA: A ty taki naiwny…
PRZEMEK: Więc to koniec?
NIKOSIA: Idź z Bogiem i wyrywaj laski, a dziwki zostaw tam,
gdzie ich miejsce.
PRZEMEK: Jak możesz tak mówić?
NIKOSIA: Nie zobaczymy się już.
PRZEMEK: Masz moje zeszyty.
NIKOSIA: Wyślę ci pocztą.
PRZEMEK: Dobrze wiesz, że nie o to chodzi. Chcę mieć
pretekst, żeby się z tobą spotkać.
NIKOSIA: A ja chcę, żebyś rozsądniej ulokował swoje
uczucia, a mnie zostawił w spokoju.
PRZEMEK: Rozsądek nie ma z tym nic wspólnego. Najczęściej trafiamy
na tych, których w życiu nie chcielibyśmy poznać. Nie wybrałem sobie
ciebie. Stało się i już. Dlaczego nie chcesz nawet spróbować?
NIKOSIA: Dasz mi te kwiatki?
PRZEMEK: Pod warunkiem, że zostawisz sobie jednego.
NIKOSIA: Zgoda.
PRZEMEK: Są twoje.
(Nikola
odchodzi bez pożegnania. Biegnie w stronę cmentarza. Odnajduje grób
Martyny, po czym zaczyna łkać i jednocześnie do niej mówić.)
NIKOSIA: Wiem, że cię zawiodłam… Nikt cię nigdy nie
zastąpi… Zobacz, jakie ładne kwiatki ci przyniosłam… To od niego… Zostawię
sobie jednego, dobrze? Tak bardzo mi ciebie brakuje…
(Nikola
przyciska twarz do płyty nagrobkowej.)
Scena
3.
(Tego
samego dnia. Mieszkanie Sardynianów. Nikola wraca do domu cała zapłakana. Siada
w kuchni obok matki.)
SARA: Nawet się nie przywitasz?
NIKOSIA: Nie chce mi się wymieniać uprzejmościami.
SARA: Co się stało? Płakałaś? Jesteś cała rozmazana.
Kiedy zaczęłaś się malować?
NIKOSIA: Byłam u Mati. Rozkleiłam się.
SARA: Nie zamierzałaś tam chodzić.
NIKOSIA: Naszło mnie.
SARA:
Co to za kwiatek?
NIKOSIA: Chyba kalia.
SARA: Nie pytam o nazwę. Skąd go masz?
NIKOSIA: Najpewniej z kwiaciarni.
SARA: Nikoś…
NIKOSIA: Od Przemka.
SARA: Czy on się przypadkiem w tobie nie podkochuje?
NIKOSIA: Kwiatki były dla Mati, a ja podkradłam jej
jednego.
SARA: Kwiatki były dla ciebie, ale zostawiłaś je na
grobie Mati, bo były żółte.
NIKOSIA: Masz rację, Sherlocku, to ma więcej sensu.
SARA: Zakochał się w tobie?
NIKOSIA: Przeprosił mnie.
SARA: Musiał sobie nieźle nagrabić, skoro przepraszał
cię z bukietem.
NIKOSIA: Tak. Nagrabił sobie.
SARA: Ale już dobrze?
NIKOSIA: Po staremu.
(Pauza.)
SARA: Byłam dzisiaj na rozmowie.
NIKOSIA: O kurczę, zapomniałam. Przepraszam. Miałam cię
ogarnąć.
SARA: Jak widzisz, jakoś sobie poradziłam.
NIKOSIA: Widzę. Jak ci poszło?
SARA: Pojutrze mam podpisać umowę.
NIKOSIA: No, no, Sarito… jestem z ciebie dumna. Tylko nie
podpisz czegoś głupiego.
SARA: Dam sobie radę.
NIKOSIA: Nie wierzę ludziom, którzy tak mówią.
SARA: To nie dam rady. Nie wiem.
NIKOSIA: Nie dasz rady. Ale trudno. To twoja pierwsza praca
po latach.
(Nikola
zaczyna się śmiać.)
SARA: Oj, wiem, wiem, że jestem ciapą. Nie trać wiary w
matkę i nie mów do mnie po imieniu.
NIKOSIA:
Dobrze, matko. A jak tam Zaklinaczka Mody?
SARA: Profesjonalistka z kijem w odbycie i po nieudanym botoksie,
co to siada na jednym krześle, a na drugim rozkłada swe insygnia.
NIKOSIA: Kurde, mleko tej kobiety zostało z należytą
godnością wyssane przez Dziunię!
SARA: Chwalmy Pana! Byłaby to nieodżałowana strata dla
społeczeństwa!
(Obie
wybuchają śmiechem.)
Scena
4.
(Nikola
przypadkiem spotyka Dziunię. Idą razem do centrum handlowego i rozmawiają.)
DZIUNIA: Mama opowiadała ci o tej rozmowie kwalifikacyjnej?
NIKOSIA: Trochę.
DZIUNIA: Jak wrażenia?
NIKOSIA: Ujął ją profesjonalizm twojej matki.
DZIUNIA: To wszystko?
NIKOSIA: Na razie tak.
DZIUNIA: Rzadko to robię, bo lubię się zabawić, ale muszę
cię ostrzec. Moja matka to potwór. Jest wymagająca, wredna i bezlitosna. Nie da
sobie wejść na głowę. Uważa się za nieomylną. W butiku panuje rygor. Ten luksus
i uprzejma obsługa to tylko pozory. Mało kto jest w stanie to wytrzymać.
Pracownice co trochę się zmieniają. Zostają tylko te gruboskórne.
NIKOSIA: Teraz mi to mówisz?
DZIUNIA: To nie jest zła praca, tylko trzeba znać swoje
miejsce.
NIKOSIA: W domu też?
DZIUNIA: To już nie twoja sprawa.
NIKOSIA: Ale…?
DZIUNIA: Też. Nie bądź taka wścibska.
NIKOSIA: Nie martw się. W każdym domu są jakieś patologie.
DZIUNIA: Nie kumplujemy się aż tak bardzo, żebym opowiadała ci o swojej rodzinie.
NIKOSIA: Jak chcesz.
DZIUNIA: Może kiedyś.
(Pauza.)
NIKOSIA: Moja matka też święta nie jest. Chodzi z głową w
chmurach. Wielka nieobecna.
DZIUNIA: To prawda, że była kiedyś poetką?
NIKOSIA: A tam zaraz poetką… Napisała trochę tekstów, miała
kilka publikacji w gazetach, ale to wszystko. Nigdy niczego nie wydała.
DZIUNIA:
Myślisz, że miałaby szansę?
NIKOSIA: Miała, ale ją zmarnowała. Kręcił się koło niej
taki typek z wydawnictwa, w którym kiedyś pracowała. Wróżył jej wielką
karierę. Dla innych była pachołkiem.
DZIUNIA: I jak to się skończyło?
NIKOSIA: Ojciec słusznie przewidział, że koleś tak ją mami,
bo czegoś chce w zamian. Spotkała się z nim parę razy prywatnie, żeby ustalić
szczegóły współpracy – miała wydać tomik, ale zaczął się do niej przystawiać.
Uciekła z płaczem. Ojciec narobił rabanu w wydawnictwie i to matka
wyleciała z roboty, nie tamten pajac. Miał wpływy, wiadomo.
DZIUNIA:
Kto wie, czy nie miałabyś teraz sławnej mamy.
NIKOSIA: Gdyby tylko była tak łatwa jak córka…
DZIUNIA:
Nikola…
NIKOSIA: Co? Mam udawać, że nie wiem, że wiesz?
DZIUNIA: Nie byłoby mi tak niezręcznie.
NIKOSIA: Wyluzuj. Nie udawaj zgorszonej. Jeszcze niedawno
nazywałaś nas „kurwiątkami”, a teraz zgrywasz dobrze wychowaną i
niedoinformowaną?
DZIUNIA: To było dla zgrywy. Takie szkolne przekomarzanki.
NIKOSIA: I nie może tak zostać?
DZIUNIA: Powiedzmy, że jesteśmy teraz na stopie koleżeńskiej.
NIKOSIA: Dżudyto, ależ z ciebie sztywniara!
DZIUNIA: No chyba cię pokurwiło w tym momencie!
NIKOSIA: DŻU-DIT. Wybacz, blond farfoclu.
DZIUNIA: Idź już sobie, buraczana istoto.
NIKOSIA:
Idę sobie, solarny ciapciaku.
(Nikola
wytyka Dziuni język.)
DZIUNIA: Jesteś popaprana.
(Kręci
głową i się uśmiecha, na co Nikola odpowiada ponownym wytknięciem języka.)
Scena
5.
(Scena
rozgrywa się w butiku. Sara krząta się, szukając sobie zajęcia. Zagaduje ją
szefowa.)
ZAKLINACZKA
MODY: Saro, proszę ze mną.
SARA: Oczywiście.
(Kobiety
udają się na zaplecze.)
ZAKLINACZKA
MODY: Saro, muszę przyznać, że nie
jestem zadowolona z pani stosunku do pracy.
SARA: Z jakiego powodu?
ZAKLINACZKA
MODY: Do tego zmierzam. Proszę
pozwolić mi dojść do słowa.
SARA: Tak jest.
ZAKLINACZKA
MODY: Otóż, zauważyłam, że chodzi pani
zamyślona, nie przykłada wagi do tego, co się dzieje w butiku. Jestem tym
zaniepokojona. Proszę się do tego ustosunkować.
SARA: Proszę wybaczyć, ale nie wiedziałam, że myślenie
jest zabronione.
ZAKLINACZKA MODY: Saro, jest pani bezczelna.
SARA:
Broń, Boże. Jestem szczera, a to podobno ceniona
przez panią cecha.
ZAKLINACZKA
MODY: Jak najbardziej, jednak
zdecydowanie na innym poziomie. Proszę pozwolić, że powrócę do moich
spostrzeżeń.
SARA: Naturalnie.
ZAKLINACZKA
MODY: Saro, ma pani zbyt nonszalancki
stosunek do stanowiska. Zaczynam odnosić wrażenie, że nie jest to praca dla
pani. Pragnę przypomnieć, że pracuje pani w miejscu luksusowym, gdzie
panują pewne normy, jeśli chodzi o strój, fryzurę czy ogólny wygląd. To, co pani
prezentuje, zdecydowanie nie pasuje do tego miejsca. Prosiłabym, żeby zrobiła
pani coś ze swoim wizerunkiem, ponieważ nie jest on spójny z wizerunkiem mojej
firmy. Proszę wybaczyć, ale ta fryzura dodaje pani lat i jest taka
szaro-myszkowa. Te ubrania… zaniedbane, niedopasowane do sylwetki. Czy to
second hand? I proszę, na litość boską, zadbać o dłonie. Manicure to
podstawa. Dłonie są wizytówką kobiety. Saro, nie chcę być niegrzeczna, ale moim
obowiązkiem, jako pracodawcy, jest uświadomienie również istoty wagi makijażu.
Jest on niezbędny w kontaktach międzyludzkich.
SARA: Czy to już wszystkie uwagi? Nic na temat jakości
mojej pracy?
ZAKLINACZKA
MODY: Saro, chyba kobieta nie musi
mówić kobiecie, że dbanie o wygląd to również jakość pracy?
SARA: Nawet mojej?
ZAKLINACZKA
MODY: Jak najbardziej. W końcu nie
zrywa pani bananów na jakimś odludziu, tylko przebywa w towarzystwie. Proszę
się dostosować.
SARA: Postaram się.
(Ręce
Sary zaczynają drżeć, a oczy wyglądają na przeszklone.)
ZAKLINACZKA
MODY: Saro, czy ma pani zamiar się tu
rozpłakać?
SARA: Nie, nie. Absolutnie.
ZAKLINACZKA
MODY: W takim razie, proszę nie robić
scen, a moje rady potraktować jak cenne wskazówki. Czy to klarowne?
SARA: Tak.
ZAKLINACZKA
MODY: Skoro wszystko sobie
wyjaśniłyśmy, proszę teraz wracać do swoich obowiązków.
(Sara
zrywa się do wyjścia.)
Chwileczkę. Jeszcze jedno – droga Saro, na wstępie
nie spytała pani, czy może usiąść. To bardzo nieeleganckie. W przyszłości
proszę o tym pamiętać.
SARA: Dobrze. Czy mogę wrócić do pracy?
ZAKLINACZKA
MODY: Teraz tak. I proszę się
uśmiechnąć. Żadnym z moich słów nie chciałam pani urazić. Jeszcze mi pani
podziękuje za rady.
(Sara
przytakuje skinieniem głowy, po czym wychodzi. Zaklinaczka Mody mruczy do
siebie pod nosem.)
Ojoj, głupiutka z ciebie gąska, Saro…
(Sara
poprawia witrynowe dekoracje. Z oka spływa jej łza. Tymczasem jedna z ekspedientek
rozgląda się, po czym wręcza jej zwiniętą karteczkę, na której napisane jest:
„Nie załamuj się i nie płacz. Każda z nas przez to przechodziła. Dostosuj
się, a wszystko będzie dobrze. PS Uważaj na kamery i podsłuch!”. Sara czyta
liścik i porozumiewawczo uśmiecha się do dziewczyny.)
Scena
6.
(Mieszkanie
Grażyny. Między nią a Sarą toczy się rozmowa.)
GRAŻYNA: Co ty taka zdenerwowana? Zaparzyć ci melisę?
SARA: Chyba podwójną.
GRAŻYNA: Co się stało?
SARA: Moja szefowa to kara za wszystkie moje grzechy i
zaniedbania.
GRAŻYNA: Słyszałam, że niezłe z niej ziółko, ale żeby aż
tak?
SARA: Cięgle się mnie czepia.
GRAŻYNA: Nie radzisz sobie z robotą?
SARA: Radzę. Nie ma zastrzeżeń do jakości mojej pracy.
GRAŻYNA: To o co chodzi?
SARA: O mnie. O mój wygląd. Wytknęła mi niechlujny
ubiór, kiepską fryzurę, zaniedbane paznokcie i brak makijażu. Najgorsze jest
to, że mówiła to z pozycji nieomylnej szefowej, władczym tonem, ale z należytą
kulturą, jak zawsze. Poczułam się taka mała, zdeptana i szpetna. Czy ja
wyglądam jak lump? Przecież się staram.
GRAŻYNA: Nie martw się. Każdy musi być chociaż raz zjechany
przez szefa. Rób swoje. Widać, że ci zależy.
SARA: Nie umiem się nie przejmować. Zostałam zmieszana z
błotem, tyle że bardzo taktownie i na poziomie. Robię, co mogę, żeby wyglądać
jak człowiek, ale lat zaniedbania nie cofnie się w tydzień czy dwa. Poza tym,
nie stać mnie na lepsze ciuchy czy fryzjera. Jeszcze nie dostałam pierwszej
wypłaty. A rano nie mam czasu na zrobienie makijażu. Mam obowiązki, muszę
dojechać do pracy dwiema liniami tramwajowymi. Nie pójdę na manicure po pracy,
bo już wszystko pozamykane, a w godzinach pracy do kosmetyczki może sobie
wyskoczyć tylko szefowa. Zresztą, na Boga, ja tam tylko sprzątam i układam
różne rzeczy. To, jak wyglądam, jest naprawdę takie ważne? Ta bufoniasta
klientela nawet nie odpowiada na moje „dzień dobry”. Równie dobrze, mogłabym
być manekinem. Chociaż nawet manekiny darzy się tam większym szacunkiem.
GRAŻYNA:
Moja rada jest taka – przetrzymaj okres próbny,
zdobądź doświadczenie, żebyś mogła sobie dopisać w życiorysie. A potem
znajdziesz sobie coś lepszego.
SARA: Nikosia załatwiła mi tę pracę, ale nie wiem, czy
dam radę. Grażka, jestem słabym człowiekiem. Takie sytuacje bardzo mnie
stresują. Boję się, że nie wytrzymam tych ciągłych docinek.
GRAŻYNA: Nie masz tam żadnego sprzymierzeńca?
SARA: Jedna dziewczyna dała mi dzisiaj liścik. Napisała,
że każda z nich przez to przechodziła.
GRAŻYNA: No widzisz, może nie będzie tak strasznie.
SARA: Wiesz, że tam jest podsłuch? To chyba nielegalne.
GRAŻYNA: Serio? Szefowa tak się boi o swoje dobre imię? Że
niby ma się o niej mówić tylko dobrze?
SARA: Pewnie taki był zamysł.
GRAŻYNA: Matko kochana, co za nadęty babon…
SARA: Grażka, mam do ciebie wielką prośbę.
GRAŻYNA: Jaką?
SARA:
Tylko nie śmiej się. To dla mnie bardzo ważne.
GRAŻYNA: No dobra. Mów.
SARA: Mogłabyś… zaopiekować się moimi dziećmi?
GRAŻYNA: Sara, no co ty… One nie mają po trzy latka. Same
potrafią się sobą zająć.
SARA: Nie o to mi chodziło. Chciałabym… żebyś traktowała
je jak własne, gdyby… no wiesz… gdyby coś mi się stało.
GRAŻYNA: Skarbie, a co ma ci się niby stać? Ta twoja
szefowa to chyba nie wściekła wilczyca?
SARA: Proszę cię…
GRAŻYNA: Lubisz dramatyzować, wiesz?
SARA: Jestem emocjonalnym wrakiem. Nie wiem, jak długo
uda mi się to znosić. Różnie może być.
GRAŻYNA: Ostatni atak miałaś dawno temu. Nawet śmierć męża
zniosłaś jak zdrowa osoba. Co się może stać?
SARA: Mam złe przeczucie.
GRAŻYNA: Masz dla kogo żyć. W końcu stanęłaś na nogi. Nie
możesz tak myśleć. Zrób sobie listę marzeń i życiowych celów, skup się na nich
i nie daj sobie wmówić, że jesteś nieatrakcyjna i słaba.
SARA: Problem w tym, że jestem…
GRAŻYNA: Bzdura! Co będzie, to będzie. Na razie o tym nie
myśl.
SARA: Ale obiecaj mi…
GRAŻYNA: Sara, do cholery!
SARA: Błagam. Nie mam nikogo innego na tym świecie.
GRAŻYNA:
Niech już ci będzie. Tylko mi nie dziękuj. Mojego
dziecka już nie ma. Mogę się zająć twoimi. Co ja mówię? Nie będzie takiej
potrzeby! Jeszcze zdążysz być babcią.
SARA: Co ty mówisz? Nikosia…?
GRAŻYNA: Oj, tak tylko mówię. Żartowałam.
SARA: Nie strasz mnie…
Scena
7.
(Nikola
i Dziunia spotykają się pod pomnikiem Kupidyna. Nikola atakuje koleżankę
pytaniami.)
NIKOSIA: O ludzie, co ty taka czerwona? Co to jest?
DZIUNIA: O czym mówisz?
NIKOSIA: O twojej twarzy, pierdoło.
DZIUNIA: Aaa, to… Uderzyłam się.
NIKOSIA: Jakieś praktyki masochistyczne?
DZIUNIA: Co takiego?
NIKOSIA: Chyba zrozumiałaś. Tylko ja nie bardzo rozumiem.
Masz ślady palców na twarzy. Sama się lejesz?
DZIUNIA:
To nie są palce, tylko uczulenie… na podkład.
NIKOSIA:
Pierdu, pierdu…
DZIUNIA: OK… Mojej matce odbiło.
NIKOSIA: Walnęła cię? Czym ją tak wkurzyłaś?
DZIUNIA: Czasem, jak ma gorszy dzień w pracy, to sięga po
koniak. Stwierdziłam, że trochę przeholowała. Doszło między nami do sprzeczki i
oto efekty. Tylko nie mów nikomu.
NIKOSIA: To nie był pierwszy raz, co?
DZIUNIA: Nieważne.
NIKOSIA: Najważniejsze. Nie daj się tłuc. Przemoc domowa to
najgorszy syf i nigdy nie mogę zrozumieć podejścia jej ofiar, które to
akceptują.
DZIUNIA: To żadna przemoc. Każdemu czasem puszczają nerwy.
Może powiedziałam o kilka słów za dużo…
NIKOSIA: Nie broń jej. Jeżeli cię leje, gdy zwracasz jej
uwagę, że za dużo pije, to znaczy, że ma poważny problem.
DZIUNIA: Myślisz, że jest alkoholiczką?
NIKOSIA: To pytanie jest tego najlepszym potwierdzeniem.
Skoro pytasz, to znaczy, że też to podejrzewasz.
DZIUNIA: Mam przechlapane?
NIKOSIA: Jeśli coś z tym zrobisz, to nie.
DZIUNIA: A co mogę zrobić? Co mi radzisz?
NIKOSIA: Uciekaj. Im szybciej, tym lepiej. Człowiek
uzależniony albo wsiąknie tak, że go to zabije, albo wyjdzie z tego i znajdzie
sobie inny nałóg. Słuchaj, ja nie wierzę w to, że uzależnienie jest chorobą.
Ładujesz się w to dobrowolnie. Jeżeli ktoś chorej osobie mówi: „masz anginę”,
to idzie do lekarza, łyka tabletki i mu przechodzi, a w przypadku nałogu to
jakaś niekończąca się szarpanina. I dziesięć, i sto, i dwieście osób może
powiedzieć: „masz problem z alkoholem”, a ten ktoś i tak stwierdzi, że ma
wszystko pod kontrolą. Wyciągasz drania z bagna, a on tam wraca i wraca, dopóki
się w nim nie utopi. Uzależnieni ludzie, to toksyczni ludzie. Ich nie obchodzi
to, że najlepiej w szkole zdałaś maturę. Mają gdzieś twoją nową fryzurę. Nie
kupią ci prezentu na urodziny, bo o nich zapomną. Chyba, że wspomnisz
o imprezce z wanną gorzały w tle. Nie licz na to, że poślesz kogoś na terapię,
a on ci serdecznie podziękuje. Alkoholika nie obchodzi to, że niszczy ci życie,
dlatego lepiej, żeby zniszczył tylko swoje, bez względu na konsekwencje.
Uciekaj, póki jeszcze nie masz wyrzutów sumienia, póki ciągle możesz ułożyć
sobie życie.
DZIUNIA: Myślisz, że gdyby twój tata wykończył się dużo
wcześniej, wasze życie mogłoby wyglądać inaczej?
NIKOSIA: Nie. Sara ciągle o nim pamięta. Żyje
wspomnieniami. Jest od nich uzależniona. Śmierć ojca to o kilka siniaków matki
mniej, parę groszy więcej i trochę świętego
spokoju. To wszystko. Dlatego chcę postawić ją na
nogi, zabrać Filipa i zwiać od niej, zanim całkiem to nasze życie sponiewiera.
DZIUNIA: Uważasz ją za złą matkę?
NIKOSIA: Wiesz dlaczego mówię do niej po imieniu? Bo to nie
jest moja matka. To taka koleżanka, której oddajesz połowę swoich kanapek i
zakładasz rękawiczki, gdy ma zgrabiałe ręce, bo jest ofiarą losu i sama nie
potrafi o siebie zadbać.
DZIUNIA:
Zostawisz ją na pastwę losu?
NIKOSIA: Jest dużą dziewczynką. Jeśli ktoś nie ma woli
życia, to utopi się nawet w łyżce wody. Nie mam siły jej niańczyć i patrzeć,
jak uśmiecha się sama do siebie z tym obłędem w oczach.
DZIUNIA: Obłędem? Ma jakieś problemy psychiczne?
NIKOSIA: Oficjalna wersja jest taka, że nie. Lepiej, żeby twoja
matka o tym nie wiedziała. A tak między nami – lądowała w psychiatryku już
nie raz.
DZIUNIA: Naprawdę? I ty chcesz ją opuścić? A jak coś jej
się stanie?
NIKOSIA: Mam czekać, aż nas pozabija? Ona ma ostrą depresję
i coś tam jeszcze. Nie wiadomo, co jej może strzelić do głowy. I nie martw się
– póki ma zajęcie, nikomu nic nie grozi. Te jej ataki zaczynały się zawsze, gdy
nie wiedziała, co ze sobą zrobić i jak udało jej się zabrnąć za daleko myślami.
DZIUNIA: A jak straci pracę?
NIKOSIA: Nie będę zgrywać bohaterki. Ona by tego dla mnie
nie zrobiła. Wiesz dlaczego członkowie rodziny tak się ze sobą żrą? Bo uważają,
że rodzina „ma obowiązek”, że „musi”, że „powinna”… Od rodziny zawsze wymaga
się najwięcej, bo musi dać z siebie wszystko i to bezinteresownie. Tak więc –
nieważne, że rodzice to chuje – trzeba im na starość podać filiżankę herbaty.
Jest przykazanie o darzeniu czcią rodziców, ale o dzieciach wzmianki już nie
ma. Najwyżej pójdę do piekła. Spotkam tam dużo moich klientów. Przynajmniej nie
będę chodzić jak obdartus.
(Chichocze
Nikola.)
DZIUNIA: Nikola…
NIKOSIA: Co? Dlaczego tak się oburzasz?
DZIUNIA: Nie lubię, jak o tym mówisz.
NIKOSIA: Nie udawaj takiej cnotki. Wiesz ile osób mówi, że
jesteś puszczalska?
DZIUNIA: Wiem. Kwestia, czy w to wierzysz.
NIKOSIA: Dlaczego mam nie wierzyć? W każdej plotce jest
ziarnko prawdy.
DZIUNIA:
W tej tylko tyle.
NIKOSIA: Nie mów, że cię przeceniono.
DZIUNIA: Było kilku kolesi. Było kilku przypadkowych.
Jestem atrakcyjna.
(Dziunia
wzrusza ramionami.)
NIKOSIA: Ja nie jestem, a na tym zarabiam. Hm…
(Nikola
parska śmiechem.)
DZIUNIA: Słyszałam, że chodzisz z Przemkiem.
NIKOSIA: Ziarnko. Ziareniunienko.
DZIUNIA: To co z nim robisz?
NIKOSIA:
Zabawiam się.
(Dziunia
srogo patrzy na Nikolę.)
NIKOSIA: Żartuję. Trochę się kumplowaliśmy, ale to już
nieaktualne.
DZIUNIA: Pokłóciliście się?
NIKOSIA: Ociupinkę.
DZIUNIA: A tak w ogóle, to jak się poznaliście?
NIKOSIA: Temat zakazany.
DZIUNIA: O Jezu, był twoim…? Nie mów…
NIKOSIA: Niee! Byłam umówiona z takim jednym w pewnym
miejscu, ale mnie wystawił. Wszystko się wydało i jakoś tak zaczęliśmy ze sobą
gadać o tym i owym. Sama widzisz, że to raczej marne fundamenty dla przyjaźni…
DZIUNIA: Niezła historia.
NIKOSIA: Dlaczego tak o niego wypytujesz? Podoba ci się?
DZIUNIA: Coś ty. Tak tylko…
NIKOSIA: Możesz się przyznać. To tylko kolega.
DZIUNIA: Nigdy nie przypuszczałam, że będę prosić Nikolę o
pozwolenie na zagadanie do kolesia.
NIKOSIA: Nie krępuj się.
(Nikola
posyła Dziuni szelmowski uśmiech.)
DZIUNIA: Żartujesz?
NIKOSIA: W życiu nie przepuszczę takiej okazji! Po tylu
poniżeniach z twojej strony mam prawo do triumfu i połechatnia swojego ego.
(Dziunia
krzywi się i wnosi wzrok ku niebu.)
DZIUNIA: Proszę…
NIKOSIA: O co?
DZIUNIA:
O możliwość poderwania twojego kolegi.
Usatysfakcjonowana?
NIKOSIA: Będę. Zaraz. Ale najpierw wypowiem magiczne
zdanie, po czym machnę nonszalancko ręką. Uwaga: możesz go sobie wziąć.
(Nikola
nonszalancko macha ręką.)
DZIUNIA: Tada! Dokonało się!
NIKOSIA: Pewnie pieką cię wnętrzności.
DZIUNIA: Wątroba mnie uwiera, nerka ociera się o nerkę, a
żołądek sam siebie zaczyna trawić, ale spoko, jeszcze żyję.
NIKOSIA: Całe szczęście. Świat bez ciebie nie byłby już
taki błyszczący.
(Następuje
chwila ciszy i wymowne spojrzenie Nikoli na Dziunię.)
Po co ci tyle tego złomu?
DZIUNIA: Żeby było widać, kto ustala warunki.
NIKOSIA: Warunki?
DZIUNIA: No, tak w ogóle. Startuję z pozycji dzianej i
zadbanej, dlatego nie muszę zarabiać dupą.
NIKOSIA: Aaa, tylko hobbystycznie…
DZIUNIA: Właśnie.
NIKOSIA: Dobrze się składa. Przemek nie lubi panienek,
które lecą na kasę.
DZIUNIA: To dlatego zadaje się z tobą?
NIKOSIA: Czas przeszły.
DZIUNIA: Właśnie.
(Pauza.)
NIKOSIA: To porządny gość. Nie schrzań tego.
Scena
8.
(Mieszkanie
Sardynianów. Sara szykuje się do pracy. Ubiera się elegancko, robi sobie klasyczny
francuski makijaż – wyciągniętą kreskę i czerwone usta. Włosy upina w wysoki
kok. Po wszystkim robi sobie czarną kawę i zasiada do stołu. Dzieci patrzą na
nią w wyraźnym osłupieniu.)
FILIPEK: To ty?
SARA: A kto miałby tu być?
FILIPEK: Dlaczego tak wyglądasz?
SARA: Jak?
FILIPEK:
Jak nie ty, tylko jak jakaś pani z telewizji.
SARA: Chcę dobrze wyglądać.
NIKOSIA: Niech cię Bóg błogosławi, matko złota – w końcu!
(Nikola
uśmiecha się i wznosi ręce ku niebu.)
SARA: Nikosiu…
NIKOSIA: Po prostu się cieszę. Ktokolwiek maczał palce w
tej metamorfozie, niech będzie błogosławiony.
SARA: Możesz przestać się wydurniać z tymi
błogosławieństwami?
NIKOSIA: Mogę, ale to taka podniosła chwila – moja matka
wreszcie wygląda jak kobieta, a nie jak kocmołuch. A to przypadkiem nie
jest moja pomadka?
SARA: Pożyczyłam. Dziękuję.
NIKOSIA: Jeśli masz tak wyglądać zawsze, to bierz, co
chcesz. Nie mam nic przeciwko.
(Pauza.)
SARA: Dzieci…
FILIPEK: Co tam, mamuś?
SARA: Muszę z wami porozmawiać, zanim wyjdę.
NIKOSIA: Masz randkę, ale udajesz, że idziesz do pracy? Nie
pogniewamy się.
SARA: Co ty opowiadasz?
(Nikola
wzrusza ramionami.)
Chciałabym wprowadzić nowy zwyczaj w tym domu.
FILIPEK: Jaki?
NIKOSIA: Nowy? To tu są jakieś zwyczaje?
SARA: Zależy mi na tym, żebyśmy zawsze żegnali się ze
sobą w zgodzie. Byłoby miło, gdyby każdy, wychodząc z domu, brał pod uwagę, że
to może być ten dzień, w którym już do niego nie wróci. Nigdy nie wiemy, co się
może wydarzyć i czy czasem nie widzimy się po raz ostatni.
NIKOSIA: Jesteś dzisiaj jakaś dziwna. Co ci raptem przyszło
do głowy?
SARA: Po prostu nie chcę, żebyśmy byli dla siebie
wrogami. Pamiętacie, co było z Mati? Odeszła zupełnie niespodziewanie, bez
pożegnania. To miał być kolejny zwykły dzień. A ojciec? Opuścił nas w
trakcie dobrej zabawy. Szanujmy się i dbajmy o to, żeby każdego dnia zdążyć się
ze sobą pożegnać.
NIKOSIA: Sarita, ty ewidentnie coś wciągasz.
SARA: Cześć! Jestem Sara. Mów mi „mamo”.
FILIPEK: Idę do szkoły. Nie chce mi się was słuchać.
(Filip
sięga po plecak i kieruje się w stronę przedpokoju.)
SARA: Nie pożegnasz się z nami?
FILIPEK: Nie.
SARA: Nie wyjdziesz stąd, dopóki tego nie zrobisz.
FILIPEK: Wolny dzień? Spoko.
SARA: Podejdź do mnie.
FILIPEK: Po co?
SARA: Chcę się z tobą pożegnać.
(Nikola
daje znaki bratu, żeby spełnił prośbę Sary. Filip kręci głową, ale mimo to
podchodzi do matki.)
SARA: Dobrego dnia, synku. Bardzo cię kocham.
(Sara
obejmuje Filipa, po czym całuje go w czoło.)
FILIPEK: Jezu, mamo! Mogę już iść?
SARA: Najpierw powiedz mi coś miłego.
FILIPEK: Ładnie wyglądasz. Może być?
(Sara
uśmiecha się.)
SARA: Dziękuję. Może być. Do zobaczenia!
FILIPEK: Na razie, Niki!
NIKOSIA: Trzymaj się, młody!
(Filip
wychodzi.)
NIKOSIA:
Możesz mi powiedzieć, co tu się święci?
SARA: Chcę, żebyśmy byli dla siebie mili. To wszystko.
NIKOSIA: Nie o to pytałam.
SARA: Przemyślałam sobie parę rzeczy. Co w tym złego?
NIKOSIA: Nic. Zastanawiam się, skąd ta odmiana.
SARA: Dzieci trzeba wychować, a ja chyba o tym
zapomniałam. Chcę dla was lepszego życia, niż dotychczas. Myślisz, że na to
jest już za późno?
NIKOSIA: Przekonamy się.
(Sara
spogląda na zegarek.)
SARA: Muszę się zbierać.
NIKOSIA: Poczekaj.
(Nikola
idzie do przedpokoju i wraca do kuchni z czarnym płaszczem w ręku.)
Weź go. Będzie ci pasować.
SARA: Przecież to twój płaszcz.
NIKOSIA: Z prawdziwej wełny. Niby z lumpeksu, ale perełka.
W sklepie widziałam podobny prawie za tysiąc złotych.
SARA: A ty?
NIKOSIA: To tylko pożyczka.
SARA: Masz coś na zmianę?
NIKOSIA: O mnie się nie martw.
(Sara
przytula córkę i uśmiecha się do niej.)
Co ci się dzisiaj śniło?
SARA:
A nie będziesz się śmiać?
NIKOSIA: Nie wiem. Powiedz.
SARA: Książka. Na okładce było moje imię.
NIKOSIA: Super. A w środku?
SARA: Nie pamiętam.
NIKOSIA: A mi śnił się ten płaszcz. Miałam go na sobie i
była do niego przypięta róża. W kieszeni znalazłam jakąś kartkę. Nie
zdążyłam przeczytać, bo budzik zadzwonił. Dziwny sen, nie?
SARA: Może to znak, że nie powinnaś mi go pożyczać?
NIKOSIA: Wierzysz w takie rzeczy?
SARA: Wyłącznie.
(Pauza.)
NIKOSIA: A jaki tytuł miała ta książka?
SARA: Powiem ci, jak sobie przypomnę. Muszę już iść.
NIKOSIA: Miłego dnia!
SARA: Miłego! Kocham cię, córeńko.
NIKOSIA: Ja to wszystko wiem…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz