wtorek, 6 września 2016

Święty lans, AKT X

AKT X
Scena 1.

(Scena rozgrywa się w luksusowym butiku umiejscowionym po drugiej stronie rzeki: pozłacane klamki, porządnie umarszczone zasłony z ciężkiego materiału, cięte kwiaty, sofy, grube dywany, kawa, herbata lub szampan dla stałych klientek. Trwa rozmowa kwalifikacyjna Sary, która to oprowadzana jest przez właścicielkę we własnej osobie. Kobiety udają się na zaplecze.)

ZAKLINACZKA MODY: Saro, jak zdążyła pani, zapewne, zauważyć, to miejsce eleganckie, wytworne, szykowne, dla ludzi z klasą, ale nie ukrywajmy, że przede wszystkim z grubym portfelem. Dlatego też, obowiązują tu pewne normy. W związku z tym, teraz proszę, żeby opowiedziała mi pani co nieco o sobie, a ja po prostu zweryfikuję, czy moje oczekiwania wobec pani osoby pokrywają się z pani słowami.

SARA: Czy mogę prosić o jakieś pytania pomocnicze? Szczerze mówiąc, bardzo dawno nie byłam na żadnej rozmowie kwalifikacyjnej.

ZAKLINACZKA MODY: Nie. Nie będę pani zadawać szeregu standardowych pytań. Chcę, żeby to była taka luźna rozmowa. Wtedy informacje interesujące potencjalnego pracodawcę wypływają najbardziej spontanicznie i poniekąd mimowolnie.

SARA: Rozumiem. Nazywam się Sara Sardynian. Mam trzydzieści dziewięć lat. Jestem wdową i matką dwojga dzieci. Studiowałam polonistykę, jednak z powodów rodzinnych nie udało mi się jej ukończyć. W czasie trwania studiów dorabiałam sobie w różnych pogranicznych zawodach, na przykład jako korektorka, redaktorka, felietonistka. Potem przez jakieś półtora roku pracowałam dla wydawnictwa TABU. Następnie zrezygnowałam ze swojego stanowiska i ponownie od czasu do czasu przyjmowałam zlecenia. Z roku na rok było ich coraz mniej, a później zajmowanie się dziećmi i domem zupełnie mnie pochłonęło.

ZAKLINACZKA MODY: Czyli, jak mniemam, przez kilkanaście lat pani nie pracowała?

SARA: Można tak powiedzieć, choć nie do końca zgadzam się z tym, że praca w domu, to żadna praca.

ZAKLINACZKA MODY: Proszę wybaczyć. Chodziło mi o karierę zawodową. A jakie są pani zainteresowania?

SARA: Ostatnimi czasy preferuję leżakowanie z jednoczesnym wpatrywaniem się w sufit lub ścianę.


ZAKLINACZKA MODY: No tak… Słyszałam, że całkiem niedawno straciła pani męża. To przykre. A przedtem, co lubiła pani robić w wolnych chwilach?

SARA: Chyba tak jak każdy – trochę literatury, krzyżówek, trochę takiej mojej pisaniny.

ZAKLINACZKA MODY: Miałam okazję czytać coś pani autorstwa?

SARA: Niewykluczone, że okazję, owszem, jednak myślę, że zapadłoby pani w pamięć moje nazwisko.

ZAKLINACZKA MODY: Zapewne.

SARA: Czy ma pani jeszcze jakieś pytania?

ZAKLINACZKA MODY: Dość ogólnikowo poznałam pani życiorys i tyle na razie wystarczy. Teraz chciałabym się skupić na pani cechach osobowościowych. Jaka jest Sara Sardynian?

SARA: Sara Sardynian jest marzycielką, ma wybujałą wyobraźnię. Jest próżna, łatwowierna w relacjach z bliskimi. Zaniedbała kontakty rodzinne. Jest kiepską matką i wątłym człowiekiem. Zupełnie nie zna się na modzie. Może życie osobiste zawaliła, ale nigdy nie zawaliła pracy. Śmiało można przyznać, że nigdy żaden pracodawca na nią nie narzekał. Dawała z siebie sto pięćdziesiąt procent normy. I choć pewnie jej umysł jest mniej chłonny niż tych kilkanaście lat temu, to można zaryzykować stwierdzeniem, że szybko się uczy i nie boi się zawodowych wyzwań. Jej najbliżsi uważają, że bardzo potrzebuje pracy. Nie da się z tym nie zgodzić.

ZAKLINACZKA MODY: Jestem pod wrażeniem pani szczerości. Cóż mogę powiedzieć? Jestem skłonna zatrudnić panią na trzymiesięczny okres próbny. Naturalnie, nie mogę zagwarantować, że po tym czasie, przyjmę panią na dłużej. Musi się pani wykazać. Przygotuję listę z pełnym zakresem pani obowiązków, do tego listę zasad dress code'u obowiązujących moich pracowników oraz przedwstępną umowę, jeśli, oczywiście, zostawi mi pani swoje dane osobowe. Proszę liczyć się z tym, że to nie będzie stanowisko na podobnym poziomie do tych, na których pani była. Póki co, będą to głównie prace porządkowo-estetyczne. Nie wykluczam późniejszego zatrudnienia pani w innym charakterze, jeśli się pani odpowiednio przyuczy. Czy taki układ panią satysfakcjonuje?

SARA: Nie, ale nie mam innych propozycji, dlatego przystanę na tę. Moje ambicje nie są już tak wysokie, jak kiedyś. Od czegoś trzeba zacząć, więc zacznę od najniższego szczebla.


ZAKLINACZKA MODY: Może to nie jest praca życia, ale poziom, który reprezentuje to miejsce, jest bardzo wysoki, dlatego nie ma powodu do wstydu. Pora się przekwalifikować, pani Saro.

SARA: Najwyraźniej.

ZAKLINACZKA MODY: Proszę wypełnić ten formularz i zostawić go jednej z moich pracownic. Myślę, że pojutrze dokumenty powinny być gotowe do podpisania. Wtedy ustalimy, czy wszystkie warunki pani odpowiadają i, miejmy nadzieję, wybierzemy termin rozpoczęcia pracy.

SARA: W takim razie, dziękuję za poświęcony czas i do zobaczenia za dwa dni.

Scena 2.

(Nikola siedzi na huśtawce. Na placu zabaw zjawia się również Przemek. Trzyma w ręku niewielki bukiecik.)

PRZEMEK: Zawsze wracasz w to miejsce, gdy jest ci smutno?

NIKOSIA: Szpiegujesz mnie?

PRZEMEK: Nie. Tak myślałem, że cię tu znajdę, dlatego przyszedłem cię przeprosić.

NIKOSIA: Nie masz powodu.

PRZEMEK: Mam. Mogłaś pomyśleć, że ci grożę czy coś w tym rodzaju.

NIKOSIA: Chciałeś posłuchać ryzykownej historii. Mogłam przewidzieć twoją reakcję.

PRZEMEK: Przesadziłem.

NIKOSIA: To dla mnie?

PRZEMEK: Tak. Przeprosinowy bukiecik.

NIKOSIA: Żółty?

PRZEMEK: Pomyślałem, że lubisz ten kolor.

NIKOSIA: Nie masz prawa mi kupować żółtych kwiatków.

PRZEMEK: To jakiś zabobon?


NIKOSIA: To kolor zarezerwowany dla Mati.

PRZEMEK: Skąd mogłem wiedzieć?

NIKOSIA: Nie mogłeś, dlatego daj ten bukiet Martynie.

PRZEMEK: To może być mało wykonalne.

NIKOSIA: Zaprowadzę cię na jej grób.

PRZEMEK: Myślałem, że tam nie chodzisz.

NIKOSIA: Zmusiłeś mnie do tego.

PRZEMEK: Wszystko przez te kwiatki?

NIKOSIA: Są żółte. Mati przyjdzie mnie straszyć, jak je zobaczy w moim pokoju.

PRZEMEK: Niech będzie. Oddajmy je Mati.

(Pauza.)

Niki, chciałbym ci coś powiedzieć.

NIKOSIA: Możesz później? Zaraz dojdziemy na miejsce. Nie chcę rozmawiać przy Martynie, bo będzie zazdrosna. Przedstawię cię, dasz jej kwiaty i spadamy.

PRZEMEK: Jako kogo mnie przedstawisz?

NIKOSIA: Z przyjaźni się szybko wymiksowałeś, więc pewnie jako kolegę.

PRZEMEK: Ty pierwsza dałaś mi do zrozumienia, że nie chcesz przyjaźni. Właśnie o tym chciałbym pogadać.

NIKOSIA: Nie teraz.

PRZEMEK: Tylko, że ja też nie chcę tej przyjaźni.

NIKOSIA: To świetnie.

PRZEMEK: Niki, poczekaj. Zakochałem się w tobie…


NIKOSIA: Mówiłam, że później porozmawiamy. Daj mi te cholerne kwiatki. Sama tam pójdę.

PRZEMEK: Słyszysz, co do ciebie mówię?

NIKOSIA: Dasz mi te kwiatki?

PRZEMEK: Są twoje.

NIKOSIA: Są Mati. I ja też. Nie wiem, co sobie wyobrażałeś. Należę do Mati.

PRZEMEK: Nie ma Mati. Jestem ja. I to ja się w tobie zakochałem.

NIKOSIA: Ona była pierwsza. A tobie przejdzie.

PRZEMEK: To dziecinada. OK, robiłyście wszystko razem, byłyście blisko, ale od razu przyjaźń na śmierć i życie?

NIKOSIA: Masz coś jeszcze do powiedzenia? Nie rób z siebie durnia większego, niż jesteś.

PRZEMEK: Myślałem, że między nami zaczyna dziać się coś fajnego.

NIKOSIA: Masz urojenia.

PRZEMEK: A ty nie chcesz przyjąć do wiadomości, że istnieje poza Mati ktoś, dla kogo jesteś ważna.

NIKOSIA: Mogę być ważna na odległość?

PRZEMEK: W tym sęk, że nie. Chcę z tobą być. Nie tylko jako przyjaciel.

NIKOSIA: Pobożne życzenie.

PRZEMEK: Gdybyś tylko pozwoliła mi wyciągnąć się z tego bagna, w którym siedzisz… Moglibyśmy byś razem szczęśliwi. Pasujemy do siebie.

NIKOSIA: Odpuść sobie. Nigdy nie będziemy razem. Nie jestem stworzona do bycia w związku.

PRZEMEK: Wydaje ci się.

NIKOSIA: Co mam ci powiedzieć, żebyś się odczepił?


PRZEMEK: Nie szanujesz uczuć ludzi, którzy cię kochają…

NIKOSIA: Dokładnie. Mam to gdzieś, czy się we mnie zakochałeś i czy mnie teraz znienawidzisz. Wolę dawać dupy za pieniądze, niż udawać orgazmy w zaciszu małżeńskiej sypialni. Lepiej jest być kurwą, niż zeszmacić się przy boku męża pijaczyny.

PRZEMEK: Jesteś taka wyrachowana…

NIKOSIA: A ty taki naiwny…

PRZEMEK: Więc to koniec?

NIKOSIA: Idź z Bogiem i wyrywaj laski, a dziwki zostaw tam, gdzie ich miejsce.

PRZEMEK: Jak możesz tak mówić?

NIKOSIA: Nie zobaczymy się już.

PRZEMEK: Masz moje zeszyty.

NIKOSIA: Wyślę ci pocztą.

PRZEMEK: Dobrze wiesz, że nie o to chodzi. Chcę mieć pretekst, żeby się z tobą spotkać.

NIKOSIA: A ja chcę, żebyś rozsądniej ulokował swoje uczucia, a mnie zostawił w spokoju.

PRZEMEK: Rozsądek nie ma z tym nic wspólnego. Najczęściej trafiamy na tych, których w życiu nie chcielibyśmy poznać. Nie wybrałem sobie ciebie. Stało się i już. Dlaczego nie chcesz nawet spróbować?

NIKOSIA: Dasz mi te kwiatki?

PRZEMEK: Pod warunkiem, że zostawisz sobie jednego.

NIKOSIA: Zgoda.

PRZEMEK: Są twoje.

(Nikola odchodzi bez pożegnania. Biegnie w stronę cmentarza. Odnajduje grób Martyny, po czym zaczyna łkać i jednocześnie do niej mówić.)


NIKOSIA: Wiem, że cię zawiodłam… Nikt cię nigdy nie zastąpi… Zobacz, jakie ładne kwiatki ci przyniosłam… To od niego… Zostawię sobie jednego, dobrze? Tak bardzo mi ciebie brakuje…

(Nikola przyciska twarz do płyty nagrobkowej.)

Scena 3.

(Tego samego dnia. Mieszkanie Sardynianów. Nikola wraca do domu cała zapłakana. Siada w kuchni obok matki.)

SARA: Nawet się nie przywitasz?

NIKOSIA: Nie chce mi się wymieniać uprzejmościami.

SARA: Co się stało? Płakałaś? Jesteś cała rozmazana. Kiedy zaczęłaś się malować?

NIKOSIA: Byłam u Mati. Rozkleiłam się.

SARA: Nie zamierzałaś tam chodzić.

NIKOSIA: Naszło mnie.

SARA: Co to za kwiatek?

NIKOSIA: Chyba kalia.

SARA: Nie pytam o nazwę. Skąd go masz?

NIKOSIA: Najpewniej z kwiaciarni.

SARA: Nikoś…

NIKOSIA: Od Przemka.

SARA: Czy on się przypadkiem w tobie nie podkochuje?

NIKOSIA: Kwiatki były dla Mati, a ja podkradłam jej jednego.

SARA: Kwiatki były dla ciebie, ale zostawiłaś je na grobie Mati, bo były żółte.

NIKOSIA: Masz rację, Sherlocku, to ma więcej sensu.


SARA: Zakochał się w tobie?

NIKOSIA: Przeprosił mnie.

SARA: Musiał sobie nieźle nagrabić, skoro przepraszał cię z bukietem.

NIKOSIA: Tak. Nagrabił sobie.

SARA: Ale już dobrze?

NIKOSIA: Po staremu.

(Pauza.)

SARA: Byłam dzisiaj na rozmowie.

NIKOSIA: O kurczę, zapomniałam. Przepraszam. Miałam cię ogarnąć.

SARA: Jak widzisz, jakoś sobie poradziłam.

NIKOSIA: Widzę. Jak ci poszło?

SARA: Pojutrze mam podpisać umowę.

NIKOSIA: No, no, Sarito… jestem z ciebie dumna. Tylko nie podpisz czegoś głupiego.

SARA: Dam sobie radę.

NIKOSIA: Nie wierzę ludziom, którzy tak mówią.

SARA: To nie dam rady. Nie wiem.

NIKOSIA: Nie dasz rady. Ale trudno. To twoja pierwsza praca po latach.

(Nikola zaczyna się śmiać.)

SARA: Oj, wiem, wiem, że jestem ciapą. Nie trać wiary w matkę i nie mów do mnie po imieniu.

NIKOSIA: Dobrze, matko. A jak tam Zaklinaczka Mody?

SARA: Profesjonalistka z kijem w odbycie i po nieudanym botoksie, co to siada na jednym krześle, a na drugim rozkłada swe insygnia.


NIKOSIA: Kurde, mleko tej kobiety zostało z należytą godnością wyssane przez Dziunię!

SARA: Chwalmy Pana! Byłaby to nieodżałowana strata dla społeczeństwa!

(Obie wybuchają śmiechem.)

Scena 4.

(Nikola przypadkiem spotyka Dziunię. Idą razem do centrum handlowego i rozmawiają.)

DZIUNIA: Mama opowiadała ci o tej rozmowie kwalifikacyjnej?

NIKOSIA: Trochę.

DZIUNIA: Jak wrażenia?

NIKOSIA: Ujął ją profesjonalizm twojej matki.

DZIUNIA: To wszystko?

NIKOSIA: Na razie tak.

DZIUNIA: Rzadko to robię, bo lubię się zabawić, ale muszę cię ostrzec. Moja matka to potwór. Jest wymagająca, wredna i bezlitosna. Nie da sobie wejść na głowę. Uważa się za nieomylną. W butiku panuje rygor. Ten luksus i uprzejma obsługa to tylko pozory. Mało kto jest w stanie to wytrzymać. Pracownice co trochę się zmieniają. Zostają tylko te gruboskórne.

NIKOSIA: Teraz mi to mówisz?

DZIUNIA: To nie jest zła praca, tylko trzeba znać swoje miejsce.

NIKOSIA: W domu też?

DZIUNIA: To już nie twoja sprawa.

NIKOSIA: Ale…?

DZIUNIA: Też. Nie bądź taka wścibska.

NIKOSIA: Nie martw się. W każdym domu są jakieś patologie.

DZIUNIA: Nie kumplujemy się aż tak bardzo, żebym opowiadała ci o swojej rodzinie.


NIKOSIA: Jak chcesz.

DZIUNIA: Może kiedyś.

(Pauza.)

NIKOSIA: Moja matka też święta nie jest. Chodzi z głową w chmurach. Wielka nieobecna.

DZIUNIA: To prawda, że była kiedyś poetką?

NIKOSIA: A tam zaraz poetką… Napisała trochę tekstów, miała kilka publikacji w gazetach, ale to wszystko. Nigdy niczego nie wydała.

DZIUNIA: Myślisz, że miałaby szansę?

NIKOSIA: Miała, ale ją zmarnowała. Kręcił się koło niej taki typek z wydawnictwa, w którym kiedyś pracowała. Wróżył jej wielką karierę. Dla innych była pachołkiem.

DZIUNIA: I jak to się skończyło?

NIKOSIA: Ojciec słusznie przewidział, że koleś tak ją mami, bo czegoś chce w zamian. Spotkała się z nim parę razy prywatnie, żeby ustalić szczegóły współpracy – miała wydać tomik, ale zaczął się do niej przystawiać. Uciekła z płaczem. Ojciec narobił rabanu w wydawnictwie i to matka wyleciała z roboty, nie tamten pajac. Miał wpływy, wiadomo.

DZIUNIA: Kto wie, czy nie miałabyś teraz sławnej mamy.

NIKOSIA: Gdyby tylko była tak łatwa jak córka…

DZIUNIA: Nikola…

NIKOSIA: Co? Mam udawać, że nie wiem, że wiesz?

DZIUNIA: Nie byłoby mi tak niezręcznie.

NIKOSIA: Wyluzuj. Nie udawaj zgorszonej. Jeszcze niedawno nazywałaś nas „kurwiątkami”, a teraz zgrywasz dobrze wychowaną i niedoinformowaną?

DZIUNIA: To było dla zgrywy. Takie szkolne przekomarzanki.

NIKOSIA: I nie może tak zostać?

DZIUNIA: Powiedzmy, że jesteśmy teraz na stopie koleżeńskiej.


NIKOSIA: Dżudyto, ależ z ciebie sztywniara!

DZIUNIA: No chyba cię pokurwiło w tym momencie!

NIKOSIA: DŻU-DIT. Wybacz, blond farfoclu.

DZIUNIA: Idź już sobie, buraczana istoto.

NIKOSIA: Idę sobie, solarny ciapciaku.

(Nikola wytyka Dziuni język.)

DZIUNIA: Jesteś popaprana.

(Kręci głową i się uśmiecha, na co Nikola odpowiada ponownym wytknięciem języka.)

Scena 5.

(Scena rozgrywa się w butiku. Sara krząta się, szukając sobie zajęcia. Zagaduje ją szefowa.)

ZAKLINACZKA MODY: Saro, proszę ze mną.

SARA: Oczywiście.

(Kobiety udają się na zaplecze.)

ZAKLINACZKA MODY: Saro, muszę przyznać, że nie jestem zadowolona z pani stosunku do pracy.

SARA: Z jakiego powodu?

ZAKLINACZKA MODY: Do tego zmierzam. Proszę pozwolić mi dojść do słowa.

SARA: Tak jest.

ZAKLINACZKA MODY: Otóż, zauważyłam, że chodzi pani zamyślona, nie przykłada wagi do tego, co się dzieje w butiku. Jestem tym zaniepokojona. Proszę się do tego ustosunkować.

SARA: Proszę wybaczyć, ale nie wiedziałam, że myślenie jest zabronione.

ZAKLINACZKA MODY: Saro, jest pani bezczelna.


SARA: Broń, Boże. Jestem szczera, a to podobno ceniona przez panią cecha.

ZAKLINACZKA MODY: Jak najbardziej, jednak zdecydowanie na innym poziomie. Proszę pozwolić, że powrócę do moich spostrzeżeń.

SARA: Naturalnie.

ZAKLINACZKA MODY: Saro, ma pani zbyt nonszalancki stosunek do stanowiska. Zaczynam odnosić wrażenie, że nie jest to praca dla pani. Pragnę przypomnieć, że pracuje pani w miejscu luksusowym, gdzie panują pewne normy, jeśli chodzi o strój, fryzurę czy ogólny wygląd. To, co pani prezentuje, zdecydowanie nie pasuje do tego miejsca. Prosiłabym, żeby zrobiła pani coś ze swoim wizerunkiem, ponieważ nie jest on spójny z wizerunkiem mojej firmy. Proszę wybaczyć, ale ta fryzura dodaje pani lat i jest taka szaro-myszkowa. Te ubrania… zaniedbane, niedopasowane do sylwetki. Czy to second hand? I proszę, na litość boską, zadbać o dłonie. Manicure to podstawa. Dłonie są wizytówką kobiety. Saro, nie chcę być niegrzeczna, ale moim obowiązkiem, jako pracodawcy, jest uświadomienie również istoty wagi makijażu. Jest on niezbędny w kontaktach międzyludzkich.

SARA: Czy to już wszystkie uwagi? Nic na temat jakości mojej pracy?

ZAKLINACZKA MODY: Saro, chyba kobieta nie musi mówić kobiecie, że dbanie o wygląd to również jakość pracy?

SARA: Nawet mojej?

ZAKLINACZKA MODY: Jak najbardziej. W końcu nie zrywa pani bananów na jakimś odludziu, tylko przebywa w towarzystwie. Proszę się dostosować.

SARA: Postaram się.

(Ręce Sary zaczynają drżeć, a oczy wyglądają na przeszklone.)

ZAKLINACZKA MODY: Saro, czy ma pani zamiar się tu rozpłakać?

SARA: Nie, nie. Absolutnie.

ZAKLINACZKA MODY: W takim razie, proszę nie robić scen, a moje rady potraktować jak cenne wskazówki. Czy to klarowne?

SARA: Tak.


ZAKLINACZKA MODY: Skoro wszystko sobie wyjaśniłyśmy, proszę teraz wracać do swoich obowiązków.

(Sara zrywa się do wyjścia.)

Chwileczkę. Jeszcze jedno – droga Saro, na wstępie nie spytała pani, czy może usiąść. To bardzo nieeleganckie. W przyszłości proszę o tym pamiętać.

SARA: Dobrze. Czy mogę wrócić do pracy?

ZAKLINACZKA MODY: Teraz tak. I proszę się uśmiechnąć. Żadnym z moich słów nie chciałam pani urazić. Jeszcze mi pani podziękuje za rady.

(Sara przytakuje skinieniem głowy, po czym wychodzi. Zaklinaczka Mody mruczy do siebie pod nosem.)

Ojoj, głupiutka z ciebie gąska, Saro…

(Sara poprawia witrynowe dekoracje. Z oka spływa jej łza. Tymczasem jedna z ekspedientek rozgląda się, po czym wręcza jej zwiniętą karteczkę, na której napisane jest: „Nie załamuj się i nie płacz. Każda z nas przez to przechodziła. Dostosuj się, a wszystko będzie dobrze. PS Uważaj na kamery i podsłuch!”. Sara czyta liścik i porozumiewawczo uśmiecha się do dziewczyny.)

Scena 6.

(Mieszkanie Grażyny. Między nią a Sarą toczy się rozmowa.)

GRAŻYNA: Co ty taka zdenerwowana? Zaparzyć ci melisę?

SARA: Chyba podwójną.

GRAŻYNA: Co się stało?

SARA: Moja szefowa to kara za wszystkie moje grzechy i zaniedbania.

GRAŻYNA: Słyszałam, że niezłe z niej ziółko, ale żeby aż tak?

SARA: Cięgle się mnie czepia.

GRAŻYNA: Nie radzisz sobie z robotą?

SARA: Radzę. Nie ma zastrzeżeń do jakości mojej pracy.


GRAŻYNA: To o co chodzi?

SARA: O mnie. O mój wygląd. Wytknęła mi niechlujny ubiór, kiepską fryzurę, zaniedbane paznokcie i brak makijażu. Najgorsze jest to, że mówiła to z pozycji nieomylnej szefowej, władczym tonem, ale z należytą kulturą, jak zawsze. Poczułam się taka mała, zdeptana i szpetna. Czy ja wyglądam jak lump? Przecież się staram.

GRAŻYNA: Nie martw się. Każdy musi być chociaż raz zjechany przez szefa. Rób swoje. Widać, że ci zależy.

SARA: Nie umiem się nie przejmować. Zostałam zmieszana z błotem, tyle że bardzo taktownie i na poziomie. Robię, co mogę, żeby wyglądać jak człowiek, ale lat zaniedbania nie cofnie się w tydzień czy dwa. Poza tym, nie stać mnie na lepsze ciuchy czy fryzjera. Jeszcze nie dostałam pierwszej wypłaty. A rano nie mam czasu na zrobienie makijażu. Mam obowiązki, muszę dojechać do pracy dwiema liniami tramwajowymi. Nie pójdę na manicure po pracy, bo już wszystko pozamykane, a w godzinach pracy do kosmetyczki może sobie wyskoczyć tylko szefowa. Zresztą, na Boga, ja tam tylko sprzątam i układam różne rzeczy. To, jak wyglądam, jest naprawdę takie ważne? Ta bufoniasta klientela nawet nie odpowiada na moje „dzień dobry”. Równie dobrze, mogłabym być manekinem. Chociaż nawet manekiny darzy się tam większym szacunkiem.

GRAŻYNA: Moja rada jest taka – przetrzymaj okres próbny, zdobądź doświadczenie, żebyś mogła sobie dopisać w życiorysie. A potem znajdziesz sobie coś lepszego.

SARA: Nikosia załatwiła mi tę pracę, ale nie wiem, czy dam radę. Grażka, jestem słabym człowiekiem. Takie sytuacje bardzo mnie stresują. Boję się, że nie wytrzymam tych ciągłych docinek.

GRAŻYNA: Nie masz tam żadnego sprzymierzeńca?

SARA: Jedna dziewczyna dała mi dzisiaj liścik. Napisała, że każda z nich przez to przechodziła.

GRAŻYNA: No widzisz, może nie będzie tak strasznie.

SARA: Wiesz, że tam jest podsłuch? To chyba nielegalne.

GRAŻYNA: Serio? Szefowa tak się boi o swoje dobre imię? Że niby ma się o niej mówić tylko dobrze?

SARA: Pewnie taki był zamysł.

GRAŻYNA: Matko kochana, co za nadęty babon…


SARA: Grażka, mam do ciebie wielką prośbę.

GRAŻYNA: Jaką?

SARA: Tylko nie śmiej się. To dla mnie bardzo ważne.

GRAŻYNA: No dobra. Mów.

SARA: Mogłabyś… zaopiekować się moimi dziećmi?

GRAŻYNA: Sara, no co ty… One nie mają po trzy latka. Same potrafią się sobą zająć.

SARA: Nie o to mi chodziło. Chciałabym… żebyś traktowała je jak własne, gdyby… no wiesz… gdyby coś mi się stało.

GRAŻYNA: Skarbie, a co ma ci się niby stać? Ta twoja szefowa to chyba nie wściekła wilczyca?

SARA: Proszę cię…

GRAŻYNA: Lubisz dramatyzować, wiesz?

SARA: Jestem emocjonalnym wrakiem. Nie wiem, jak długo uda mi się to znosić. Różnie może być.

GRAŻYNA: Ostatni atak miałaś dawno temu. Nawet śmierć męża zniosłaś jak zdrowa osoba. Co się może stać?

SARA: Mam złe przeczucie.

GRAŻYNA: Masz dla kogo żyć. W końcu stanęłaś na nogi. Nie możesz tak myśleć. Zrób sobie listę marzeń i życiowych celów, skup się na nich i nie daj sobie wmówić, że jesteś nieatrakcyjna i słaba.

SARA: Problem w tym, że jestem…

GRAŻYNA: Bzdura! Co będzie, to będzie. Na razie o tym nie myśl.

SARA: Ale obiecaj mi…

GRAŻYNA: Sara, do cholery!

SARA: Błagam. Nie mam nikogo innego na tym świecie.


GRAŻYNA: Niech już ci będzie. Tylko mi nie dziękuj. Mojego dziecka już nie ma. Mogę się zająć twoimi. Co ja mówię? Nie będzie takiej potrzeby! Jeszcze zdążysz być babcią.

SARA: Co ty mówisz? Nikosia…?

GRAŻYNA: Oj, tak tylko mówię. Żartowałam.

SARA: Nie strasz mnie…

Scena 7.

(Nikola i Dziunia spotykają się pod pomnikiem Kupidyna. Nikola atakuje koleżankę pytaniami.)

NIKOSIA: O ludzie, co ty taka czerwona? Co to jest?

DZIUNIA: O czym mówisz?

NIKOSIA: O twojej twarzy, pierdoło.

DZIUNIA: Aaa, to… Uderzyłam się.

NIKOSIA: Jakieś praktyki masochistyczne?

DZIUNIA: Co takiego?

NIKOSIA: Chyba zrozumiałaś. Tylko ja nie bardzo rozumiem. Masz ślady palców na twarzy. Sama się lejesz?

DZIUNIA: To nie są palce, tylko uczulenie… na podkład.

NIKOSIA: Pierdu, pierdu…

DZIUNIA: OK… Mojej matce odbiło.

NIKOSIA: Walnęła cię? Czym ją tak wkurzyłaś?

DZIUNIA: Czasem, jak ma gorszy dzień w pracy, to sięga po koniak. Stwierdziłam, że trochę przeholowała. Doszło między nami do sprzeczki i oto efekty. Tylko nie mów nikomu.

NIKOSIA: To nie był pierwszy raz, co?


DZIUNIA: Nieważne.

NIKOSIA: Najważniejsze. Nie daj się tłuc. Przemoc domowa to najgorszy syf i nigdy nie mogę zrozumieć podejścia jej ofiar, które to akceptują.

DZIUNIA: To żadna przemoc. Każdemu czasem puszczają nerwy. Może powiedziałam o kilka słów za dużo…

NIKOSIA: Nie broń jej. Jeżeli cię leje, gdy zwracasz jej uwagę, że za dużo pije, to znaczy, że ma poważny problem.

DZIUNIA: Myślisz, że jest alkoholiczką?

NIKOSIA: To pytanie jest tego najlepszym potwierdzeniem. Skoro pytasz, to znaczy, że też to podejrzewasz.

DZIUNIA: Mam przechlapane?

NIKOSIA: Jeśli coś z tym zrobisz, to nie.

DZIUNIA: A co mogę zrobić? Co mi radzisz?

NIKOSIA: Uciekaj. Im szybciej, tym lepiej. Człowiek uzależniony albo wsiąknie tak, że go to zabije, albo wyjdzie z tego i znajdzie sobie inny nałóg. Słuchaj, ja nie wierzę w to, że uzależnienie jest chorobą. Ładujesz się w to dobrowolnie. Jeżeli ktoś chorej osobie mówi: „masz anginę”, to idzie do lekarza, łyka tabletki i mu przechodzi, a w przypadku nałogu to jakaś niekończąca się szarpanina. I dziesięć, i sto, i dwieście osób może powiedzieć: „masz problem z alkoholem”, a ten ktoś i tak stwierdzi, że ma wszystko pod kontrolą. Wyciągasz drania z bagna, a on tam wraca i wraca, dopóki się w nim nie utopi. Uzależnieni ludzie, to toksyczni ludzie. Ich nie obchodzi to, że najlepiej w szkole zdałaś maturę. Mają gdzieś twoją nową fryzurę. Nie kupią ci prezentu na urodziny, bo o nich zapomną. Chyba, że wspomnisz o imprezce z wanną gorzały w tle. Nie licz na to, że poślesz kogoś na terapię, a on ci serdecznie podziękuje. Alkoholika nie obchodzi to, że niszczy ci życie, dlatego lepiej, żeby zniszczył tylko swoje, bez względu na konsekwencje. Uciekaj, póki jeszcze nie masz wyrzutów sumienia, póki ciągle możesz ułożyć sobie życie.

DZIUNIA: Myślisz, że gdyby twój tata wykończył się dużo wcześniej, wasze życie mogłoby wyglądać inaczej?

NIKOSIA: Nie. Sara ciągle o nim pamięta. Żyje wspomnieniami. Jest od nich uzależniona. Śmierć ojca to o kilka siniaków matki mniej, parę groszy więcej i trochę świętego


spokoju. To wszystko. Dlatego chcę postawić ją na nogi, zabrać Filipa i zwiać od niej, zanim całkiem to nasze życie sponiewiera.

DZIUNIA: Uważasz ją za złą matkę?

NIKOSIA: Wiesz dlaczego mówię do niej po imieniu? Bo to nie jest moja matka. To taka koleżanka, której oddajesz połowę swoich kanapek i zakładasz rękawiczki, gdy ma zgrabiałe ręce, bo jest ofiarą losu i sama nie potrafi o siebie zadbać.

DZIUNIA: Zostawisz ją na pastwę losu?

NIKOSIA: Jest dużą dziewczynką. Jeśli ktoś nie ma woli życia, to utopi się nawet w łyżce wody. Nie mam siły jej niańczyć i patrzeć, jak uśmiecha się sama do siebie z tym obłędem w oczach.

DZIUNIA: Obłędem? Ma jakieś problemy psychiczne?

NIKOSIA: Oficjalna wersja jest taka, że nie. Lepiej, żeby twoja matka o tym nie wiedziała. A tak między nami – lądowała w psychiatryku już nie raz.

DZIUNIA: Naprawdę? I ty chcesz ją opuścić? A jak coś jej się stanie?

NIKOSIA: Mam czekać, aż nas pozabija? Ona ma ostrą depresję i coś tam jeszcze. Nie wiadomo, co jej może strzelić do głowy. I nie martw się – póki ma zajęcie, nikomu nic nie grozi. Te jej ataki zaczynały się zawsze, gdy nie wiedziała, co ze sobą zrobić i jak udało jej się zabrnąć za daleko myślami.

DZIUNIA: A jak straci pracę?

NIKOSIA: Nie będę zgrywać bohaterki. Ona by tego dla mnie nie zrobiła. Wiesz dlaczego członkowie rodziny tak się ze sobą żrą? Bo uważają, że rodzina „ma obowiązek”, że „musi”, że „powinna”… Od rodziny zawsze wymaga się najwięcej, bo musi dać z siebie wszystko i to bezinteresownie. Tak więc – nieważne, że rodzice to chuje – trzeba im na starość podać filiżankę herbaty. Jest przykazanie o darzeniu czcią rodziców, ale o dzieciach wzmianki już nie ma. Najwyżej pójdę do piekła. Spotkam tam dużo moich klientów. Przynajmniej nie będę chodzić jak obdartus.

(Chichocze Nikola.)

DZIUNIA: Nikola…

NIKOSIA: Co? Dlaczego tak się oburzasz?


DZIUNIA: Nie lubię, jak o tym mówisz.

NIKOSIA: Nie udawaj takiej cnotki. Wiesz ile osób mówi, że jesteś puszczalska?

DZIUNIA: Wiem. Kwestia, czy w to wierzysz.

NIKOSIA: Dlaczego mam nie wierzyć? W każdej plotce jest ziarnko prawdy.

DZIUNIA: W tej tylko tyle.

NIKOSIA: Nie mów, że cię przeceniono.

DZIUNIA: Było kilku kolesi. Było kilku przypadkowych. Jestem atrakcyjna.

(Dziunia wzrusza ramionami.)

NIKOSIA: Ja nie jestem, a na tym zarabiam. Hm…

(Nikola parska śmiechem.)

DZIUNIA: Słyszałam, że chodzisz z Przemkiem.

NIKOSIA: Ziarnko. Ziareniunienko.

DZIUNIA: To co z nim robisz?

NIKOSIA: Zabawiam się.

(Dziunia srogo patrzy na Nikolę.)

NIKOSIA: Żartuję. Trochę się kumplowaliśmy, ale to już nieaktualne.

DZIUNIA: Pokłóciliście się?

NIKOSIA: Ociupinkę.

DZIUNIA: A tak w ogóle, to jak się poznaliście?

NIKOSIA: Temat zakazany.

DZIUNIA: O Jezu, był twoim…? Nie mów…


NIKOSIA: Niee! Byłam umówiona z takim jednym w pewnym miejscu, ale mnie wystawił. Wszystko się wydało i jakoś tak zaczęliśmy ze sobą gadać o tym i owym. Sama widzisz, że to raczej marne fundamenty dla przyjaźni…

DZIUNIA: Niezła historia.

NIKOSIA: Dlaczego tak o niego wypytujesz? Podoba ci się?

DZIUNIA: Coś ty. Tak tylko…

NIKOSIA: Możesz się przyznać. To tylko kolega.

DZIUNIA: Nigdy nie przypuszczałam, że będę prosić Nikolę o pozwolenie na zagadanie do kolesia.

NIKOSIA: Nie krępuj się.

(Nikola posyła Dziuni szelmowski uśmiech.)

DZIUNIA: Żartujesz?

NIKOSIA: W życiu nie przepuszczę takiej okazji! Po tylu poniżeniach z twojej strony mam prawo do triumfu i połechatnia swojego ego.

(Dziunia krzywi się i wnosi wzrok ku niebu.)

DZIUNIA: Proszę…

NIKOSIA: O co?

DZIUNIA: O możliwość poderwania twojego kolegi. Usatysfakcjonowana?

NIKOSIA: Będę. Zaraz. Ale najpierw wypowiem magiczne zdanie, po czym machnę nonszalancko ręką. Uwaga: możesz go sobie wziąć.

(Nikola nonszalancko macha ręką.)

DZIUNIA: Tada! Dokonało się!

NIKOSIA: Pewnie pieką cię wnętrzności.

DZIUNIA: Wątroba mnie uwiera, nerka ociera się o nerkę, a żołądek sam siebie zaczyna trawić, ale spoko, jeszcze żyję.


NIKOSIA: Całe szczęście. Świat bez ciebie nie byłby już taki błyszczący.

(Następuje chwila ciszy i wymowne spojrzenie Nikoli na Dziunię.)

Po co ci tyle tego złomu?

DZIUNIA: Żeby było widać, kto ustala warunki.

NIKOSIA: Warunki?

DZIUNIA: No, tak w ogóle. Startuję z pozycji dzianej i zadbanej, dlatego nie muszę zarabiać dupą.

NIKOSIA: Aaa, tylko hobbystycznie…

DZIUNIA: Właśnie.

NIKOSIA: Dobrze się składa. Przemek nie lubi panienek, które lecą na kasę.

DZIUNIA: To dlatego zadaje się z tobą?

NIKOSIA: Czas przeszły.

DZIUNIA: Właśnie.

(Pauza.)

NIKOSIA: To porządny gość. Nie schrzań tego.

Scena 8.

(Mieszkanie Sardynianów. Sara szykuje się do pracy. Ubiera się elegancko, robi sobie klasyczny francuski makijaż – wyciągniętą kreskę i czerwone usta. Włosy upina w wysoki kok. Po wszystkim robi sobie czarną kawę i zasiada do stołu. Dzieci patrzą na nią w wyraźnym osłupieniu.)

FILIPEK: To ty?

SARA: A kto miałby tu być?

FILIPEK: Dlaczego tak wyglądasz?

SARA: Jak?


FILIPEK: Jak nie ty, tylko jak jakaś pani z telewizji.

SARA: Chcę dobrze wyglądać.

NIKOSIA: Niech cię Bóg błogosławi, matko złota – w końcu!

(Nikola uśmiecha się i wznosi ręce ku niebu.)

SARA: Nikosiu…

NIKOSIA: Po prostu się cieszę. Ktokolwiek maczał palce w tej metamorfozie, niech będzie błogosławiony.

SARA: Możesz przestać się wydurniać z tymi błogosławieństwami?

NIKOSIA: Mogę, ale to taka podniosła chwila – moja matka wreszcie wygląda jak kobieta, a nie jak kocmołuch. A to przypadkiem nie jest moja pomadka?

SARA: Pożyczyłam. Dziękuję.

NIKOSIA: Jeśli masz tak wyglądać zawsze, to bierz, co chcesz. Nie mam nic przeciwko.

(Pauza.)

SARA: Dzieci…

FILIPEK: Co tam, mamuś?

SARA: Muszę z wami porozmawiać, zanim wyjdę.

NIKOSIA: Masz randkę, ale udajesz, że idziesz do pracy? Nie pogniewamy się.

SARA: Co ty opowiadasz?

(Nikola wzrusza ramionami.)

Chciałabym wprowadzić nowy zwyczaj w tym domu.

FILIPEK: Jaki?

NIKOSIA: Nowy? To tu są jakieś zwyczaje?


SARA: Zależy mi na tym, żebyśmy zawsze żegnali się ze sobą w zgodzie. Byłoby miło, gdyby każdy, wychodząc z domu, brał pod uwagę, że to może być ten dzień, w którym już do niego nie wróci. Nigdy nie wiemy, co się może wydarzyć i czy czasem nie widzimy się po raz ostatni.

NIKOSIA: Jesteś dzisiaj jakaś dziwna. Co ci raptem przyszło do głowy?

SARA: Po prostu nie chcę, żebyśmy byli dla siebie wrogami. Pamiętacie, co było z Mati? Odeszła zupełnie niespodziewanie, bez pożegnania. To miał być kolejny zwykły dzień. A ojciec? Opuścił nas w trakcie dobrej zabawy. Szanujmy się i dbajmy o to, żeby każdego dnia zdążyć się ze sobą pożegnać.

NIKOSIA: Sarita, ty ewidentnie coś wciągasz.

SARA: Cześć! Jestem Sara. Mów mi „mamo”.

FILIPEK: Idę do szkoły. Nie chce mi się was słuchać.

(Filip sięga po plecak i kieruje się w stronę przedpokoju.)

SARA: Nie pożegnasz się z nami?

FILIPEK: Nie.

SARA: Nie wyjdziesz stąd, dopóki tego nie zrobisz.

FILIPEK: Wolny dzień? Spoko.

SARA: Podejdź do mnie.

FILIPEK: Po co?

SARA: Chcę się z tobą pożegnać.

(Nikola daje znaki bratu, żeby spełnił prośbę Sary. Filip kręci głową, ale mimo to podchodzi do matki.)

SARA: Dobrego dnia, synku. Bardzo cię kocham.

(Sara obejmuje Filipa, po czym całuje go w czoło.)

FILIPEK: Jezu, mamo! Mogę już iść?


SARA: Najpierw powiedz mi coś miłego.

FILIPEK: Ładnie wyglądasz. Może być?

(Sara uśmiecha się.)

SARA: Dziękuję. Może być. Do zobaczenia!

FILIPEK: Na razie, Niki!

NIKOSIA: Trzymaj się, młody!

(Filip wychodzi.)

NIKOSIA: Możesz mi powiedzieć, co tu się święci?

SARA: Chcę, żebyśmy byli dla siebie mili. To wszystko.

NIKOSIA: Nie o to pytałam.

SARA: Przemyślałam sobie parę rzeczy. Co w tym złego?

NIKOSIA: Nic. Zastanawiam się, skąd ta odmiana.

SARA: Dzieci trzeba wychować, a ja chyba o tym zapomniałam. Chcę dla was lepszego życia, niż dotychczas. Myślisz, że na to jest już za późno?

NIKOSIA: Przekonamy się.

(Sara spogląda na zegarek.)

SARA: Muszę się zbierać.

NIKOSIA: Poczekaj.

(Nikola idzie do przedpokoju i wraca do kuchni z czarnym płaszczem w ręku.)

Weź go. Będzie ci pasować.

SARA: Przecież to twój płaszcz.

NIKOSIA: Z prawdziwej wełny. Niby z lumpeksu, ale perełka. W sklepie widziałam podobny prawie za tysiąc złotych.


SARA: A ty?

NIKOSIA: To tylko pożyczka.

SARA: Masz coś na zmianę?

NIKOSIA: O mnie się nie martw.

(Sara przytula córkę i uśmiecha się do niej.)

Co ci się dzisiaj śniło?

SARA: A nie będziesz się śmiać?

NIKOSIA: Nie wiem. Powiedz.

SARA: Książka. Na okładce było moje imię.

NIKOSIA: Super. A w środku?

SARA: Nie pamiętam.

NIKOSIA: A mi śnił się ten płaszcz. Miałam go na sobie i była do niego przypięta róża. W kieszeni znalazłam jakąś kartkę. Nie zdążyłam przeczytać, bo budzik zadzwonił. Dziwny sen, nie?

SARA: Może to znak, że nie powinnaś mi go pożyczać?

NIKOSIA: Wierzysz w takie rzeczy?

SARA: Wyłącznie.

(Pauza.)

NIKOSIA: A jaki tytuł miała ta książka?

SARA: Powiem ci, jak sobie przypomnę. Muszę już iść.

NIKOSIA: Miłego dnia!

SARA: Miłego! Kocham cię, córeńko.

NIKOSIA: Ja to wszystko wiem…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz