AKT
VII
Scena
1.
(Od
pogrzebu Martyny mija niespełna miesiąc. Rodzina Sardynianów przygotowuje się
do nadchodzącej Komunii Filipa.)
SARA: Połóż to tam, nie mogę teraz. Wyprasuj obrus,
a ja skoczę do sklepu po sól.
NIKOSIA: Odwrotnie.
SARA: Co?
NIKOSIA:
Nienawidzę prasować. Nie prasuję. Idę po sól.
SARA: Dobra, wszystko jedno. To weź jeszcze z osiem
plasterków jakiejś wędliny na kanapki, bo nie wyrobię się z obiadem.
NIKOSIA: Obojętnie?
SARA: Tak, wszystko jedno. Żeby tylko świeża była. Aa… i jeszcze
ze dwa kilo jabłek.
NIKOSIA: Na szarlotkę?
SARA: No, pewnie, jasne… I wiesz co…?
NIKOSIA: Weź, kobieto, zapisz mi wszystko, bo ja zaraz
z tobą oszaleję…
SARA: Oj, zaganiania jestem. Albo wiesz co? Sama skoczę,
będzie szybciej.
NIKOSIA: Pójdę, tylko zrób mi listę.
SARA: Dobrze, już dobrze. Zrobię.
(Nikola
wychodzi. Mija się na klatce z Grażyną. Wymieniają się spokorniałymi
spojrzeniami i każda z nich idzie w swoją stronę.)
SARA: Filipek, dziecko, otwórz, ktoś puka, a ja nie mam
wolnej ręki…
(Filip
dobiega do drzwi i zastaje w nich sąsiadkę.)
GRAŻYNA: Dzień dobry, słoneczko! Mogę wejść?
FILIPEK: Dobry! Mamo, ciocia Gryżyna przyszła!
(Woła
do matki zmieszany Filip.)
SARA: Grażyna? Co ty tu robisz?
GRAŻYNA: Przyniosłam obrusy.
(Odpowiada
niepewnie Grażyna.)
SARA: Dobrze. Wejdź.
(Nastaje
cisza połączona z konsternacją.)
SARA: Wszystko w porządku?
GRAŻYNA: Aaa…
(Macha
ręką sąsiadka.)
SARA: Od dnia pogrzebu nie odezwałaś się ani słowem.
Myślałam, że nie będzie cię na Komunii.
GRAŻYNA: Daj spokój. Było, minęło.
SARA: Pomożesz mi?
GRAŻYNA: Po to przyszłam. Wiesz… Minęłam się na klatce z
Nikosią. Jakby mi ktoś język uciął… Nie wiedziałam, co powiedzieć. Chyba
powinnam ją przeprosić.
SARA: Sama powiedziałaś – było, minęło. Po co do tego
wracać?
GRAŻYNA:
Jej przyjaciółka nie żyje. Sara, ja tak nie mogę.
Naskoczyłam wtedy na nią jak głupia. No, diabeł mnie opętał.
SARA: Nikt nie ma do ciebie żalu. To normalne. Byłaś
zdruzgotana.
GRAŻYNA: Mów sobie, co chcesz. I tak muszę ją przeprosić.
SARA: To ona powinna cię przeprosić za to, co
powiedziała. Zresztą, my wszyscy. Przeholowaliśmy.
GRAŻYNA: Kiedy wróci?
SARA: Pewnie zaraz. Wyszła do sklepu.
(Po
pewnym czasie do kobiet dobiega dźwięk otwieranych drzwi i głos Nikoli.)
NIKOSIA: Nie było jabłek. Musiałam iść do drugiego sklepu.
Tam też nie było. Trochę się nalatałam. Spotkałam Grażynę na klatce. Wyglądało
to tak, jak by do nas… szła. O, dzień dobry!
(Na
widok Grażyny Nikola dębieje i przygryza wargę.)
GRAŻYNA: Witaj! Pogadamy trochę?
NIKOSIA: OK, tylko to zaniosę.
GRAŻYNA: Zostaw, pójdziemy do mnie.
NIKOSIA: Niech będzie.
Scena
2.
(Mieszkanie
Grażyny.)
GRAŻYNA: Napijesz się herbaty?
NIKOSIA: Obojętnie.
GRAŻYNA: To napijemy się razem i porozmawiamy.
NIKOSIA: Tak naprawdę, to nie chcę z panią rozmawiać. Pani
już mnie osądziła.
GRAŻYNA: To nie tak. Byłam wściekła i roztrzęsiona. Nie
sugeruj się tym.
NIKOSIA: Tylko po pijaku i w nerwach człowiek mówi to, co
myśli.
GRAŻYNA: Jak uważasz. Ale wiem, że nie należało ci się.
Straciłaś przyjaciółkę. To nie była tylko moja osobista tragedia.
NIKOSIA: Straciłam nie tylko przyjaciółkę. Najdroższą mi
osobę. Nikt jej tak bardzo nie kochał jak ja. Nawet pani.
GRAŻYNA: Nie zapędzaj się.
NIKOSIA: Ale to prawda. To mi się zwierzała. Tylko mi
opowiedziała o swoim pierwszym razie, o przegranym zakładzie, o jedzeniu
czekolady na słono, o słonecznikach w poprzek, o wierszu na
papeterii, o tym, co miała pod łóżkiem, o księżniczce Anabel, o sukience
z małym tygryskiem i piegowatej Aurelii. Razem uczyłyśmy się całować,
pływałyśmy nago łódką, kradłyśmy owoce, upijałyśmy się do nieprzytomności,
opowiadałyśmy sobie straszne historie, kłóciłyśmy się, wariowałyśmy… Byłyśmy
sobie bliskie. Wszystko robiłyśmy razem. W tajemnicy. Głośno, ale po
cichu. Po przyjacielsku. Miałyśmy tylko siebie. Nie sprowadziłam Mati na złą
drogę. Obie miałyśmy tak samo porąbane pomysły, które mogły się skończyć
śmiercią albo kalectwem. Ten ostatni pomysł nie był mój… I skończył się
właśnie… śmiercią.
GRAŻYNA: O czym ty mówisz?
NIKOSIA:
Ta wiedza jest pani zbędna. Nie przywróci życia
pani córce. To niczego nie zmieni. Ale obiecuję, że znajdę tego, kto to zrobił
i doprowadzę go do pani osobiście. Będzie klęczeć i błagać o przebaczenie.
Tylko pani będzie mogła okazać mu miłosierdzie. Tylko ja… będę mogła ukarać go
za bezgraniczne cierpienie, którego doświadczam i będę doświadczać do
końca moich dni. Przysięgam. Tak właśnie będzie.
GRAŻYNA: Niki… Wiesz kto to zrobił?
NIKOSIA: Przysięgam, pani Grażyno.
Scena
3.
(Pensjonat
Golden Apple. Nikola jest umówiona z nowym klientem.)
NIKOSIA:
Witam! Ktoś miał tu na mnie czekać.
RECEPCJONISTKA: Dzień dobry! Pani nazwisko?
NIKOSIA: Cole… Sara Cole.
RECEPCJONISTKA: Towarzysz oczekuje pani w pokoju dwieście cztery.
(Mówiąc
to, recepcjonistka posyła Nikoli oceniające ją spojrzenie, skrzywiony uśmiech
i cichutkie syknięcie.)
NIKOSIA: Nie krzyw się, durnoto. Siedzisz w recepcji.
RECEPCJONISTKA: Słucham?
NIKOSIA: Wszystkie jesteśmy cnotkami i wszystkie dajemy
dupy. Pilnuj swojego nosa.
RECEPCJONISTKA: Przepraszam, jeśli odebrała pani moje zachowanie
jako niegrzeczne.
NIKOSIA: Nic się nie stało.
(Nikola
słabo się uśmiecha i wchodząc na stopień, zwraca się ponownie do
recepcjonistki.)
Jak wygląda?
(Recepcjonistka
rozgląda się i szepcze.)
RECEPCJONISTKA: Młodziutki, ale całkiem do rzeczy.
NIKOSIA: Dzięki.
(Puszcza
oczko Nikola.)
Scena
4.
(Scena
rozgrywa się w tym samym pensjonacie. Nikola poprawia makijaż, po czym puka do
drzwi pokoju jej towarzysza. Otwiera je starszy szkolny kolega.)
KLIENT: O Boże! Nie mogę…
(Nikola,
widząc znajomą twarz, rzuca się do ucieczki.)
Poczekaj!
NIKOSIA:
Co ty tu, do cholery robisz?!
KLIENT: To ty jesteś Cole? Że niby od „Nicole”?
NIKOSIA: Aha! A czego się spodziewałeś?
KLIENT: Nie wiem, czego… Wszystkiego… Na pewno nie ciebie.
NIKOSIA: Szlag!
KLIENT: Daj spokój. Nie przeżywaj. Nikomu nie powiem.
NIKOSIA: Jasne…
KLIENT: A niby co miałbym powiedzieć? „Nie uwierzycie,
kogo spotkałem, będąc na dziwkach... ”? Bez urazy.
NIKOSIA: Faktycznie, popieprzona sytuacja.
KLIENT: Zresztą, nawet nie wiem, jak się naprawdę
nazywasz. Poza tym dawno nie widziałem cię w szkole.
NIKOSIA: Doglądasz mnie tam?
KLIENT: Nie.
NIKOSIA: To o co chodzi?
KLIENT: Mam pamięć do twarzy. Ale… tylko tych ładnych.
NIKOSIA: Nie podrywaj mnie. Mnie nie trzeba podrywać.
KLIENT: Idziemy stąd?
NIKOSIA: Pewnie. Dokąd?
KLIENT: Nie wiem. Na lody? Do parku? Może na jakieś
ciacho?
NIKOSIA: Nie lubię parków, słodyczy, całego tego
wyświechtanego szajsu, ale loda mogę ci zrobić.
KLIENT: Przestań. To odrażające.
NIKOSIA: Co?
KLIENT: Nie mów tak. Znamy się ze szkoły.
NIKOSIA: A tam zaraz znamy… I sorry, ale to nie ja chodzę
„na dziwki”.
KLIENT: Nie chodzę.
NIKOSIA: A to dzisiaj, to niby co?
KLIENT: Powiem ci, ale najpierw chodźmy stąd.
NIKOSIA: Powiesz mi też, skąd masz hajs na hotel?
KLIENT: To pensjonat. W hotelach nie dają pokoi na
godziny.
NIKOSIA: Jaki oblatany… Jak wiesz, kto?
KLIENT: Kto?
NIKOSIA: Jak dziwka. Ha, ha.
KLIENT: Musisz? Serio?
NIKOSIA: Mam do siebie dystans. To powiesz?
KLIENT: Później.
Scena
5.
(Plac
zabaw. Nikola wraz z klientem/kolegą siedzą na huśtawkach i milczą. Ciszę
przerywa Nikola.)
NIKOSIA: Powiesz mi w końcu, jak to się stało, że się
spotkaliśmy w takich pomiganych okolicznościach?
KLIENT: Może ty zacznij?
NIKOSIA: Chyba zdążyłeś zauważyć, czym się zajmuję. Lody
przełamane. Wybacz. Już ani słowa o lodach.
KLIENT: Ale nie wiem, dlaczego.
NIKOSIA: Powiedzmy, że ktoś mnie w to wkręcił, a z racji
tego, iż mój ojciec jest pijaczyną, a matka wariatką, to sam rozumiesz, że
jestem trochę łasa na pieniądze, bo przyszłość w tej rodzinie czeka mnie marna.
KLIENT: Twoja szczerość powala mnie na łopatki.
NIKOSIA: Teraz twoja kolej.
KLIENT: U mnie sytuacja wygląda nieco inaczej. Właściwie,
to zupełnie inaczej. Nie jestem łasy na kasę.
NIKOSIA: Bo ją masz.
KLIENT: Mam. I dlatego nie mogę znaleźć dziewczyny.
NIKOSIA: Cóż za logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy.
KLIENT: Wszystkie są takie tępe. A ja nie chcę takiej, co to leci tylko na forsę.
NIKOSIA: I dlatego chodzisz na dziwki, boo… nie lecą na
kasę?
(Nikola
unosi brew i rechocze.)
KLIENT: Wiem, że to trochę bez sensu.
NIKOSIA: Trochę? Stary, to się nie trzyma kupy.
KLIENT: Po prostu wszystkie te dziewczyny to tak czy siak
puszczalskie. Tylko w wersji light.
NIKOSIA: I incognito.
KLIENT: Skoro nie widać różnicy…
NIKOSIA: …to po co się wiązać?
KLIENT: Trochę tak.
NIKOSIA: Ale ty głupi jesteś.
KLIENT: Odczep się. Wiedziałem, że nie zrozumiesz. Tylko,
że ja cię nie potępiam.
NIKOSIA: Nie pień się, to moja subiektywna opinia.
KLIENT: Jak możesz, zostaw to dla siebie.
NIKOSIA: Nie mam koleżanek, więc nie będzie trudno. Poza
tym, co miałabym powiedzieć? „Zgadnijcie, kto był moim klientem.”?
KLIENT: Dobra, zwijam się. A to za fatygę.
(Klient/kolega
wyciąga w stronę Nikoli plik banknotów.)
NIKOSIA: Nie żartuj. Usługi nie było.
KLIENT: Ale zmarnowałaś na mnie swój czas.
NIKOSIA: Noo…
KLIENT: Przyda ci się kasa.
NIKOSIA: Nie szastaj. Swoją drogą, spore to twoje
kieszonkowe. Kieszonkowe na dziwki. Ha, ha, ha!
KLIENT: Mam utuczoną świnkę-skarbonkę.
NIKOSIA: Postawisz mi kiedyś napój z automatu i będziemy
kwita.
KLIENT: Na pewno?
NIKOSIA: Jasne. Idź już.
KLIENT: Na razie! I dzięki za dyskrecję.
NIKOSIA: Nie ma sprawy. Aa, jeszcze jedno, ej! Jak ci tam?
KLIENT: Przemek.
NIKOSIA: I nie chodź na dziwki.
KLIENT: Uwierz mi, to był mój pierwszy i ostatni raz.
NIKOSIA: W dodatku nie skorzystałeś.
KLIENT: A ty nie zarobiłaś. Nicole?