poniedziałek, 6 czerwca 2016

Święty lans, AKT IV

AKT IV
Scena 1.

(Luksusowy apartament w centrum miasta.)

KLIENT: Skoro jest was dwie, to chętnie sobie popatrzę, jak się ze sobą zabawiacie.

MATI: Nie tak się umawialiśmy. Koleżanka dopiero się uczy. Chciała tylko zobaczyć, jak to wygląda.

KLIENT: Albo robimy po mojemu, albo wypierdalać! Obie!

MATI: Nie pan ustala warunki.

KLIENT: A kto? Miś Jogi? Jestem hojny, a wy macie tańczyć, jak wam zagram. Do roboty!

NIKOSIA: Wyluzuj, Mati. Damy mu to, czego chce. Klient – nasz pan.

KLIENT: No, to mi się podoba. Jak na początkującą, jesteś całkiem bystra.

NIKOSIA: Może pan włączyć jakąś nastrojową muzykę?

KLIENT: A pewnie, pewnie…

MATI: Niki, co ty do cholery wyprawiasz?

NIKOSIA: Dbam o naszego klienta.

MATI: Nastrojowa muzyka, klient – nasz pan? Co to miało być?

NIKOSIA: Pokora, moja droga.

KLIENT: No, nie gadać tyle, tylko się rozbierać, panienki! Bo was wypierdolę! I grosza nie dam!

Scena 2.

(Wieczór po spotkaniu z klientem. Opuszczona herbaciarnia.)

MATI: Nie wiedziałam, że jesteś taka…

NIKOSIA: Jaka?


MATI: Śmiała.

NIKOSIA: Przestań.

MATI: Rozpustna, rozwiązła, bezwstydna…

NIKOSIA: Na koniec i tak się porzygałam.

MATI: Byłaś niezła.

NIKOSIA: Ty też.

MATI: Kiepsko wyglądasz,

NIKOSIA: Muszę się urżnąć. Masz coś… teges?

MATI: Coś się znajdzie dla mojej zdolnej wspólniczki.

NIKOSIA: Bardzo cię proszę, żeby tego było dużo.

MATI: Sara się nie pozna?

NIKOSIA: Co ty, straciła czujność. Stary ciągle tylko od kaca do kaca. Co mi może zrobić?

MATI: Racja.

NIKOSIA: Nie mogę się doczekać Komunii Filipa. Będzie dużo chlańska. Fajnie będzie.

MATI: A to skromny, rodzinny obiad już wypadł z planów?

NIKOSIA: Znasz mojego ojca. Nie przepuści takiej okazji.

MATI: Ty też.

NIKOSIA: Też. Ale to on jest pijakiem.

MATI:  A ty młodo zaczynasz.

NIKOSIA: I młodo skończę.

MATI: Nie mów tak.

NIKOSIA: Chociaż ty nie zabraniaj mi mówić, co myślę.


MATI: To przykre, że tak myślisz.

NIKOSIA: Takie są realia.

MATI: Nie musisz być kopią własnej matki.

NIKOSIA: W ogóle nie muszę być…

Scena 3.

(Północ. Mieszkanie Sardynianów. Pijana Nikola rozbiera się w przedpokoju. Podchodzi do niej Sara i ciska w nią doniczką z paprotką.)

NIKOSIA: Co ty wyrabiasz, chora kobieto?!

SARA: Gdzie byłaś, smarkulo?!

NIKOSIA: W chujni koło patatajni.

SARA: Nie pozwalaj sobie. Myślisz, że ci wszystko wolno, tak?

NIKOSIA: Coś w ten deseń. I błagam cię, Saruś, nie zachowuj się jak matka.

SARA: Jestem twoją matką, gówniaro!

NIKOSIA: Nie jesteś.

SARA: Jestem! Czy tego chcesz, czy nie! Jestem twoją cholerną matką!

NIKOSIA: Nie jesteś. I nie chcę. Mam nadzieję, że umrzesz młodo i z dala ode mnie.

SARA: Odszczekaj to!

NIKOSIA: Nie przygarnę cię na starość.

SARA: Jesteś bez serca.

NIKOSIA: A ty bezdzietna.

SARA: Ty potworze… Mały, wstrętny szczylu… Wynoś się stąd! Wynocha! Nie pokazuj mi się przed wschodem słońca.

NIKOSIA: Jak chcesz.


Scena 4.

(Blady świt. Mieszkanie Sardynianów. Słychać walenie do drzwi.)

SARA: To ty tak tłuczesz od rana?

GRAŻYNA: A pewnie. Możesz mi podać jakiś sensowny powód wyrzucenia własnego dziecka z domu?

SARA: To nie jest moje dziecko.

(Wzruszenie ramionami.)

GRAŻYNA: Oszalałaś? Już do reszty ci padło na mózg?

SARA: Otóż, Nikola stwierdziła, że nie jestem jej matką. Tak w skrócie – życzyła mi rychłej śmierci.

GRAŻYNA: Jak ją wychowałaś, tak masz. Rozpuszczona smarkula. Zresztą, jedna z drugą. Moja też wróciła wczoraj w takim stanie, że nie pytaj. Ale takie są uroki dojrzewania i tutaj nie ma co strzelać fochów na bachory, tylko przylać porządnie i dać karę.

SARA: To są te twoje metody wychowawcze?

GRAŻYNA: Lepsze takie, niż żadne. Ty swojej w ogóle nie umiesz wychować. Robi, co jej się podoba, szwenda się, pyskuje, nie chodzi do szkoły, robi sobie wrogów. A spała u mnie zamiast we własnym łóżku. Co się tu dzieje?

SARA: Daj mi spokój.

GRAŻYNA: Jasne. Jedynie tobie należy się święty spokój. Tylko, że kiedy ty śpisz sobie spokojnie, inni muszą się martwić o twoje dzieci. Jesteś niewdzięczna.

SARA: Jestem samotna. Sama pośrodku niczego… Każdy tylko wymaga, ma żądania i pretensje. Wszyscy mnie krytykują i mieszają z błotem.

GRAŻYNA: Może zasłużyłaś sobie na to błoto? A nie pomyślałaś o tym, że wszyscy starają ci się pomóc? Każdy ratuje ci dupsko, podczas gdy ty zgrywasz biedactwo i niewiniątko. Obudź się, miernoto ludzka i zacznij doceniać to, co masz. I tylko mi nie mów, że nie muszę ci pomagać. Muszę, bo beze mnie już dawno byłabyś na dnie szamba i pomyj.

SARA: A teraz, według ciebie, gdzie jestem? Całe moje życie to szambo.


GRAŻYNA: Sama do tego doprowadziłaś. Ale życie, to życie i trzeba je szanować, a nie mazać się co chwila i lądować w psychiatryku, bo tak wygodniej.

SARA: Jesteś dobrym człowiekiem, ale idź już.

GRAŻYNA: Weź się za Nikosię. Wróci po śniadaniu. I przeproś ją.

SARA: Ja ją? Za co? To ona mnie upokorzyła.

GRAŻYNA: Za to, że jesteś beznadziejną, rozhisteryzowaną, bezradną matką, której nie obchodzą własne dzieci. I zrób jakieś naleśniki czy coś. No, idę, pa.

Scena 5.

(Poranek. Mieszkanie Grażyny. Nikola budzi się obok Martyny.)

NIKOSIA: Kochanie, czy my… no wiesz? Nic nie pamiętam. Ha, ha, ha, ha, ha…

MATI: Ubierz się, głupku, bo zaraz matka wpadnie tu, budzić nas na śniadanie.

NIKOSIA: Kolacja połączona ze śniadaniem… Jakie to romantyczne…

MATI: Masz kaca?

NIKOSIA: Transcendentnego.

MATI: A jaki to?

NIKOSIA: Nieważne.

MATI: Co powiesz Sarze?

NIKOSIA: Nie będę jej się tłumaczyć.

MATI: Nie będziesz z nią gadać?

NIKOSIA: Trujesz. Lepiej powiedz, gdzie są moje spodnie.

MATI: Gdzieś leżą.

NIKOSIA: To na pewno.

MATI: Nie na tyłku. Ha, ha, ha…


Scena 6.

(Mieszkanie Sardynianów. Nikola wraca do domu i siada w kuchni obok Sary.)

SARA: Masz mi coś do powiedzenia?

NIKOSIA: Kocham cię.

SARA: Słucham?

NIKOSIA: Jesteś okropną matką, ale cię kocham.

SARA: Nie wiedziałam… Nie spodziewałam się…

(Sara jąka się i zalewa łzami.)

NIKOSIA: Ja też. I przestań już. Zawsze musisz wyglądać jak histeryczka?

SARA: Tak bardzo cię przepraszam, córeczko… Wybacz mi, że jestem złą matką…

NIKOSIA: Akurat tego nigdy ci nie wybaczę.

SARA: Niki, błagam. Potrzebuję rozgrzeszenia.

NIKOSIA: Ode mnie go nie dostaniesz. Sorry. Nie można przepraszać człowieka za zniszczenie jego życia.

SARA: Można. Kochanie, proszę, nie bądź na mnie zła.

NIKOSIA: Kobieto, przez ciebie jestem syfem. Nic nie znaczę. Jak możesz mnie o to prosić?

SARA: Jesteśmy biedni. Twój ojciec pije. Dziadkowie… szkoda gadać…

NIKOSIA: Czy ty kiedykolwiek pomyślałaś o sobie? O tym, co ty możesz zrobić? Nie. Masz to gdzieś. Wywinęłaś się. Ciągle te twoje durne wymówki…

SARA: To nie są wymówki. Chciałabym inaczej, ale nie ma warunków.

NIKOSIA: Jakich warunków?

SARA: Do godnego życia. To moja wina, wiem. Ja wam to wszystko zgotowałam. Mogłam zostać samotną matką na utrzymaniu rodziców. Wszyscy byliby zadowoleni.


NIKOSIA: Jak na swój wiek, jesteś bardzo dziecinna.

SARA: Na szczęście mam dojrzałą córkę.

NIKOSIA: Nie podlizuj się. Wiem, co o mnie myślisz.

SARA: Skarbie, jestem w takim wieku, że już nie muszę się nikomu podlizywać.

NIKOSIA: Co cię napadało z tymi „kochaniami”, „skarbami”? Nigdy tak nie mówiłaś. Chcesz mi się przypodobać?

SARA: Po prostu moja córka powiedziała, że mnie kocha. Taki mały kawałeczek nieba spadł mi na głowę.

NIKOSIA: Nie myśl o tym.

SARA: Masz ochotę na naleśniki?

NIKOSIA: O rany, skończ z tym. Natychmiast.

SARA: Dobrze, już dobrze.

(Sara uśmiecha się lekko i całuje córkę w głowę.)


NIKOSIA: Przestań, na litość...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz