AKT
IV
Scena
1.
(Luksusowy
apartament w centrum miasta.)
KLIENT: Skoro jest was dwie, to chętnie sobie popatrzę,
jak się ze sobą zabawiacie.
MATI: Nie tak się umawialiśmy. Koleżanka dopiero się
uczy. Chciała tylko zobaczyć, jak to wygląda.
KLIENT: Albo robimy po mojemu, albo wypierdalać! Obie!
MATI: Nie pan ustala warunki.
KLIENT: A kto? Miś Jogi? Jestem hojny, a wy macie tańczyć,
jak wam zagram. Do roboty!
NIKOSIA: Wyluzuj, Mati. Damy mu to, czego chce. Klient –
nasz pan.
KLIENT: No, to mi się podoba. Jak na początkującą, jesteś
całkiem bystra.
NIKOSIA: Może pan włączyć jakąś nastrojową muzykę?
KLIENT: A pewnie, pewnie…
MATI: Niki, co ty do cholery wyprawiasz?
NIKOSIA: Dbam o naszego klienta.
MATI: Nastrojowa muzyka, klient – nasz pan? Co to miało
być?
NIKOSIA: Pokora, moja droga.
KLIENT: No, nie gadać tyle, tylko się rozbierać, panienki!
Bo was wypierdolę! I grosza nie dam!
Scena
2.
(Wieczór
po spotkaniu z klientem. Opuszczona herbaciarnia.)
MATI: Nie wiedziałam, że jesteś taka…
NIKOSIA: Jaka?
MATI: Śmiała.
NIKOSIA: Przestań.
MATI: Rozpustna, rozwiązła, bezwstydna…
NIKOSIA: Na koniec i tak się porzygałam.
MATI: Byłaś niezła.
NIKOSIA: Ty też.
MATI: Kiepsko wyglądasz,
NIKOSIA: Muszę się urżnąć. Masz coś… teges?
MATI: Coś się znajdzie dla mojej zdolnej wspólniczki.
NIKOSIA: Bardzo cię proszę, żeby tego było dużo.
MATI: Sara się nie pozna?
NIKOSIA: Co ty, straciła czujność. Stary ciągle tylko od
kaca do kaca. Co mi może zrobić?
MATI: Racja.
NIKOSIA: Nie mogę się doczekać Komunii Filipa. Będzie dużo
chlańska. Fajnie będzie.
MATI: A to skromny, rodzinny obiad już wypadł z planów?
NIKOSIA: Znasz mojego ojca. Nie przepuści takiej okazji.
MATI: Ty też.
NIKOSIA: Też. Ale to on jest pijakiem.
MATI: A ty młodo
zaczynasz.
NIKOSIA: I młodo skończę.
MATI: Nie mów tak.
NIKOSIA: Chociaż ty nie zabraniaj mi mówić, co myślę.
MATI: To przykre, że tak myślisz.
NIKOSIA: Takie są realia.
MATI: Nie musisz być kopią własnej matki.
NIKOSIA: W ogóle nie muszę być…
Scena
3.
(Północ.
Mieszkanie Sardynianów. Pijana Nikola rozbiera się w przedpokoju. Podchodzi do
niej Sara i ciska w nią doniczką z paprotką.)
NIKOSIA: Co ty wyrabiasz, chora kobieto?!
SARA: Gdzie byłaś, smarkulo?!
NIKOSIA: W chujni koło patatajni.
SARA: Nie pozwalaj sobie. Myślisz, że ci wszystko wolno,
tak?
NIKOSIA: Coś w ten deseń. I błagam cię, Saruś, nie zachowuj
się jak matka.
SARA: Jestem twoją matką, gówniaro!
NIKOSIA: Nie jesteś.
SARA: Jestem! Czy tego chcesz, czy nie! Jestem twoją
cholerną matką!
NIKOSIA:
Nie jesteś. I nie chcę. Mam nadzieję, że umrzesz
młodo i z dala ode mnie.
SARA: Odszczekaj to!
NIKOSIA: Nie przygarnę cię na starość.
SARA: Jesteś bez serca.
NIKOSIA: A ty bezdzietna.
SARA: Ty potworze… Mały, wstrętny szczylu… Wynoś się
stąd! Wynocha! Nie pokazuj mi się przed wschodem słońca.
NIKOSIA: Jak chcesz.
Scena
4.
(Blady
świt. Mieszkanie Sardynianów. Słychać walenie do drzwi.)
SARA: To ty tak tłuczesz od rana?
GRAŻYNA: A pewnie. Możesz mi podać jakiś sensowny powód
wyrzucenia własnego dziecka z domu?
SARA: To nie jest moje dziecko.
(Wzruszenie
ramionami.)
GRAŻYNA: Oszalałaś? Już do reszty ci padło na mózg?
SARA: Otóż, Nikola stwierdziła, że nie jestem jej matką.
Tak w skrócie – życzyła mi rychłej śmierci.
GRAŻYNA: Jak ją wychowałaś, tak masz. Rozpuszczona
smarkula. Zresztą, jedna z drugą. Moja też wróciła wczoraj w takim stanie, że
nie pytaj. Ale takie są uroki dojrzewania i tutaj nie ma co strzelać
fochów na bachory, tylko przylać porządnie i dać karę.
SARA: To są te twoje metody wychowawcze?
GRAŻYNA: Lepsze takie, niż żadne. Ty swojej w ogóle nie
umiesz wychować. Robi, co jej się podoba, szwenda się, pyskuje, nie chodzi do
szkoły, robi sobie wrogów. A spała u mnie zamiast we własnym łóżku. Co się
tu dzieje?
SARA: Daj mi spokój.
GRAŻYNA: Jasne. Jedynie tobie należy się święty spokój.
Tylko, że kiedy ty śpisz sobie spokojnie, inni muszą się martwić o twoje
dzieci. Jesteś niewdzięczna.
SARA: Jestem samotna. Sama pośrodku niczego… Każdy tylko
wymaga, ma żądania i pretensje. Wszyscy mnie krytykują i mieszają z
błotem.
GRAŻYNA: Może zasłużyłaś sobie na to błoto? A nie
pomyślałaś o tym, że wszyscy starają ci się pomóc? Każdy ratuje ci dupsko, podczas
gdy ty zgrywasz biedactwo i niewiniątko. Obudź się, miernoto ludzka
i zacznij doceniać to, co masz. I tylko mi nie mów, że nie muszę ci
pomagać. Muszę, bo beze mnie już dawno byłabyś na dnie szamba i pomyj.
SARA: A teraz, według ciebie, gdzie jestem? Całe moje życie to szambo.
GRAŻYNA: Sama do tego doprowadziłaś. Ale życie, to życie i
trzeba je szanować, a nie mazać się co chwila i lądować w psychiatryku, bo
tak wygodniej.
SARA: Jesteś dobrym człowiekiem, ale idź już.
GRAŻYNA: Weź się za Nikosię. Wróci po śniadaniu. I przeproś
ją.
SARA: Ja ją? Za co? To ona mnie upokorzyła.
GRAŻYNA: Za to, że jesteś beznadziejną, rozhisteryzowaną,
bezradną matką, której nie obchodzą własne dzieci. I zrób jakieś naleśniki czy
coś. No, idę, pa.
Scena
5.
(Poranek.
Mieszkanie Grażyny. Nikola budzi się obok Martyny.)
NIKOSIA: Kochanie, czy my… no wiesz? Nic nie pamiętam. Ha,
ha, ha, ha, ha…
MATI: Ubierz się, głupku, bo zaraz matka wpadnie tu,
budzić nas na śniadanie.
NIKOSIA: Kolacja połączona ze śniadaniem… Jakie to
romantyczne…
MATI: Masz kaca?
NIKOSIA: Transcendentnego.
MATI: A jaki to?
NIKOSIA: Nieważne.
MATI:
Co powiesz Sarze?
NIKOSIA: Nie będę jej się tłumaczyć.
MATI: Nie będziesz z nią gadać?
NIKOSIA: Trujesz. Lepiej powiedz, gdzie są moje spodnie.
MATI: Gdzieś leżą.
NIKOSIA: To na pewno.
MATI: Nie na tyłku. Ha, ha, ha…
Scena
6.
(Mieszkanie
Sardynianów. Nikola wraca do domu i siada w kuchni obok Sary.)
SARA: Masz mi coś do powiedzenia?
NIKOSIA: Kocham cię.
SARA: Słucham?
NIKOSIA: Jesteś okropną matką, ale cię kocham.
SARA: Nie wiedziałam… Nie spodziewałam się…
(Sara
jąka się i zalewa łzami.)
NIKOSIA: Ja też. I przestań już. Zawsze musisz wyglądać jak
histeryczka?
SARA: Tak bardzo cię przepraszam, córeczko… Wybacz mi,
że jestem złą matką…
NIKOSIA: Akurat tego nigdy ci nie wybaczę.
SARA: Niki, błagam. Potrzebuję rozgrzeszenia.
NIKOSIA: Ode mnie go nie dostaniesz. Sorry. Nie można
przepraszać człowieka za zniszczenie jego życia.
SARA: Można. Kochanie, proszę, nie bądź na mnie zła.
NIKOSIA: Kobieto, przez ciebie jestem syfem. Nic nie
znaczę. Jak możesz mnie o to prosić?
SARA: Jesteśmy biedni. Twój ojciec pije. Dziadkowie…
szkoda gadać…
NIKOSIA: Czy ty kiedykolwiek pomyślałaś o sobie? O tym,
co ty możesz zrobić? Nie. Masz to gdzieś. Wywinęłaś się. Ciągle te twoje durne
wymówki…
SARA: To nie są wymówki. Chciałabym inaczej, ale nie ma
warunków.
NIKOSIA: Jakich warunków?
SARA: Do godnego życia. To moja wina, wiem. Ja wam to
wszystko zgotowałam. Mogłam
zostać samotną matką na utrzymaniu rodziców. Wszyscy byliby zadowoleni.
NIKOSIA: Jak na swój wiek, jesteś bardzo dziecinna.
SARA: Na szczęście mam dojrzałą córkę.
NIKOSIA: Nie podlizuj się. Wiem, co o mnie myślisz.
SARA: Skarbie, jestem w takim wieku, że już nie muszę
się nikomu podlizywać.
NIKOSIA: Co cię napadało z tymi „kochaniami”, „skarbami”?
Nigdy tak nie mówiłaś. Chcesz mi się przypodobać?
SARA: Po prostu moja córka powiedziała, że mnie kocha.
Taki mały kawałeczek nieba spadł mi na głowę.
NIKOSIA: Nie myśl o tym.
SARA: Masz ochotę na naleśniki?
NIKOSIA: O rany, skończ z tym. Natychmiast.
SARA: Dobrze, już dobrze.
(Sara
uśmiecha się lekko i całuje córkę w głowę.)
NIKOSIA: Przestań, na litość...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz