AKT
VI
Scena
1.
(Mieszkanie
Sardynianów. Nikola siedzi w swoim pokoju i patrzy się w ścianę. Wchodzi
Sara, trzymając tacę z posiłkiem dla córki.)
SARA: Nikosiu, zjedz śniadanie.
NIKOSIA: Nie jestem głodna.
SARA: Musisz jeść.
NIKOSIA: Nie muszę.
SARA: Proszę cię. Skubnij coś.
NIKOSIA: Zostaw mnie.
SARA: To chociaż porozmawiaj ze mną.
NIKOSIA: O czym?
SARA: O tym, co się stało. Co robiłyście tego dnia?
NIKOSIA: Mówiłam już. Pracowałyśmy.
SARA: Ale tak osobno?
NIKOSIA: Tak. Roznosiłyśmy ulotki.
(Nikola
mówi powoli, niewyraźnie. Jest otumaniona lekami uspokajającymi.)
SARA: Dlaczego nie razem?
NIKOSIA: Pokłóciłyśmy się i każda poszła w swoją stronę.
SARA: Firma, o której wspominałaś nie potwierdziła, że
dla niej pracowałyście.
NIKOSIA: Pracowałyśmy na czarno.
SARA: Kochanie, myślisz, że kłamano by w tak poważnej
sprawie?
NIKOSIA: A co ich to obchodzi?
SARA: To było morderstwo z zimną krwią…
NIKOSIA: Sugerujesz, że to ja kłamię?
SARA: Nie, ale to wszystko jest podejrzane.
NIKOSIA: Daj już
spokój.
(Pauza.)
SARA: W co się ubierzesz?
NIKOSIA: W sukienkę.
SARA: Jaką? Masz jakąś sukienkę?
NIKOSIA: Wisi na szafie.
SARA: Chcesz włożyć żółtą sukienkę na pogrzeb? Nie
wypada.
NIKOSIA: Spodobałaby się jej.
SARA: A co z kwiatami? Jakiś wieniec?
NIKOSIA: Zajmę się tym.
SARA: Masz pieniążki?
NIKOSIA: Coś tam mam. Kupię tulipany. Obiecałam jej…
Scena
2.
[Uroczystość
pogrzebowa dobiega końca. Tłum ubranych na czarno żałobników, kilkoro
znajomych ze szkoły i z podwórka, a do tego najbliższa rodzina. Przewaga gapiów
szukających sensacji. (Nieprzychylne szepty: „…a podobno nie była taka święta…”,
„…mówi się, że zwykła puszczalska…”, „…doigrała się…”, „…biedna ta Grażyna…
żeby wiedziała, co ta jej córcia nawyprawiała…”.) Tylko Nikola w żółtej
sukience, z bukietem tulipanów w garści. Martyna zostaje pochowana.
Melodia wygrywana na trąbce i trumna zasypywana ziemią potęgują smutek
i frustrację Nikoli. Nieoczekiwanie rozlega się paraliżujący wrzask.]
NIKOSIA: Ona odwróciła się od Boga! Wolałaby świecki
pogrzeb… z mowami pożegnalnymi, ulubioną muzyką i wierszami, które razem
czytałyśmy! Niczego o niej nie wiecie! Gdyby zobaczyła tę białą trumnę, toby
was wszystkich wyśmiała!
(Pauza.)
Gdzie żółte kwiatki?! Czarne ciuchy? Ona
nienawidziła czerni!
(Pauza.)
Na stypie poleje się wóda? Gówno! Dupa, dupa, dupa!
Ruskiego szampana chlałyśmy hektolitrami! Ha, ha, ha, ha! Banda oszołomów i
ignorantów!
(Pauza.)
Zakopcie ją! Zakopcie ją już! Niech na to nie
patrzy!
(Nikola
zostaje uciszona i wyprowadzona z cmentarza siłą.)
Ona chciałaby być skremowanaaaaa…!
(Płacz,
histeria, leżenie na mokrym chodniku.)
I jeszcze taka pogodaaaaa…
Scena
3.
(Mieszkanie
Grażyny. Stypa. Żałobnicy powoli rozchodzą się do domów. Wraz z najbliższą
rodziną Martyny zostają Sardynianowie. Wszyscy zdążyli ochłonąć i siedzą
w milczeniu przy stole wypełnionym po brzegi resztkami przekąsek i
alkoholu. Ciszę przerywa mąż Sary.)
MĄŻ
SARY: Taka tragedia… Nic tak nie boli
jak widok białej trumienki.
NIKOSIA: I pustego kieliszka, co?
SARA: Niki, daj spokój… w taki dzień.
MĄŻ
SARY: Ma prawo mówić, co myśli.
SARA: Nie roztrząsajmy tego dzisiaj.
MĄŻ
SARY: Każdy dzień jest dobry na
przemyślenia, a ten szczególnie. Śmierć powinna wstrząsać i być bodźcem do
zmian.
NIKOSIA: Filozof się znalazł… Co ty wiesz o śmierci,
człowieku? Ciągle oglądasz tylko denko opróżnionej flachy, a jak jesteś trzeźwy,
to gadasz takie bzdury… takie durnoty… Nie chce mi się tego słuchać. Puścić cię
gdzieś między ludzi… Wstyd…
SARA: Nikosia, na miłość boską!
NIKOSIA: Bogobojna kretynka! Modli się do Matki Boskiej, a
sama jest matką, co to jej zawsze źle i wszystko jedno…
(Syczy
pod nosem Nikola.)
MĄŻ
SARY: Co powiedziałaś?! Ojca możesz
nie szanować, bo pijak i pożytku z niego nie ma, ale matce należy się szacunek!
SARA: Wiecie co? Już moglibyście dać spokój. To nie taki
dzień… Powinniśmy opłakiwać i wspominać zmarłą, a nie obrzucać się
nawzajem wyzwiskami.
GRAŻYNA: Zamordowaną…
(Szepcze
Grażyna.)
SARA: Słucham?
GRAŻYNA: Zamordowaną… Moja córka została zamordowana…
SARA: Wiem. Wiemy. Wszyscy bardzo to przeżywamy, stąd te
emocje.
GRAŻYNA: Gówno… Nic was to nie obchodzi…
SARA: To nieprawda. Wszyscy jesteśmy przejęci.
GRAŻYNA: Chuja tam przejęci! Znaleźliście sobie okazję do
wywlekania brudów. Stary pierwszy raz od wielkiego dzwonu trzeźwy, to sobie
możecie pogadać. Ale nie tutaj! Moje jedyne dziecko zostało brutalnie
zamordowane! Wasze puste łby nie są w stanie tego przyjąć do wiadomości! Jak
chcecie sobie pomarudzić, to wynocha stąd! Możecie się nawet po mordach
okładać, ale, kurwa, nie pod moim dachem! Precz, obrzydliwcy!
SARA: Grażka, proszę… Nie chcieliśmy cię zdenerwować.
Poniosło nas.
GRAŻYNA: Nie mam do was cierpliwości… Wypierdalać…
(Pozbawionym
siły głosem mówi Grażyna.)
NIKOSIA: To może chociaż pomożemy sprzątać?
(Pyta
skruszona Nikola.)
GRAŻYNA:
Teraz chcesz mi pomagać?! Teraz?! To przez ciebie
to wszystko, gówniaro! To ty sprowadziłaś moje dziecko na złą drogę! Wynoś się
stąd!
NIKOSIA: Proszę się na mnie nie wyżywać. Oczernia mnie pani
tak bardzo bezpodstawnie…
GRAŻYNA: Jesteś koszmarem swoich rodziców… Niszczysz
wszystko i wszystkich… A teraz zniszczyłaś i mnie…
NIKOSIA: Co za bzdura…
GRAŻYNA: Wypierdalać mi stąd! Mam was po kokardę! Banda
pijaków, wariatów! Hołota i menelnia! Syf, kiła i mogiła! Zabiłaś mi
córkę! Moją jedyną córeńkę! To wszystko przez ciebie, smarkulo!
NIKOSIA: Mati była dziwką…
GRAŻYNA: Ty mała szmato…! Ty ściero…!
(Grażyna
wymierza Nikoli siarczysty policzek.)
SARA: Przesadziłaś! Nikoś, idziemy!
NIKOSIA: Ona się sprzedawała… Niczego nawet nie zauważyłaś,
cud-matko…
(Nikoli
spływają łzy z oczu, a Grażyna obrzuca ją i jej rodzinę lodowatym spojrzeniem.)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz