AKT
IX
Scena
1.
(Mieszkanie
Sardynianów. Sytuacja ma miejsce kilka dni po pogrzebie głowy rodziny.)
GRAŻYNA: Masz jakiś plan na życie?
SARA: Na razie nie mam nawet pionu. Łeb mi pęka.
GRAŻYNA: Weź jakieś proszki i przestań się mazać. W ogóle
masz zamiar wyjść z tego łóżka?
SARA: Muszę to przeboleć. Jakoś się oswoić…
GRAŻYNA: Dramatyzujesz.
SARA: To był mój mąż. Żaden wzór cnót wszelakich, ale
jedyny facet, jakiego kochałam.
GRAŻYNA: Zamierzchła przeszłość.
SARA: Ale prawdziwa.
GRAŻYNA: Cały czas żyjesz przeszłością, zamiast skupić się
na tym, co dzieje się tu i teraz. Pomyślałaś o tym, że masz pusto w
lodówce albo o tym, jak znoszą to twoje dzieci? Oczywiście, że nie. Liczy się
tylko twoje cierpienie.
SARA: Odezwała się matka Polka, co to własnego dziecka
nie umiała dopilnować…
GRAŻYNA: Ale z ciebie suka. Zawsze byłam na każde
skinienie. Kiedy było trzeba, pożyczałam ci pieniądze, zajmowałam się
dzieciakami, jak lądowałaś w psychiatryku, dzwoniłam na policję, jak twojemu
staremu odwalało, a teraz będziesz na mnie naskakiwać?! Masz wielki, wielki
tupet i mały rozumek.
SARA:
Wybacz, ale wkurza mnie to, jak mnie pouczasz. Moje
dzieci nadal żyją…
GRAŻYNA: Tylko dzięki komu, co?! Sara, jesteś okropnym
człowiekiem, który nie dość, że nie umie okazać wdzięczności, to jeszcze
upokarza nawet najlepszą przyjaciółkę. Nie chce mi się z tobą gadać. Powiem ci
tylko jedno – przestań się nad sobą użalać i rusz dupę do jakiejś roboty, bo
pomrzecie z głodu. Nie mam zamiaru dłużej was finansować. Jesteś śmierdzącym
leniem, moja droga! Złote czasy masz już dawno za sobą!
SARA: Skończyłaś?
GRAŻYNA: Tak.
SARA: To do widzenia.
GRAŻYNA: Pomagierka skończyła, pomagierka może odejść. Weź
się w garść, gamoniu. Twój mąż nie był wart ani dnia żałoby. Zniszczył wam
wszystkim życie.
SARA: Kiedyś było inaczej.
GRAŻYNA: Zapomnij o „kiedyś” i zadbaj o „teraz”. Zbieram
się, a ty tu trochę ogarnij, bo zrobił ci się pierdzielnik.
SARA: Później.
GRAŻYNA: Jasne. Później… Czego mogłam się spodziewać? Weź
się za siebie.
SARA: Zostaw mnie.
GRAŻYNA: Z przyjemnością. I wpadnij do mnie, jak ci
przejdzie.
Scena
2.
(Tego
samego dnia. Opuszczona herbaciarnia. Nikola oprowadza Przemka po swojej tajnej
bazie i zdradza mu różne sekrety.)
PRZEMEK: Fajna ta wasza miejscówka. Jak ją wyczaiłyście?
NIKOSIA: Podobno to była własność pradziadka Mati, ale nie
miała do niej żadnych praw. Trochę rozgrabiona, ale ma klimat.
PRZEMEK: Te filiżanki to prawdziwa porcelana?
NIKOSIA: Na to wygląda. Każda z innej parafii.
PRZEMEK: Ma to swój urok. Są naprawdę ładne i pewnie bardzo
drogie.
NIKOSIA: Co mieli ukraść, to już wynieśli, ale i tak wolimy
je chować. To znaczy, wolałyśmy…
(Pauza.)
PRZEMEK: No, to będziemy je chować.
NIKOSIA: Dzięki.
PRZEMEK: Za co?
NIKOSIA: Za to, że nie próbujesz mnie pocieszać.
PRZEMEK: I tak nie umiem.
(Słabo
uśmiecha się Przemek.)
Co tutaj robiłyście?
NIKOSIA: Mnóstwo głupkowatych rzeczy. Chociaż z nią nie
były już takie głupie.
PRZEMEK: Opowiesz mi?
NIKOSIA: Tutaj robiłyśmy rzeczy zacne i niedozwolone.
Piłyśmy różne rodzaje herbat w porcelanie, szampana w kryształach – nigdy
w plastikowych kubkach, grałyśmy w rozbierane karcianki, pisałyśmy wiersze
na papeterii i erotyczne opowiadania na serwetkach, jadłyśmy kradzione owoce,
czekoladę na słono i popcorn na słodko, malowałyśmy słoneczniki, które kiedyś
powiesiłyśmy nad łóżkiem Mati w poprzek. W tym miejscu żyło się na całego.
PRZEMEK: Czekolada na słono? Popcorn na słodko? I
słoneczniki w poprzek? Nie rozumiem.
NIKOSIA: Bo życie też nie jest proste. A te dziwne przysmaki
to nie zawsze dla zabawy…
PRZEMEK: To skąd ten pomysł?
NIKOSIA:
Powiem ci, ale musisz mi złożyć uroczystą
przysięgę, że nikomu nie wygadasz.
PRZEMEK: Na co mam przysiąc?
(Nikola
pospiesznie szuka czegoś w kredensie. W końcu wyciąga rudowłosą lalkę i sadza
ją naprzeciwko Przemka.)
PRZEMEK: Na lalkę?
NIKOSIA: To nie jest lalka, tylko Księżna Anabel. Pocałuj
ją i przysięgnij, że nikomu nie powiesz.
PRZEMEK: Ładna, ale trochę nie w moim typie.
NIKOSIA: Do rzeczy.
(Przemek
całuje lalkę w czoło.)
PRZEMEK: Przysięgam na Jej Lalkowość Anabel, że nie wyjawię
waszych sekretów.
NIKOSIA: Dobrze. To jest Księżna Anabel – lalka wykonana z
żywicy, którą można dowolnie modyfikować.
PRZEMEK: Pierwszy raz o takiej słyszę i zachodzę w głowę,
co ona ma wspólnego z czekoladą na słono.
NIKOSIA: Właśnie do tego zmierzam. Mati dostała ją od ojca
swojego dziecka.
PRZEMEK: Słucham?!
NIKOSIA: Była w ciąży. Wpadła z jednym ze swoich stałych
klientów. Na początku była przerażona, ale zawsze chciała założyć rodzinę.
Kochała to dziecko. Miała przeczucie, że to dziewczynka. Nawet dała jej imię.
Mówiła o niej: „moja piegowata Aurelia” i gładziła podbrzusze.
PRZEMEK: Co na to jej mama? I co się stało z Aurelią?
NIKOSIA: Jej matka i tak pewnie by nie zauważyła. Można jej
wszystko wmówić – pracę na czarno, przedłużone wakacje, książeczkę SKO, to i ze
wzdęciami nie byłoby większych trudności.
PRZEMEK: Poronienie?
NIKOSIA:
Gorzej. Została zmuszona do aborcji.
PRZEMEK: Ten facet to ufundował? Chciał się pozbyć
problemu?
NIKOSIA: Tak. Tyle, że Martyna chciała wychować to dziecko.
Sama. Bez jego udziału. Zero roszczeń i pretensji. Dałaby sobie radę, to zaradna
dziewczyna. Ale zaciągnął ją siłą, bez uprzedzenia. Bydle. Zabiłabym drania,
gdyby nie to, że nie mogę go zlokalizować. Chyba zwiał za granicę.
PRZEMEK: Przecież mogła urodzić to dziecko. Jest tyle par,
które starają się latami… Po co zaraz zabijać? I to tak brutalnie…
NIKOSIA: Nigdy się z tym nie pogodziła.
PRZEMEK: Po co dał jej tę lalkę? W zastępstwie dziecka?
NIKOSIA: Coś w tym stylu.
PRZEMEK: Księżna Anabel… Tak wyglądałaby córeczka Mati?
NIKOSIA: Jeszcze piękniej…
(Pauza.)
Która godzina?
PRZEMEK: Dochodzi siedemnasta. Dokądś się spieszysz?
NIKOSIA: Jestem umówiona.
PRZEMEK: Z klientem?
NIKOSIA: Wiesz, czym się zajmuję. Nie będę ci się tłumaczyć.
PRZEMEK: Nie myślałaś o powrocie do szkoły i… do normalnego
życia?
NIKOSIA: Nigdy nie miałam normalnego życia. A jeśli chodzi
o szkołę – mam takie zaległości, że to już nie ma sensu.
PRZEMEK: Przecież mogę ci pomóc.
NIKOSIA: Nie pomagaj mi.
PRZEMEK: Przyjaciele sobie pomagają.
NIKOSIA: Świetnie radzę sobie sama.
PRZEMEK: Na ulicy…
NIKOSIA: Odczep się.
PRZEMEK: Przynajmniej przemyśl moją propozycję.
NIKOSIA: A ty moją.
PRZEMEK: Jaką?
NIKOSIA: Odczep się.
Scena
3.
(Późny
wieczór. Mieszkanie Sardynianów. Między rodzeństwem toczy się rozmowa.)
NIKOSIA: Trzeba pomóc matce, wiesz?
FILIPEK: Mamie. Jak?
NIKOSIA: Wspierać ją, pomagać jej w obowiązkach. Ona jest
taka nieporadna, a teraz to już całkiem się załamała. Tylko, że właśnie teraz
mamy szansę wyprowadzić to nasze życie na prostą.
FILIPEK: Bez tej zachlajmordy.
NIKOSIA: Filip!
FILIPEK: No co? Ciocia Grażyna tak mówiła.
NIKOSIA: Jaka z niej ciocia, pacanie?! To pani.
FILIPEK: Moja chrzestna.
NIKOSIA: Chrzestna to nie ciotka.
FILIPEK: Ale tak się mówi.
NIKOSIA: W dupie się mówi… Matka chrzestna, jak już.
FILIPEK: Ale mówią ciocia.
NIKOSIA: Kto?
FILIPEK: Dużo ludzi.
NIKOSIA: Jak chrzestną faktycznie jest ciotka.
FILIPEK: Chyba nie zawsze.
NIKOSIA: Wiem, co mówię.
FILIPEK: Czemu tak późno wróciłaś?
NIKOSIA: Matka by cię palnęła za to „czemu”…
FILIPEK: Czemu?
NIKOSIA: Nieważne…
FILIPEK: To czemu? Przecież nie ma już Martyny.
NIKOSIA: To nie znaczy, że skończyło się moje życie.
FILIPEK: Co bez niej robisz?
NIKOSIA: Pracuję.
FILIPEK: Na ulicy?
NIKOSIA: Co?
FILIPEK: Ludzie tak mówią. Sprzedajesz truskawki czy coś?
NIKOSIA: Coś… Przestań słuchać ludzi, a jak czegoś nie
wiesz, to spytaj.
FILIPEK:
Przecież pytam. To co robisz na tej ulicy?
NIKOSIA: O Jezu, noo… Myję samochody, rozdaję ulotki… Takie
tam.
FILIPEK:
Do późna?
NIKOSIA: Później robię co innego.
FILIPEK: Co?
NIKOSIA: Daję korepetycje.
FILIPEK: Z czego?
NIKOSIA: Z polskiego.
FILIPEK: Mama wie? Może ona też powinna dawać korki?
NIKOSIA: Nie ma do tego głowy. Ale to dobry pomysł, Fi.
Możesz jej go podrzucić za jakiś czas. Gdzie teraz jest?
FILIPEK:
U sąsiadki.
NIKOSIA: Jakiej sąsiadki?
FILIPEK: Nie kazałaś mi mówić „ciocia Grażyna”.
NIKOSIA: To mów „pani”, deklu.
FILIPEK: Ty lepiej idź spać, bo sie wkurzy, że tak późno
wróciłaś.
NIKOSIA: Właśnie, dlaczego ty jeszcze nie w łóżku?
FILIPEK: Pilnuję domu.
NIKOSIA: Ha, ha, ha! Wymyślił! Umyj zęby i szoruj do łóżka,
ochroniarzu.
FILIPEK: A ty powiedz mamie o tych korkach. Będzie dumna,
że jesteś taka mądra.
NIKOSIA: Nie będzie, Fi, nie będzie…
Scena
4.
(Most
św. Floriana. Nikola natyka się na Dziunię. Wymieniają się spojrzeniami. Obie
mają spuszczone głowy. Nikola zawraca, jednak znajoma cicho ją woła.)
DZIUNIA: Czekaj, mówię.
NIKOSIA: Czego chcesz?
DZIUNIA: Dawno cię nie widziałam.
NIKOSIA: I co w związku z tym? To chyba dobrze. Mój widok
zawsze kłuł cię w oczy.
DZIUNIA: Zawsze musisz się odszczekać?
NIKOSIA: O co ci chodzi? Streszczaj się, bo nie mam czasu.
DZIUNIA: Chcę… zakopać topór wojenny.
NIKOSIA: Jaki topór? Chyba całą artylerię.
DZIUNIA: Daj spokój. Zostałaś sama. Niepotrzebni ci wrogowie.
Straciłaś przyjaciółkę i tatę w przeciągu miesiąca. Nie będę ci
dokładać.
NIKOSIA: Nie musisz się nade mną litować. Możesz sobie
ulżyć. Coś jeszcze?
DZIUNIA: Przestań się ciągle puszyć! Naprawdę jest mi
przykro! Potrafię się do tego przyznać, ale nie mam zamiaru cię błagać.
NIKOSIA: Sorry.
(Długa
pauza.)
To zgoda?
DZIUNIA: Już powiedziałam.
(Nikola
pluje na swoją rękę i wyciąga ją w kierunku koleżanki.)
DZIUNIA: Aale… że o co z tym chodzi?
NIKOSIA: To jest zgoda. Jak się brzydzisz, to znaczy, że to
nie było szczere.
(Dziunia
powtarza gest po Nikoli i wymienia z nią uścisk dłoni.)
NIKOSIA: Dobry z ciebie Dziuniek. Zaskoczyłaś mnie.
DZIUNIA: Ju-dith! Kiedy się w końcu nauczysz? A poza tym,
to wcale nie znaczy, że cię lubię.
NIKOSIA: Na szczęście. Resztki godności zachowane.
(Dziunia
lekko się uśmiecha.)
DZIUNIA: Pewnie wam teraz ciężko.
NIKOSIA: Wcale nie. Nie gloryfikuj mojego ojca.
DZIUNIA: A finansowo?
NIKOSIA: Damy nie rozmawiają o pieniądzach.
DZIUNIA:
Widzisz tu gdzieś damę? Tylko równa z równą.
NIKOSIA: Od kiedy?
DZIUNIA: Powiedzmy, że ta ślina sprowadziła mnie do twojego poziomu.
NIKOSIA: Ojciec czasem przyniósł do domu jakąś kasę. Coś
sprzedał, coś ukradł, zarobił, zachachmęcił. Tyle, że więcej przepił, niż
przeżył. Nie jest tak źle, jak sobie wyobrażasz, choć to nie są twoje
standardy.
DZIUNIA: Krążą plotki, że teraz ty utrzymujesz rodzinę.
NIKOSIA: Ktoś musi. Nie każdy jest w tak komfortowym
położeniu jak ty.
DZIUNIA: A twoja mama?
NIKOSIA: Ona jest z innej gliny.
DZIUNIA: Może nie przekreślaj jej tak od razu?
NIKOSIA: Co masz na myśli?
DZIUNIA: Moja mama ma własny biznes. Może mogłabym z nią
pogadać.
NIKOSIA: Dlaczego chcesz nam pomóc?
DZIUNIA: Bo mam możliwość. To nie litość. To empatia.
NIKOSIA: Empatia? To jakaś egzotyczna roślina?
DZIUNIA: Nie wydurniaj się.
NIKOSIA: Co moja matka miałaby robić w eleganckim butiku?
DZIUNIA: Na początek pewnie zajęłaby się jakąś drobnicą.
Myślisz, że byłaby tym zainteresowana?
NIKOSIA: Nie wiem. Pracowała jeszcze przed moimi
narodzinami. Mogę podpytać.
DZIUNIA: OK. To ty pogadaj ze swoją, a ja ze swoją i
zobaczymy, co z tego wyniknie. Tylko jak mam cię złapać? Nie chodzisz do
szkoły.
NIKOSIA: Niedługo wakacje. Mam dużo pracy. Daję korki.
DZIUNIA: Wiem.
(Dziunia
mruga porozumiewawczo.)
Możesz wrócić do szkoły. Już nie będę ci dokuczać.
NIKOSIA: Ale jędzą będziesz zawsze. Temat powrotu
pozostawiam do przemyślenia.
DZIUNIA: Spieszyłaś się.
NIKOSIA: Tak, tak… Lecę.
(Pauza.)
Dziękuję.
Scena
5.
(Mieszkanie
Sardynianów. Sara leży na kanapie i patrzy w sufit. Przychodzi Nikola.)
NIKOSIA: Co ty tak leżysz jak nieboszczyk? Rusz się w końcu
z tej kanapy, bo dostaniesz odleżyn.
SARA: Odczep się.
NIKOSIA: Nie dokuczam ci, tylko chcę cię zmotywować.
SARA: Ostatnio mam wielu motywatorów.
NIKOSIA: To chyba dobrze, że nie jesteś nam obojętna.
SARA: Wszystko mi jedno.
NIKOSIA: Przez całe życie było ci wszystko jedno. Pora na
zmiany. Musisz wziąć się za siebie. Jak dobrze pójdzie, to już niedługo
zaczniesz pracę.
SARA: Szukasz mi pracy bez porozumienia ze mną? Bez
mojej zgody?!
NIKOSIA: Nie będę cię pytać o zdanie. Ty po prostu musisz
wyjść do ludzi, dzikusie.
SARA: Wolę trochę poleżeć.
NIKOSIA: Skończ z tym. To niezdrowe.
SARA: Cała jestem niezdrowa i niepozbierana.
NIKOSIA: Dlatego mam zamiar cię pozbierać.
(Pauza.)
SARA: Co to za praca?
NIKOSIA: W butiku.
SARA: Co niby miałabym tam robić?
NIKOSIA:
Na pewno nie leżeć.
SARA: Szkoda. Jestem w tym świetna.
NIKOSIA: Nie wątpię.
(Pauza.)
SARA:
Co to za butik?
NIKOSIA: Bardzo elegancki. Należy do matki Dziuni.
SARA: Tej od perystaltyki jelit? Chyba upadłaś na głowę!
NIKOSIA: Wiem, wiem… Ostatnio się pogodziłyśmy.
SARA: Przecież jej nienawidzisz. To chore.
NIKOSIA: Ale tylko ona chce nam pomóc. No, i ktoś jeszcze…
Ale w inny sposób.
SARA: Kto taki?
NIKOSIA: Taki kolega.
SARA: Ty nie masz kolegów.
NIKOSIA: To przyjaciel.
SARA:
Proszę, proszę… Znam go?
NIKOSIA: Skąd masz go znać? Z kanapy?
SARA: Jak ma na imię? Mati go znała?
NIKOSIA: Przemek. To nowy przyjaciel.
SARA: Wskoczył na jej miejsce?
NIKOSIA: Jest w zastępstwie. Na razie go „przymierzam”.
SARA: A może to ktoś więcej?
NIKOSIA: Nie ma czegoś ponad przyjaźnią.
SARA: A miłość?
NIKOSIA: Ogłupia i szybko się kończy.
SARA: Miłość nigdy się nie kończy.
NIKOSIA: Gadanie…
SARA: Naprawdę. Nawet jak się z kimś rozstajesz, to on i
tak ma miejsce w twoim sercu. Jest, prawdopodobnie, ważnym rozdziałem twojego
życia.
NIKOSIA: Nie mów o sercu, bo się porzygam. To takie
górnolotne, słodko-pudrowe pierdzenie lukrem w spreju.
SARA: Nie wyrażaj się.
NIKOSIA: Daj mi spokój. Jak chcesz krytykować, to mam dla
ciebie propozycję.
SARA: Kolejną?
NIKOSIA: Filip wpadł na pomysł, że mogłabyś dawać korki z
polskiego. Wyżyłabyś się na głąbach.
SARA: Co wy? Nie skończyłam studiów.
NIKOSIA: Żaden gamoń nie będzie cię prosić o okazanie
dyplomu.
SARA: Nigdy nie chciałam być nauczycielką. Wolałam
tworzyć.
NIKOSIA: Jeszcze jesteś młoda. Nieważne co, ale zrób coś ze
swoim życiem.
SARA: A ty?
NIKOSIA: Ja już zrobiłam. Od września wracam do szkoły.
SARA: A co z poprawką z WF-u?
NIKOSIA: Wolę zacząć z czystą kartą.
SARA: Będziesz mieć rok w plecy.
NIKOSIA: Ty masz w plecy wiele lat. A to tylko rok.
(Pauza.)
To co z tą pracą?
SARA: Przemyślę to.
NIKOSIA: Sarita, nie masz czasu na myślenie. Za dużo
myślisz, a za mało robisz. Pora na decyzję.
SARA: Nie podoba mi się to, że miałabym pracować u matki
twojego wroga.
NIKOSIA: Ona już nie jest moim wrogiem. Zresztą, ja sobie
poradzę. Lepiej pomyśl o sobie, niedojdo. A tak na marginesie – mówią na
tę kobietę Zaklinaczka Mody.
SARA: Brzmi niezbyt zachęcająco. Wręcz groźnie…
NIKOSIA: I jest.
SARA: Myślisz, że powinnam spróbować? A jak narobię
sobie wstydu?
NIKOSIA: Nie przejmuj się ludźmi. Myśl o sobie. Odpowiedź
dostanę pewnie za kilka dni.
SARA: Czyli to nic pewnego?
NIKOSIA: Najpierw matka Dziuni musi się zgodzić.
(Nikola
wyciąga z kieszeni dwa dwustuzłotowe banknoty i kładzie je Sarze na brzuchu.)
Kup sobie coś ładnego. Rozmowa kwalifikacyjna cię
nie ominie. Nie możesz wyglądać jak lump.
SARA: Skąd masz tyle pieniędzy? Od Grażyny?
NIKOSIA: Zarabiam.
SARA: Jak? Dalej roznosisz te ulotki? To niebezpieczne!
Chcesz dołączyć do Mati?
NIKOSIA: Przerzuciłam się na korki. Nie panikuj.
SARA: Naprawdę? Jak ci idzie?
NIKOSIA: Chętnych nieuków nie brakuje.
SARA: Jestem z ciebie dumna. Moja Nikosia taka zaradna…
NIKOSIA: Wydaje ci się. Muszę spadać. Jestem umówiona.
SARA: Na korepetycje?
NIKOSIA: Nie. Z Przemkiem.
SARA: O której wrócisz?
NIKOSIA: Od kiedy cię to interesuje?
SARA: Od zawsze. I od zawsze masz jakieś swoje
tajemnicze sprawki.
NIKOSIA: Będę, jak wrócę. Umiem o siebie zadbać.
Scena
6.
(W
opuszczonej herbaciarni trwa spotkanie Nikoli i Przemka.)
PRZEMEK:
Tu masz moje stare zeszyty. Powinny ci się przydać
w nadrabianiu zaległości.
NIKOSIA: Dzięki.
PRZEMEK: Ale lubisz jakiś przedmiot?
NIKOSIA: Nie bardzo.
PRZEMEK: Nie jesteś z żadnego dobra?
NIKOSIA: Jestem.
PRZEMEK: To skąd takie nastawienie?
NIKOSIA: Mam nonszalancko wywalone na to, z czego jestem dobra,
bo i tak nie muszę się z tego uczyć.
PRZEMEK: Masz szczęście.
NIKOSIA: Naprawdę? Naprawdę uważasz, że mam szczęście?
Chyba za mało ci o sobie opowiedziałam.
PRZEMEK: Oj, przecież wiesz, o co mi chodziło.
NIKOSIA: O to, że nie jestem matołem, chociaż wszystko na
to wskazuje?
PRZEMEK: Nie. Jesteś urocza. Nie jesteś matołem.
NIKOSIA: Nie podlizuj się.
(Pauza.)
PRZEMEK: Pewien fakt nie daje mi spokoju. Mogłabyś mi o
czymś opowiedzieć?
NIKOSIA: Tak – naprawdę nie jestem dziewicą i nie – nie
opowiem ci o swoim pierwszym razie.
PRZEMEK: Nie o to mi chodzi, świrku.
NIKOSIA: Pytaj więc.
PRZEMEK: Chodzi o Martynę, a konkretnie o okoliczności, w
jakich została zamordowana. Nie chciałem drążyć, ale jestem ciekaw, jak do tego
doszło. Wiesz coś na ten temat? Tobie też coś grozi?
NIKOSIA:
Każdemu coś grozi. Wszyscy możemy trafić na
jakiegoś rzeźnika albo czubka, który w imię swojego boga wspaniałomyślnie
wysadzi pół miasta. Mati została zabita. I, owszem, wiem o tym całkiem
sporo. Uwierz mi, męczy mnie to znacznie bardziej niż ciebie.
PRZEMEK: Chcesz mi o tym opowiedzieć?
NIKOSIA: To ryzykowne.
PRZEMEK: Dlaczego?
NIKOSIA: Dowiesz się po fakcie. Kwestia jest taka, czy
chcesz ponieść to ryzyko.
PRZEMEK: Zaczynam się bać.
NIKOSIA: Bo w tej historii nie ma niczego z żartu. Horror
doświadczony na własnej skórze. Naprawdę chcesz o tym słuchać?
PRZEMEK: Teraz to już muszę. Nie wytrzymam napięcia.
NIKOSIA: Byłyśmy umówione na spotkanie z klientem. W drodze
zdążyłyśmy się pokłócić. Miałam odpuścić, ale ostatecznie poszłyśmy razem.
Facet nam się spodobał. Taki luksusowy typ, w przeciwieństwie do innych.
Dzielnica willowa – liczyłyśmy na ekstrakasę, ale się przeliczyłyśmy… Ostro się
wkurzył, jak zobaczył, że noszę medalik z Matką Boską. Nie chciałam go
zdjąć, więc dał mi stówę, kazał spadać i wrócić po Martynę za dwie godziny. Nie
chciałam jej zostawiać, ale mówiła, że sobie poradzi. No, to wyszłam stamtąd
wkurzona jak sto pięćdziesiąt. Pokręciłam się trochę po sklepach. Kupiłam
jakieś kosmetyki, perfumy, kilka szmatek. Tyle, ile zmieściło mi się do torby
i tyle, na ile miałyśmy odłożoną gotówkę. Kupiłam też bukiet żółtych
tulipanów na zgodę. Po drodze stwierdziłam, że za bardzo ją rozpieszczam i tak
naprawdę nie zasłużyła na cały bukiet. Zostawiłam jednego tulipana, a resztę
oddałam bezdomnej kobiecie. I tak szłam sobie po Mati. Nie mogę uwierzyć, że
nie zdążyłyśmy się pogodzić.
(Pauza.)
Zobaczyłam ją nagą w parku pod drzewem. Była
poturbowana. A dupek, który jej to zrobił, śmiał się histerycznie i nic sobie z
tego nie robił. Miał obłęd w oczach.
(Pauza.)
Po wszystkim wcisnęłam jej w garść tego cholernego
tulipana i zwiałam stamtąd. To było takie nierealistyczne. Jak w amoku.
Przyszłam tutaj. Anonimowo zgłosiłam to na policję. Zadawano mi pytania, ale
się rozłączyłam… Schlałam się jak głupia. Wróciłam do domu po dwóch dniach.
Straciłam rachubę czasu. Matka nie wiedziała, co się ze mną działo. Wmówiłam
jej, że przez ten czas nie widziałam się z Martyną, bo się pokłóciłyśmy. Nie
wiedziała, jak ma mi powiedzieć o śmierci przyjaciółki. Wcale nie musiałam
udawać zaskoczenia i rozgoryczenia. Dopiero wszystko zaczęło do mnie docierać.
W międzyczasie oczywiście szukała mnie policja, żeby sprawdzić, czy ze mną
wszystko OK i czy wiem coś o Mati,
ale nie wiedziałam…
PRZEMEK: Zaraz, zaraz… Chcesz powiedzieć, że zataiłaś
wszystko? Przecież widziałaś sprawcę. Byłaś przy tym.
NIKOSIA: Reputacja Mati będzie nieskalana. Nie dopuszczę do
tego, żeby pamięć o niej zatrzymała się na jej profesji.
PRZEMEK: Niki, zwyrodnialec, który zabił twoją przyjaciółkę
chodzi sobie wolno po świecie! Jak może cię to nie obchodzić?
NIKOSIA: Więzienie to za mało.
PRZEMEK: I tobie to osądzać? Małolacie, która ukryła takie
fakty? Jakim cudem ci się to udało?! Ten facet może kogoś zabić!
NIKOSIA: Zabił moją przyjaciółkę.
PRZEMEK: Tym bardziej nie mogę zrozumieć, dlaczego chcesz,
żeby uniknął kary.
NIKOSIA: Nie uniknie. Już moja w tym głowa.
PRZEMEK: Co masz na myśli?
NIKOSIA: Zajmę się tym. Jeszcze go dopadnę.
PRZEMEK: Co takiego?! I co mu zrobisz?
NIKOSIA: Krzywdę.
PRZEMEK: Przykro mi to stwierdzić, ale ty masz chorą głowę.
NIKOSIA: To się ze mną nie zadawaj.
PRZEMEK: Nie w tym rzecz. Musisz iść z tym na policję.
NIKOSIA: Myślałam, że do psychiatry.
PRZEMEK: Nie zaszkodzi. I nie kpij. Jak możesz z tym żyć?
NIKOSIA: Ze śmiercią Mati? Nie mogę.
PRZEMEK: Z tym, że widziałaś twarz mordercy. Kto to był? To
ten klient?
NIKOSIA: Tak.
PRZEMEK: Niki, na litość boską, znasz jego adres!
NIKOSIA: I cholernie tego żałuję! Każdego zasranego dnia!
Każdej nocy przed zaśnięciem próbuję wymazać to z pamięci! Nie chcę znać tego
adresu! Nie chcę pamiętać tej przeklętej gęby! Żałuję, że tam poszłyśmy…
Żałuję, że się pokłóciłyśmy… Że ją zostawiłam… Że nie zostałam tam zamiast
niej… Mówiła, że da sobie radę… Zadowolony?! I nie! Nie mogę z tym żyć!
(Nikola
zalewa się łzami i wybiega na zaplecze, po czym chowa się za piec kaflowy
i nerwowo uderza w niego głową.)
PRZEMEK: Uspokój się. Przepraszam. Nie powinienem cię
atakować.
NIKOSIA: Zasłużyłam… Zasłużyłam sobie na to, co najgorsze.
PRZEMEK: Bzdura. Po prostu musisz zmienić swoje życie –
złożyć zeznania, oczyścić sumienie, przestać zajmować się tym, czym się
zajmujesz, bo nie przynosi ci to niczego dobrego.
NIKOSIA: Nikt nie każe ci się zadawać z dziwką.
PRZEMEK: Nie chcę się zadawać z dziwką. Chcę się zadawać z
tobą.
NIKOSIA: To mamy problem, bo ja nią jestem.
PRZEMEK: To nie bądź.
NIKOSIA: Nie twoja sprawa. Z tobą już skończyłam. Możesz
sobie iść.
PRZEMEK: Twoi przyjaciele nie mają łatwego życia… Śmierci
zresztą też nie…
NIKOSIA: Na szczęście byłeś tylko w zastępstwie, a nie
dożywotnio.
PRZEMEK: Faktycznie na szczęście. Nie chciałbym skończyć
tak jak Mati – zamordowana i porzucona gdzieś w krzakach. W dodatku jej
oprawca żyje na wolności. Chyba zacząłem się ciebie bać, bo nie wiem, kto ma
bardziej niepoukładane pod kopułką – ty czy ten zwyrol. To chore, że łatwiej
byłoby mi wytłumaczyć zachowanie takiego psychopaty, który ma trociny zamiast
mózgu, niż twoje. Zabójstwo na tle seksualnym może mieć jakieś porąbane
podłoże. Takich popaprańców się leczy. A jakie podłoże ma postępowanie osoby,
która porzuca zwłoki swojej przyjaciółki, nikomu nie mówi, co widziała i udaje,
że wszystko gra? Wybacz, ale masz jakieś dziwne skłonności. Dlaczego nie chcesz
wsadzić tego pajaca do pudła?
NIKOSIA: To nie zwróci życia mojej przyjaciółce.
PRZEMEK: Ale może je komuś ocalić.
(Następuje
cisza i wymiana spojrzeń.)
Rozumiem, że matka tej biednej dziewczyny też o niczym nie wie.
(Cisza.)
No jasne… Przecież jej córka i tak już nie żyje.
NIKOSIA: Właśnie.
PRZEMEK: Nie wiem, co planujesz, ale znając twój tok
myślenia, chyba wolę się od ciebie odciąć na jakiś czas i przemyśleć kilka
spraw.
NIKOSIA: Jakie sprawy masz na myśli?
PRZEMEK: Może powinienem podać cię na policję i zerwać z
tobą kontakt albo wyprowadzić cię na prostą. Nie wiem, naprawdę nie wiem, co
mam zrobić z posiadaną wiedzą. W każdym razie, nie martw się. O wszystkim
dowiesz się pierwsza, ale na razie muszę z tym zostać sam.
NIKOSIA: Chcesz mnie wydać?
PRZEMEK: W końcu tym razem nie kazałaś mi przysięgać na
Księżną Anabel.
NIKOSIA: Przyjaciele nie muszą sobie przysięgać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz