poniedziałek, 13 czerwca 2016

Święty lans, AKT V

AKT V
Scena 1.

(Park, do którego jeszcze nie zawitała wiosna. Mieszkańcy nieoficjalnie nadali mu imię Majora Ludwika – męczennika skatowanego za homoseksualizm. Podobno to właśnie tutaj miewał potajemne schadzki ze swoimi kochankami. Martyna i Nikola prowadząc luźną rozmowę, idą na spotkanie z nowym klientem.)

MATI: Umiesz malować?

NIKOSIA: Nie.

MATI: Szkoda.

NIKOSIA: Po co ci to?

MATI: Chciałam powiesić sobie żółte tulipany na tablicy korkowej. Takie artystyczne.

NIKOSIA: Masz zdrowego pierdolca na punkcie żółtego.

MATI: To taki wesoły kolor.

NIKOSIA: Kupię ci te kwiatki. Ale najpierw musimy w siebie zainwestować.

MATI: Jak to?

NIKOSIA: To jest biznes. Przekonałam się do tego. Jak nie inwestujesz w rozwój, to tak jak byś się uwsteczniała.

MATI: Co chcesz zrobić?

NIKOSIA: Kupimy trochę szmat i kosmetyków. Może jeszcze trochę nowych gumek. Różnych. Niektórzy zacofańcy nawet nie wiedzą, ile jest możliwości.

MATI: Chcesz się malować? Od razu każdy sie skapnie, co robimy.

NIKOSIA: Dojrzewamy. Stajemy sie kobietami. Teraz będziemy już coraz brzydsze. Kobieta musi się umalować. Inaczej będzie tylko babą.

MATI: Kocmołuchem jak Sara? Niby młoda, a już stara?

NIKOSIA: Mniej więcej.


MATI: Wyda się, że mamy forsę. Jak to wyjaśnisz?

NIKOSIA: No, nie wiem… Jakieś korepetycje, zbieranie owoców, roznoszenie ulotek. Coś się wymyśli.

MATI: Nie będziesz musiała oddać starym?

NIKOSIA: Matka na to nie pozwoli. Prędzej sprzeda swoją ostatnią kieckę, niż ograbi własne dziecko. Jest honorowa.

MATI: Ale wyżebrała kasę od twoich dziadków.

NIKOSIA: Właśnie niezupełnie. Babka dała jej cichcem trochę złota.

MATI: Aaa, to ten medalik… Dlatego…

NIKOSIA: No, tak jakoś.

MATI: Ej, ale możesz go sprzedać, co nie?

NIKOSIA: Ale ty to głupia czasem jesteś. Nie mogę.

MATI: O rany, nie mów, że raptem poczułaś silną więź z Mamą Boską.

NIKOSIA: Matką. Nie pajacuj.

MATI: Co ty taka nadwrażliwa?

NIKOSIA: O co ci chodzi? Matce zależy, żebym go nosiła.

MATI: No dobra, nic nie mówię.

NIKOSIA: Właśnie mówisz. Ciągle tylko gadasz. Kasa, forsa, hajs…

MATI: Lepsze to niż lans na Matkę Boską.

NIKOSIA: Wiesz co? Idź sama. Działasz mi dzisiaj na nerwy.

MATI: Nie obrażaj się o głupi kawałek złotej blaszki.

NIKOSIA: Dobra, nieważne. Wracam do domu.


MATI: Daj spokój. Nie zostawiaj mnie samej. Odpękajmy to i chodźmy kupić te kosmetyki.

NIKOSIA: Tylko już nic nie mów.

MATI: OK.

NIKOSIA: Mówisz.

MATI: Ymmmm…

Scena 2.

(Martyna i Nikola docierają na miejsce. Dzielnica willowa. Wczesne popołudnie. Drzwi otwiera elegancki mężczyzna w średnim wieku. Ubrany jest w jasne lniane spodnie i czarną koszulę w paćki. Wita dziewczyny, popalając waniliową cygaretkę.)

KLIENT: No, wchodźcie, wchodźcie. Gdyby ktoś pytał, przyszłyście posprzątać mi chatę. Jasne? Jestem poważanym gościem i nie życzę sobie żadnego prania brudów.

NIKOSIA: Nie ma sprawy.

KLIENT: Napijecie się na rozluźnienie?

(Klient wyjmuje bogato zdobioną masą perłową piersiówkę.)

NIKOSIA: Odrobinę.

MATI: Ja podziękuję.

KLIENT: Rozgośćcie się. Wszystko przygotowane. Świece, alkohol, zabawki… Zostawiam was na chwilę. Przygotujcie się.

(Mężczyzna wychodzi.)

MATI: Chyba fajny?

NIKOSIA: Lepszy niż ten grubas. Na samą myśl o jego fujarze mam ciarki i chce mi się wymiotować…

MATI: Nie będzie tak źle. Coś czuję, że jak dobrze pójdzie, to ten typ odmieni nasze życie… na zawsze.


Scena 3.

(Sypialnia. Łoże z baldachimem, miękki, puszysty dywan, wielkie wazony z badylami, a na ścianie portret kobiety z rogami i czaszką w dłoni. Klient dobiera się do Nikoli.)

KLIENT: Ładna jesteś. I tak ciekawie pachniesz…

NIKOSIA: To balsam bananowy.

KLIENT: Fajnie, całkiem fajnie… Co to jest?

NIKOSIA: Gdzie?

KLIENT: Toto! Co to, kurwa jest?!

NIKOSIA: Medalik.

KLIENT: Widzę, że nie budyń! Ja się pytam, co to tu, kurwa, pod moim dachem robi?!

NIKOSIA: Spokojnie. To tylko Matka Boska.

KLIENT: Widziałaś tu chociaż jedną Matkę Boską? Częstochowską? Ostrobramską? Jakąkolwiek Matkę tu widziałaś? Jakieś krzyże, Jezuski, pierdółki? Widziałaś?!

NIKOSIA: Nie.

KLIENT: Idiotka… No cóż, skąd mogłaś wiedzieć… Zdejmij to albo się wynoś.

NIKOSIA: Nie mogę.

KLIENT: Nie możesz… No tak…

NIKOSIA: Obiecałam matce.

KLIENT: I znowu jakaś matka… Chuj z matką! Zawracanie dupy… Gdybyś miała taką silną więź z matką, jakąkolwiek, świętą czy zwykłą, tobyś nie była kurwą. Ale dobra… Wybaczam ci ignorancję. Masz tu stówkę za fatygę i wróć po koleżankę za dwie godzinki, hm?

NIKOSIA: Przyszłyśmy tu razem i razem stąd wyjdziemy.


KLIENT: Koleżanka się nigdzie nie wybiera. Nie widzisz? Zostaje tu, bo jest w pracy. A ty masz wychodne. Przejdź się po parku czy coś. I przestań wzdychać. Bardzo tego nie lubię. No, już cię tu nie ma!

NIKOSIA: Wracam za dwie godziny, Mati.

MATI: Spoko, poradzę sobie.

KLIENT: Widzisz, poradzi sobie. Idź z Bogiem czy z kim tam chcesz.

Scena 4.

(Nikola wraca parkiem po koleżankę. Pod jednym z drzew widzi nagą Martynę i spłoszonego klienta. Mężczyzna ma obłęd w oczach. Opuszcza miejsce szybkim marszem.)

NIKOSIA: Co ty zrobiłeś?! Co zrobiłeś, bydlaku?!

(Nikola podbiega do Martyny, sprawdzić, co się stało. Dziewczyna się nie rusza.)

NIKOSIA: Mati, odezwij się! Słyszysz mnie?! Martyniu...

(Nikola zaczyna drżeć z przerażenia.)

NIKOSIA: Co jej zrobiłeś?! Co zrobiłeś?! Ty draniu! Nie daruję ci tego! Aaaaa!

(Nikola zaczyna naprzemian piszczeć i łkać.)

KLIENT: Niczego mi nie udowodnisz… Mam znajomości… A ty już nie…

(Klient odchodzi. W oddali słychać głupkowaty, triumfalny śmiech i odpalanie cygaretki.)

NIKOSIA: Mati, ocknij się, błagam… Jeszcze damy mu popalić, zobaczysz… Mati…

(Nikola siedzi po turecku obok Martyny. Szepcze coś niezrozumiałego sama do siebie i kiwa się jak obłąkana. Powoli zapada zmrok.)

NIKOSIA: Teraz cię zostawię, Mati. Nie bój się. Nikomu nie pisnę słowa. Nasza tajemnica będzie wieczna… i żółta. Przepraszam, najdroższa…

(Nikola całuje Martynę w dłoń, po czym zaciska ją na tulipanie. Zapłakana kieruje się w stronę opuszczonej herbaciarni. Tam upija się, słuchając ich ulubionej piosenki.)


Scena 5.

(Mieszkanie Sardynianów. Do Sary przychodzi zaniepokojona Grażyna.)

GRAŻYNA: Cześć! Nikosia w domu?

SARA: Nie, jeszcze nie wróciła. A coś się stało?

GRAŻYNA: Martyny jeszcze nie ma. Martwię się. Już późno.

SARA: Pewnie są razem. Nikosia mówiła, że dorwały jakąś drobną pracę. Ulotki czy coś.

GRAŻYNA: No tak, tak… Ale już jest późno.

SARA: Znasz je. Pewnie wrócą po północy.

GRAŻYNA: Nie podoba mi się to wszystko. Ja rozumiem, że człowiek młody, to i musi wszystkiego popróbować, ale one ostatnio ciągle sobie popijają. Przecież to jeszcze małolaty.

SARA: Grażka, nic nie poradzisz. Podobno młodzież musi się wyszumieć. A to nie jest najłatwiejsza młodzież, bo z patologicznych rodzin.

GRAŻYNA: Mów za siebie.

SARA: Nie obrażaj się. Twój też lubił sobie wypić.

GRAŻYNA: Dobra, idę do siebie. Poczekam na tę smarkulę. Niech tylko wróci, to tak jej tyłek przetrzepię, że odechce jej się wszystkiego…

SARA: A ja idę spać. Młoda ma klucze i wie, jak trafić do domu. Szkoda nerwów. Jutro się z nią rozprawię.

Scena 6.

(Grażyna nerwowo chodzi po mieszkaniu. Odpala papierosa od papierosa i co chwilę spogląda na zegar z kukułką. Dochodzi pierwsza w nocy. W końcu opada na fotel i zaczyna drzemać z wyczerpania. Po jakimś czasie budzi ją dzwonek do drzwi. Kobieta po omacku przemierza przedpokój, po czym szarpie za klamkę. Widzi parę policjantów.)

POLICJANTKA: Witam! Młodsza aspirant, Anita Korba. Czy pani Grażyna Janicka?

GRAŻYNA: Tak. A o co chodzi?


POLICJANTKA: Mamy złe wiadomości. Dostaliśmy anonimowy telefon. Ktoś znalazł w parku zwłoki młodej dziewczyny. Poinformował nas o tym, że to może być pani córka.

GRAŻYNA: O Jezu… Nie… To nieprawda… To jakiś głupi kawał, tak?

POLICJANT: Pojedzie pani z nami, zidentyfikować tożsamość ofiary.

GRAŻYNA: Nigdzie nie jadę! Muszę zostać w domu. Czekam na córkę. Ona niedługo wróci… Dorabia sobie… Roznosi ulotki… Zaraz przyjdzie…

POLICJANT: Pani Grażyno, proszę z nami pojechać. Potrzebujemy pani pomocy.

GRAŻYNA: Moja córeczka… Nie mogę… Muszę zrobić jej coś ciepłego do jedzenia… Pewnie zmarzła…

POLICJANTKA: Pani Janicka, proszę się uspokoić. Im szybciej rozpoznamy ofiarę, tym szybciej złapiemy tego zboczeńca.

GRAŻYNA: Jakiego zboczeńca?

POLICJANT: Pani córkę znaleziono martwą, brutalnie pobitą i prawdopodobnie zgwałconą.

(Grażyna zaczyna wrzeszczeć i zanosić się płaczem.)

GRAŻYNA: Moja córeńka… Moja malutka… Dlaczego?! Czym sobie na to zasłużyła?! To nieprawda! Kłamiecie! Naciągacze! Bzdura!

POLICJANKTA: Pani Janicka, proszę się uspokoić. Musi pani potwierdzić tożsamość ofiary.

GRAŻYNA: Moja córeczka… Taka niewinna i dobra… Moja dziecina…

(Lament, płacz, furia, histeria, rozdygotanie…)

POLICJANTKA: Rafał, zadzwoń po pogotowie. Muszą jej coś podać na uspokojenie, bo sobie nie poradzimy…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz