AKT
V
Scena
1.
(Park,
do którego jeszcze nie zawitała wiosna. Mieszkańcy nieoficjalnie nadali mu imię
Majora Ludwika – męczennika skatowanego za homoseksualizm. Podobno to właśnie
tutaj miewał potajemne schadzki ze swoimi kochankami. Martyna i Nikola
prowadząc luźną rozmowę, idą na spotkanie z nowym klientem.)
MATI: Umiesz malować?
NIKOSIA: Nie.
MATI: Szkoda.
NIKOSIA: Po co ci to?
MATI: Chciałam powiesić sobie żółte tulipany na tablicy
korkowej. Takie artystyczne.
NIKOSIA: Masz zdrowego pierdolca na punkcie żółtego.
MATI: To taki wesoły kolor.
NIKOSIA: Kupię ci te kwiatki. Ale najpierw musimy
w siebie zainwestować.
MATI: Jak to?
NIKOSIA: To jest biznes. Przekonałam się do tego. Jak nie
inwestujesz w rozwój, to tak jak byś się uwsteczniała.
MATI: Co chcesz zrobić?
NIKOSIA: Kupimy trochę szmat i kosmetyków. Może jeszcze
trochę nowych gumek. Różnych. Niektórzy zacofańcy nawet nie wiedzą, ile jest
możliwości.
MATI: Chcesz się malować? Od razu każdy sie skapnie, co
robimy.
NIKOSIA: Dojrzewamy. Stajemy sie kobietami. Teraz będziemy
już coraz brzydsze. Kobieta musi się umalować. Inaczej będzie tylko babą.
MATI: Kocmołuchem jak Sara? Niby młoda, a już stara?
NIKOSIA: Mniej więcej.
MATI: Wyda się, że mamy forsę. Jak to wyjaśnisz?
NIKOSIA: No, nie wiem… Jakieś korepetycje, zbieranie
owoców, roznoszenie ulotek. Coś się wymyśli.
MATI: Nie będziesz musiała oddać starym?
NIKOSIA: Matka na to nie pozwoli. Prędzej sprzeda swoją
ostatnią kieckę, niż ograbi własne dziecko. Jest honorowa.
MATI: Ale wyżebrała kasę od twoich dziadków.
NIKOSIA: Właśnie niezupełnie. Babka dała jej cichcem trochę
złota.
MATI: Aaa, to ten medalik… Dlatego…
NIKOSIA: No, tak jakoś.
MATI: Ej, ale możesz go sprzedać, co nie?
NIKOSIA: Ale ty to głupia czasem jesteś. Nie mogę.
MATI: O rany, nie mów, że raptem poczułaś silną więź
z Mamą Boską.
NIKOSIA: Matką. Nie pajacuj.
MATI: Co ty taka nadwrażliwa?
NIKOSIA: O co ci chodzi? Matce zależy, żebym go nosiła.
MATI: No dobra, nic nie mówię.
NIKOSIA: Właśnie mówisz. Ciągle tylko gadasz. Kasa, forsa,
hajs…
MATI: Lepsze to niż lans na Matkę Boską.
NIKOSIA: Wiesz co? Idź sama. Działasz mi dzisiaj na nerwy.
MATI: Nie obrażaj się o głupi kawałek złotej blaszki.
NIKOSIA: Dobra, nieważne. Wracam do domu.
MATI: Daj spokój. Nie zostawiaj mnie samej. Odpękajmy to
i chodźmy kupić te kosmetyki.
NIKOSIA: Tylko już nic nie mów.
MATI: OK.
NIKOSIA: Mówisz.
MATI: Ymmmm…
Scena
2.
(Martyna
i Nikola docierają na miejsce. Dzielnica willowa. Wczesne popołudnie. Drzwi
otwiera elegancki mężczyzna w średnim wieku. Ubrany jest w jasne lniane spodnie
i czarną koszulę w paćki. Wita dziewczyny, popalając waniliową cygaretkę.)
KLIENT: No, wchodźcie, wchodźcie. Gdyby ktoś pytał,
przyszłyście posprzątać mi chatę. Jasne? Jestem poważanym gościem i nie życzę
sobie żadnego prania brudów.
NIKOSIA: Nie ma sprawy.
KLIENT: Napijecie się na rozluźnienie?
(Klient
wyjmuje bogato zdobioną masą perłową piersiówkę.)
NIKOSIA: Odrobinę.
MATI:
Ja podziękuję.
KLIENT: Rozgośćcie się. Wszystko przygotowane. Świece,
alkohol, zabawki… Zostawiam was na chwilę. Przygotujcie się.
(Mężczyzna
wychodzi.)
MATI: Chyba fajny?
NIKOSIA: Lepszy niż ten grubas. Na samą myśl o jego fujarze
mam ciarki i chce mi się wymiotować…
MATI: Nie będzie tak źle. Coś czuję, że jak dobrze
pójdzie, to ten typ odmieni nasze życie… na zawsze.
Scena
3.
(Sypialnia.
Łoże z baldachimem, miękki, puszysty dywan, wielkie wazony z badylami, a na
ścianie portret kobiety z rogami i czaszką w dłoni. Klient dobiera się do
Nikoli.)
KLIENT: Ładna jesteś. I tak ciekawie pachniesz…
NIKOSIA: To balsam bananowy.
KLIENT: Fajnie, całkiem fajnie… Co to jest?
NIKOSIA: Gdzie?
KLIENT: Toto! Co to, kurwa jest?!
NIKOSIA: Medalik.
KLIENT: Widzę, że nie budyń! Ja się pytam, co to tu,
kurwa, pod moim dachem robi?!
NIKOSIA: Spokojnie. To tylko Matka Boska.
KLIENT: Widziałaś tu chociaż jedną Matkę Boską?
Częstochowską? Ostrobramską? Jakąkolwiek Matkę tu widziałaś? Jakieś krzyże,
Jezuski, pierdółki? Widziałaś?!
NIKOSIA: Nie.
KLIENT: Idiotka… No cóż, skąd mogłaś wiedzieć… Zdejmij to
albo się wynoś.
NIKOSIA: Nie mogę.
KLIENT: Nie możesz… No tak…
NIKOSIA: Obiecałam matce.
KLIENT: I znowu jakaś matka… Chuj z matką! Zawracanie
dupy… Gdybyś miała taką silną więź z matką, jakąkolwiek, świętą czy zwykłą, tobyś
nie była kurwą. Ale dobra… Wybaczam ci ignorancję. Masz tu stówkę za fatygę
i wróć po koleżankę za dwie godzinki, hm?
NIKOSIA: Przyszłyśmy tu razem i razem stąd wyjdziemy.
KLIENT: Koleżanka się nigdzie nie wybiera. Nie widzisz? Zostaje
tu, bo jest w pracy. A ty masz wychodne. Przejdź się po parku czy coś. I
przestań wzdychać. Bardzo tego nie lubię. No, już cię tu nie ma!
NIKOSIA: Wracam za dwie godziny, Mati.
MATI: Spoko, poradzę sobie.
KLIENT: Widzisz, poradzi sobie. Idź z Bogiem czy z kim tam
chcesz.
Scena
4.
(Nikola
wraca parkiem po koleżankę. Pod jednym z drzew widzi nagą Martynę i spłoszonego
klienta. Mężczyzna ma obłęd w oczach. Opuszcza miejsce szybkim marszem.)
NIKOSIA: Co ty zrobiłeś?! Co zrobiłeś, bydlaku?!
(Nikola
podbiega do Martyny, sprawdzić, co się stało. Dziewczyna się nie rusza.)
NIKOSIA: Mati, odezwij się! Słyszysz mnie?! Martyniu...
(Nikola
zaczyna drżeć z przerażenia.)
NIKOSIA: Co jej zrobiłeś?! Co zrobiłeś?! Ty draniu! Nie
daruję ci tego! Aaaaa!
(Nikola
zaczyna naprzemian piszczeć i łkać.)
KLIENT: Niczego mi nie udowodnisz… Mam znajomości… A ty już
nie…
(Klient
odchodzi. W oddali słychać głupkowaty, triumfalny śmiech i odpalanie cygaretki.)
NIKOSIA: Mati, ocknij się, błagam… Jeszcze damy mu popalić,
zobaczysz… Mati…
(Nikola
siedzi po turecku obok Martyny. Szepcze coś niezrozumiałego sama do siebie
i kiwa się jak obłąkana. Powoli zapada zmrok.)
NIKOSIA:
Teraz cię zostawię, Mati. Nie bój się. Nikomu nie
pisnę słowa. Nasza tajemnica będzie wieczna… i żółta. Przepraszam,
najdroższa…
(Nikola
całuje Martynę w dłoń, po czym zaciska ją na tulipanie. Zapłakana kieruje się
w stronę opuszczonej herbaciarni. Tam upija się, słuchając ich ulubionej
piosenki.)
Scena
5.
(Mieszkanie
Sardynianów. Do Sary przychodzi zaniepokojona Grażyna.)
GRAŻYNA: Cześć! Nikosia w domu?
SARA: Nie, jeszcze nie wróciła. A coś się stało?
GRAŻYNA: Martyny jeszcze nie ma. Martwię się. Już późno.
SARA: Pewnie są razem. Nikosia mówiła, że dorwały jakąś
drobną pracę. Ulotki czy coś.
GRAŻYNA: No tak, tak… Ale już jest późno.
SARA: Znasz je. Pewnie wrócą po północy.
GRAŻYNA: Nie podoba mi się to wszystko. Ja rozumiem, że
człowiek młody, to i musi wszystkiego popróbować, ale one ostatnio ciągle sobie
popijają. Przecież to jeszcze małolaty.
SARA: Grażka, nic nie poradzisz. Podobno młodzież musi
się wyszumieć. A to nie jest najłatwiejsza młodzież, bo z patologicznych
rodzin.
GRAŻYNA: Mów za siebie.
SARA: Nie obrażaj się. Twój też lubił sobie wypić.
GRAŻYNA: Dobra, idę do siebie. Poczekam na tę smarkulę.
Niech tylko wróci, to tak jej tyłek przetrzepię, że odechce jej się
wszystkiego…
SARA: A ja idę spać. Młoda ma klucze i wie, jak trafić
do domu. Szkoda nerwów. Jutro się z nią rozprawię.
Scena
6.
(Grażyna
nerwowo chodzi po mieszkaniu. Odpala papierosa od papierosa i co chwilę spogląda
na zegar z kukułką. Dochodzi pierwsza w nocy. W końcu opada na fotel i
zaczyna drzemać z wyczerpania. Po jakimś czasie budzi ją dzwonek do drzwi.
Kobieta po omacku przemierza przedpokój, po czym szarpie za klamkę. Widzi parę
policjantów.)
POLICJANTKA: Witam! Młodsza aspirant, Anita Korba. Czy pani
Grażyna Janicka?
GRAŻYNA: Tak. A o co chodzi?
POLICJANTKA: Mamy złe wiadomości. Dostaliśmy anonimowy telefon.
Ktoś znalazł w parku zwłoki młodej dziewczyny. Poinformował nas o tym, że
to może być pani córka.
GRAŻYNA: O Jezu… Nie… To nieprawda… To jakiś głupi kawał,
tak?
POLICJANT: Pojedzie pani z nami, zidentyfikować tożsamość
ofiary.
GRAŻYNA: Nigdzie nie jadę! Muszę zostać w domu. Czekam na
córkę. Ona niedługo wróci… Dorabia sobie… Roznosi ulotki… Zaraz przyjdzie…
POLICJANT: Pani Grażyno, proszę z nami pojechać. Potrzebujemy
pani pomocy.
GRAŻYNA: Moja córeczka… Nie mogę… Muszę zrobić jej coś
ciepłego do jedzenia… Pewnie zmarzła…
POLICJANTKA: Pani Janicka, proszę się uspokoić. Im szybciej
rozpoznamy ofiarę, tym szybciej złapiemy tego zboczeńca.
GRAŻYNA: Jakiego zboczeńca?
POLICJANT: Pani córkę znaleziono martwą, brutalnie pobitą i
prawdopodobnie zgwałconą.
(Grażyna
zaczyna wrzeszczeć i zanosić się płaczem.)
GRAŻYNA: Moja córeńka… Moja malutka… Dlaczego?! Czym sobie
na to zasłużyła?! To nieprawda! Kłamiecie! Naciągacze! Bzdura!
POLICJANKTA: Pani Janicka, proszę się uspokoić. Musi pani
potwierdzić tożsamość ofiary.
GRAŻYNA: Moja córeczka… Taka niewinna i dobra… Moja
dziecina…
(Lament,
płacz, furia, histeria, rozdygotanie…)
POLICJANTKA: Rafał, zadzwoń po pogotowie. Muszą jej coś podać
na uspokojenie, bo sobie nie poradzimy…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz