wtorek, 24 maja 2011

„Nadinterpretacja słowa pech”

Plusk buta w kałuży? Przecież nie padało.

Wykluczam istnienie miejsca, w którym u progu stawia się drabinę,
a gdy przychodzi śmierć, nikt nie stuka nerwowo obcasem, tylko budzi.
Twój płaszcz od listopada suszy się nie balkonie.
Ostrzegałam, żebyś nie chodził blisko krawężnika.
Czy to nie głupie - rzucać palenie, mając raka piersi?
Jak by dołączyć miał ten drugi, w ramach dotrzymania towarzystwa.
Być może, lubi zadymione pomieszczenia.
Jesień wiosną odbywa się dość często.
Wtedy wszystko się buntuje.

Pamiętasz tę chudą dziewczynę? Ja też nie.


24.05.2011 r.

„Kwestia nazewnictwa”

Matyldo, znów jestem starsza o rok.

Każda zmarszczka przecina inną.
Codziennie nowy włos się srebrzy.
Od kilku lat powieki boją się domknąć.
Jak wywołać wilka z lasu, żeby wpadł w zasadzkę?
Kolekcje perfum, apaszek, a dalej różne kroje czerni.
W nocy przewijają się obrazki: jezioro, pola, czerwone auto, czyjś ślub.
A ja wciąż z niczym.
Jakkolwiek duży lasek brzozowy, konkubent i bar sałatkowy
dla tych, co karzą kubki smakowe podróbkami z soi - to nic. Nic mojego.
Niegdyś miałyśmy brązowe oczy, pergaminową cerę i maleńkie torebki z koronką.
Dziś - podarunek od Alzheimera, odłożone pieniądze na pogrzeb
i niepisaną umowę z Panem Bogiem
na wynajem niewielkiego pokoiku w niebie z widokiem na morze.

Czy można zerkać na słońce cudzymi oczyma?


24.05.2011 r.

czwartek, 19 maja 2011

„Stan tużpoodkochaniowy”

Od ‘gdybyś’ nie wypada zaczynać wiązki o kochaniu.

Motyle nagle wyfrunęły spod fałdek.
Eliksir, jakby na złość, zamienił księcia w żabę.
Amorek strzałę wyjął z rany, bo skończył mu się przydział.
A ja przeżywam kolejną śmierć własnych tkanek,
z których co druga jest lesbijką.

W ogródku bałwan protezą ręki kopie tunel.
Drugą zmienia wysokość położenia nosa.
Ponadto twierdzi, że jest czarny
i jeszcze w kwietniu wyruszy na podbój Jamajki.

O tej porze roku nie rosną poziomki.
Nie rośnie nawet chęć.


19.05.2011 r.

sobota, 7 maja 2011

„Trafiony-zatopiony”

Widziałam topielca. Miał grymas wywołany płaczem.

Na skróty po lodzie. Bez łyżew. Lat siedemdziesiąt osiem.
Biegła znajomość łaciny i rosyjskiego.
Staruszkowie zwykle umierają oczekiwanie. W fotelu. Z kotem na kolanach.
Odkładają okulary, krzyżują ręce. Finisz.
Czy w agonii liczy się barany? Jeden - zegarek nie przestaje tykać.
I już trafia szlag. Rozproszenie, rozchwianie.
Dwa - uszczelka przy głównym zaworze chyba puściła.
Zaraz sąsiad będzie się awanturować.
Trzy - ktoś z góry szura krzesłem. Przesuwa? Odkurza.
Cztery - sól w kuchni się rozsypała. Tfu, tfu.
Dobrze, że kot nie jest czarny.
Pięć - znowu przeciąg. Okno się nie domyka.
Nie ma kto naprawić.
Sześć - mucha sfrunęła z nosa na usta. Kretynka!
Siedem - stuk, stuk, stuk na klatce... Nieparzyście.
Chyba obcas jej się złamał.
Noga raczej nie, boby tak nie klęła...

Do siedmiu liczyć najbezpieczniej.
Ale kto da gwarancję,
że kot zapisany długopisem z niebieskim wkładem nie będzie czarny?


7.05.2011 r.