Widziałam topielca. Miał grymas
wywołany płaczem.
Na skróty po lodzie. Bez łyżew. Lat siedemdziesiąt osiem.
Biegła znajomość łaciny i rosyjskiego.
Staruszkowie zwykle umierają oczekiwanie. W fotelu. Z kotem na
kolanach.
Odkładają okulary, krzyżują ręce. Finisz.
Czy w agonii liczy się barany?
Jeden - zegarek nie przestaje tykać.
I już trafia szlag. Rozproszenie, rozchwianie.
Dwa - uszczelka przy głównym zaworze chyba puściła.
Zaraz sąsiad będzie się awanturować.
Trzy - ktoś z góry szura krzesłem. Przesuwa? Odkurza.
Cztery - sól w kuchni się rozsypała. Tfu, tfu.
Dobrze, że kot nie jest czarny.
Pięć - znowu przeciąg. Okno się nie domyka.
Nie ma kto naprawić.
Sześć - mucha sfrunęła z nosa na usta. Kretynka!
Siedem - stuk, stuk, stuk na klatce... Nieparzyście.
Chyba obcas jej się złamał.
Noga raczej nie, boby tak nie klęła...
Do siedmiu liczyć
najbezpieczniej.
Ale kto da gwarancję,
że kot zapisany długopisem z niebieskim
wkładem nie będzie czarny?
7.05.2011 r.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz