sobota, 7 maja 2011

„Trafiony-zatopiony”

Widziałam topielca. Miał grymas wywołany płaczem.

Na skróty po lodzie. Bez łyżew. Lat siedemdziesiąt osiem.
Biegła znajomość łaciny i rosyjskiego.
Staruszkowie zwykle umierają oczekiwanie. W fotelu. Z kotem na kolanach.
Odkładają okulary, krzyżują ręce. Finisz.
Czy w agonii liczy się barany? Jeden - zegarek nie przestaje tykać.
I już trafia szlag. Rozproszenie, rozchwianie.
Dwa - uszczelka przy głównym zaworze chyba puściła.
Zaraz sąsiad będzie się awanturować.
Trzy - ktoś z góry szura krzesłem. Przesuwa? Odkurza.
Cztery - sól w kuchni się rozsypała. Tfu, tfu.
Dobrze, że kot nie jest czarny.
Pięć - znowu przeciąg. Okno się nie domyka.
Nie ma kto naprawić.
Sześć - mucha sfrunęła z nosa na usta. Kretynka!
Siedem - stuk, stuk, stuk na klatce... Nieparzyście.
Chyba obcas jej się złamał.
Noga raczej nie, boby tak nie klęła...

Do siedmiu liczyć najbezpieczniej.
Ale kto da gwarancję,
że kot zapisany długopisem z niebieskim wkładem nie będzie czarny?


7.05.2011 r.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz