piątek, 25 września 2015

„Stół z powyłamywanymi nogami”

Oszczędź mi syreniego pełzania po podłodze
i wody z woreczka po złotej rybce.

Na wyszczerbioną filiżankę z porządnego serwisu ślubnego
wszyscy patrzą z politowaniem.
Niby nadal ładna, niby da się z niej pić,
ale to już zupełnie inny standard życia.

Nikt ci nigdy nie powie, że masz zgrabne nerki,
nie wyliczy żeber, nie ponumeruje włosów.

Skoro przezorni nie noszą przy sobie parasola,
pisarze - pióra, a szewcowi zdarza się chodzić
w rozklejonych kapciach, to i nie każdy kot
zawsze musi spadać na cztery łapy.

Wszystko przez ten nieszczęsny rąbek u spódnicy...


25.09.2015 r.

wtorek, 19 maja 2015

***

Niech się stanie, co ma stać.

Niech zapiszczy, zadrży, rozpadnie, rozkołysze,
rozstąpi, zaiskrzy, zawładnie, rozpełznie
- co tam trzeba temu nieszczęściu do szczęścia.

Niech wyssie to ze mnie, jak jad się wysysa.

A i tak nie powiem ci, co mnie karmi bolączką
- kolczastą zupą z kradzionych wyobrażeń,
przerzuconych nielegalnie przez granicę jaźni.

czwartek, 14 maja 2015

„Gra”

Jestem umarłym rekwizytem
w teatrze cieni.
Odszukaj mnie za kurtyną,
nim zagrasz ze mną
kolejną postać dramatu.

Jestem krzywym lustrem
w wesołym miasteczku.
Odszukaj zgubioną w nim twarz,
nim zaśnie na dobre
w moich ramach.

Jestem twoim ubraniem
z przeszytą metką.
Odszukaj mnie w garderobie,
nim przywdziejesz,
stając się przystojnym złudzeniem.

Jestem twoim pseudonimem
między imieniem a nazwiskiem.
Odszukaj mnie i przekreśl,
nim bez skrupułów
ja przekreślę ciebie.

środa, 13 maja 2015

***

Nie wierzę w krasnoludki, facetów-aniołów
i pasty zęby wybielające.

Nie wierzę w zjawiska paranormalne,
pegazy czy hipnozy.

Nie wierzę w miłość po pierwszym spojrzeniu,
w istnienie prawdy i nieba.

A w piekło wierzę.

wtorek, 12 maja 2015

***

Widziała go przez palce,
powstrzymując płacz ze śmiechu.
Ach... to jego poczucie humoru.

Nie dziś.
Te lata już minęły.

Zapach łez boli.
Nad ciszą chwieje się dźwięk.
A on drży,
śpiewając jej smutne piosenki nocą.

Ona nie chce słyszeć tej chrypy.
Znowu palił.
Szpetny ten jego głos.
I gitara już nie brzmi tak samo.
Nawet słowa były kiedyś piękniejsze.

Między strunami jest już cicho.
Szarym oknom opadają powieki.
Gasnące światła szepczą z ziewnięciem,
że pewnie znów jej się przyśni
ten uroczy romantyk.

piątek, 8 maja 2015

***

Nie mów do mnie tak blisko...
Wtedy czuję swoją małość
- małość szarej masy ludzkiej.

Zakrwawiona dłoń legła na piersi,
mostek uciska serce,
ciśnienie napiera na skronie.

Nadal brniesz w natłok słów.
Słowami mnie karcisz,
rozcinasz linie papilarne.

Nie mów do mnie...
Twój głos drga wysoko,
między pomiętą płachtą powietrza,
a moją zmęczoną głową.

Trwam w nerwobólach, panikach,
klęskach, zapytaniach...

Oddalam się od twoich ust,
od dudniącego bełkotu
i tej rozstrojonej przepaści za językiem.

***

Nie ma prawd idealnych.

Te wypielęgnowane
pod byle czym można skryć.

A te wypchane abstrakcyjnym banałem
- wydzielonych cząstek paciorki -
dla każdego inny kawałek,
oscylujący wokół zera.

środa, 6 maja 2015

***

tykanie

zatarty w obłokach ślad
wczorajszego słońca

tykanie

wstęgi ptaków
malujące sploty między horyzontami

tykanie

tylko niebo
wpatrzone w dół

tykanie

Bóg stworzył mężczyznę
i uśmiechnęła się ziemia

bim bam bom

wybiła dwunasta
znowu jesteśmy kopciuszkami

wtorek, 5 maja 2015

***

Belek sztuk pięć
z palców twych
po mojej stronie życia.

Nade mną
namiot z nieba się chwieje.

Dołóż jeszcze ze trzy,
bo runie mi na głowę

i Bóg przyrządzi sobie ze mnie
naleśnik z mięsem.

Stań nieco bliżej,
bo tuż obok płachta się wywija,

aż widać świętych nogi
i spadające z wysoka kapcie.
Uważaj!

***

Kiedyś znikniemy wszyscy.
Pijani, zepsuci, zgwałceni.
Niewierni mężowie i żony,
słabi w łóżku kochankowie.
Zawistni nieznajomi,
znajomych znajomi.
Łgarze, bluźniercy, złodzieje,
mordercy, wariaci, prześmiewcy,
Okrutne, kolczaste bestie,
takie same w życiu doczesnym,
jak i (nie daj, Boże) wiecznym.

piątek, 17 kwietnia 2015

Opowiastka o otwartej przestrzeni

                Pewnego słonecznego dnia majętna kobieta prowadzi ożywioną rozmowę z panią architekt, która uwzględniając jej szczególne życzenia, podjęła się przebudowy niewielkiej galerii sztuki na dom.
                - Wiem, że jestem upierdliwa, ale przespałam się z tym wstępnym projektem góry i jednak nie podoba mi się. Chyba na głowę upadłam, żeby urządzić tak cukierkowo-pudrowo te dwie sypialnie albo już zupełnie się postarzałam i rozczulają mnie nawet kolory.
                - Nie kwestionuję pani wyborów. Jak będzie trzeba, pozmieniam wszystko tyle razy, ile ma pani pomysłów.
                - Tak, tak, jasne, rozumiem. Podoba mi się ta żółta wstawka. Czyta mi pani w myślach - zachwyca się kobieta, widząc postępy w projekcie budynku.
                - Góra jest teraz dużo bardziej stonowana niż dół. O to pani chodziło?
                - Aa... Sama nie wiem, o co mi chodziło. Zmieniam zdania jak brudną bieliznę. Wie pani, uwielbiam kolory, ubóstwiam, ale trzeba postradać zmysły, żeby czuć się dobrze w pomieszczeniu wytapetowanym kratką. Nie wiem, co mi wcześniej strzeliło do głowy. Tak jest dobrze. Teraz mi się podoba. Uniosłam się sercem, a w sprawach dekorowania wnętrz potrzeba trochę pomyślunku, żeby później nie zwariować od nadmiaru wzorków i tej pierdzącej z każdej ściany słodyczy.
                - OK. Wnętrze poprawione. Zostawiamy tak?
                - Pewnie ma pani obawy... Myśli pani: "przyszła bogata, podstarzała jędza i chce małpować  designerów z katalogów...". Ale to nie tak. Ja już jestem w takim wieku, że guzik mnie obchodzi opinia otoczenia. I jak mam kaprys urządzić sobie dom we wszystkich kolorach tęczy, nowocześnie i nonszalancko, to nie ma takiej siły, która by mnie powstrzymała.
                - Przecież pani nie oceniam. Upewniam się, czy tak miało być, czy dobrze zrozumiałam pani sugestie - uśmiecha się architektka.
                - To co sobie pani pomyślała, zanim otworzyłam buzię? Teraz może pani powiedzieć.
                - Zdziwiłam się tylko, że nie chce pani rozbudować domu, który zajmuje zaledwie 1/4 terenu.
                - Aa... Podoba mi się obiekt. Jakoś nie pasował na galerię sztuki. Właściciel też tak uważał, ale nie mógł znaleźć kupca. Na szczęście ja znalazłam jego i dobiliśmy targu. Teraz ma fundusze na kupno większego budynku i wszyscy są zadowoleni. A dom... Dom to tylko ładne ściany. Sypialnia. Ludzie przez całe swoje życie gonią za tym. Najpierw szukają środków, żeby go kupić. Potem, żeby go wyremontować. Potem, żeby zmienić wystrój. Potem, żeby dopieścić wystrój. Potem zaczyna się sypać, więc znowu remont. I tak w koło. Nie mają czasu się nim nacieszyć. Nie przebywają w nim, harują. Ludzie są zupełnie durni na tym punkcie. Myślą, że jak będą bogaci, postawią sobie pałac z dwunastoma sypialniami, szesnastoma łazienkami i salą balową, to będą niebotycznie szczęśliwi. Tylko dla kogo te wszystkie sypialnie? Gdzie relacje, ogromna rodzina, wesołe święta? Wie pani, często tzw. single kupują przerażająco wielkie apartamenty, ba, nawet wille, dla samych siebie. Doprawdy, nie rozumiem, jak można trwonić cały swój majątek na kawał betonu, na te wszystkie pokoje, gabineciki i kryte baseny. Kto normalny, no, taki bez kompleksów pakuje się w coś takiego? Nie potrafię pojąć, dlaczego bezdzietni, niezamężni fundują sobie wille i pałace. Po co? Żeby pomieścić swoje insygnia? Czy raczej ego? Ja myślę, że każdy jest dzierżawcą tego świata na równi i z jakiej racji jedni samotnie żyją w gigantycznych domach, a dla innych ławka w parku to aż nadto?
(Pauza.)
                - A jeśli chodzi o ogród. Dziwiła się pani, że jest kilka wejść i to zupełnie otwartych. Nie jestem z tych, którzy odgradzają się od innych pięciometrowym murem, zasłaniają okna roletami, i to najlepiej zewnętrznymi, zawsze zamykają drzwi na klucz, na zasuwkę, a do tego dla pewności montują łańcuch. Nie jestem z tych, którzy chronią swój dobytek alarmami, monitoringiem, a u wejścia wieszają tabliczkę: "Uwaga! Zły pies". Co mi po tym, że nikt mnie nie obrabuje, jak jutro mój dom może spłonąć i to razem ze mną? Kto wie...? Chcę żyć w otwartej przestrzeni. Uwielbiam otaczać się ludźmi, dlatego mam duży ogród przyjazny tym ludziom. Doskonale wiem, że nie każdego na to stać, ale stać mnie, dlatego chcę się tym dzielić. Co by mi było po furtkach? Jak ktoś chce, to i tak wejdzie, a tak to przynajmniej nie zrobi sobie krzywdy jakimiś paskudnymi kolcami w bramie. Jak jakiś bezdomny będzie przechodzić koło mojej posesji i zobaczy, że jest otwarta na oścież, a tam tyle ławek, to wybierze sobie którąś i się na niej prześpi. I co? Ubędzie mi przez to? Albo jak w upalny dzień ktoś będzie chciał się schłodzić wodą z mojej fontanny, to co? A jak ktoś zobaczy otwarty basen? Mam od razu zakładać, że jego pot bardziej śmierdzi od mojego? Że jest brudniejszy, chory albo że nasika? Przydomowy basen to luksus, na który mało kto może sobie pozwolić. Ja to rozumiem. Niech sobie skorzysta jeden z drugim. Zabije mnie to? A jak jakieś dzieci będą chciały się pobawić w piaskownicy to co? Mam w nie rzucać patykami? Bo inne dzieci są gorsze od moich wnuków? Bardziej bałaganią? Nie jestem niedotykalską paniusią. Do wszystkiego doszłam sama i wiem, że to długa droga. Nie każdemu się udaje. Nie jestem tą, która pławi się w luksusach samotnie i modli do przedmiotów, które udało jej się zgromadzić. Nie zbiednieję od tego, że ktoś powyleguje się na moim hamaku, a i on się od tego nie wzbogaci. Ale dom jest tylko dla mnie. To, że nikt nie musi mnie prosić o pozwolenie przeczekania ulewy na werandzie nie znaczy, że może napluć mi na dywan. Dom to nie twierdza, ale i nie chodnik.
                - A wandale? Oni niszczą wszystko bez powodu.
                - Trudno. Tak jest ten świat urządzony. Jedni budują, inni demontują. Nie zamienię domu w bunkier. Jak ktoś mi wyryje w ławce serce, to go przecież nie zlinczuję. Jak ją porąbie i zabierze na rozpałkę też nie. To tylko rzecz. Jak mi dzieciaki poniszczą rabaty, to przynajmniej jakiś losowy ogrodnik będzie mieć pracę. Nie umiem pozamykać się i trzymać tego wszystkiego tylko dla siebie. A może zwyczajnie nie chcę.

„Święty lans”

Powracają, powracają! Ta sama pijacka logika, a pod brodą kołnierzyk.

Gdyby mieć samochód, ile to bimbru? Nie, nie ile się zmieści,
tylko w przeliczeniu, jak by go sprzedać?
Pohandlowali trochę solniczkami na bazarze,
a od ‘trochę’ zaczyna się sukces wielkich korporacji.
Matematyka na wysokim poziomie: litry, procenty, promile...
Ile sprzedać złomu, żeby kupić trzy flaszki?
A tu śmierć mnie szarpie za rękaw, wymachuje kosą.
Z jej ostrza zwisa marchewka - milion dolców w reklamówce z Tesco.
Zabierze mi wszystkich, a w zamian za to wypłaci kasę jak w banku.
Zostaw ich, już za późno na żale; i tak już dużo zrobiłaś - mówi.
Wyciągam rękę po tę reklamówkę, a ona rozpływa się w powietrzu, rozmywa...
Oszukała mnie! Oszukała! Potem wbiega koń. Przez zamknięte okno.
Biały, chudy... Robi za karawan, szkapina, i zbiera plony.
Ja jak ta durna przy piecu... Grzeję sobie ręce.
Są taaakie ciężkie, zdeformowane. Przerastają mnie. Otulają czyjąś szyję.
I nie wiem, czy w poprzednim wcieleniu byłam kobietą,
czy królikiem zmielonym na pasztet.

Przyjdź do mnie w czwartek, kiedy losuję dusze
przeznaczone do spalenia na popiół.

Będzie zabawa!