niedziela, 7 listopada 2010

„Mak między zębami”

Koryto rzeki umościło się w pościeli.

Buty rozsznurowane, słomy nie wykryto.
Tapczan i barki skrzypiące.
Włosy rude z krótką grzywką, czapka z głowy zdjęta.
Piegi obecne. Ubiór nieschematyczny.
Mak między zębami i pozostałości po wymuszonych wydarzeniach.
Gdy wróg jest bliżej niż za szafą,
a domek dla lalek ma wybitnie niebieski dach - kłopoty czy niefart?
Wyłgasz się, że twój miał czerwony, a tata paskiem nie nauczał?
Za firanką trwa spektakl.
Ręcznik szorstki. Światło obłąkane.
Język nieprzystosowany do pocałunku.
Palce zimne. Objawów piersi nie stwierdzono.
Na obiad kasza gryczana z sosem.

Proces nizania zakończony.
I tak nie będzie ich nosić, bo są żółte.


7.11.2010 r.

sobota, 16 października 2010

„Mastektomia”

Dzisiaj również nie mam włosów.

Księżyc postaw na stole. Niech rośnie obok butów.
Przysiągłeś: twoje położenie nie zależy od grubości krat,
tylko od długości odsiadywanego wyroku.
Jeśli gwiazdy to kulki z ołowiu przypięte dla dekoracji,
wolę przygryzać wargi i milczeć.
Każdy dzień jest niedomkniętą furtką, a noc? Zakrzepem.
Wszystko odblokowuje się i wybucha samo-płaczem.
Ktoś dostaje grejpfrut, inny - czekoladki.
Choć jedno trwa ciut krócej, drugie kończy się tak samo.
A co, jeśli Śmierć wypadnie w pozycji odwróconej?

Nie garb się. Pierś do przodu! - mawiała ciotka.


16.10.2010 r.

czwartek, 19 sierpnia 2010

„Małżeństwo z rozsądku”

Moje łóżko jest bezwzględnie niepodzielne.

Powiadają: kto sadzi wierzbę, przygotowuje łopatę na swój grób.
A co, jeśli mam w planach trzy?
Nie stój jak sztacheta w płocie.
Nieograniczona przestrzeń podłogi już pręży się na twój widok.
Widzisz te małe jędrne sęki?
Podobno marzy ci się potomstwo.
Prawdziwy mężczyzna najpierw sadzi drzewo.
Próbowałeś kiedyś uszczypnąć chmurę biurowym spinaczem?
Tak cię będę miziać.

Niki, chodź, policzymy gruszki, które zostawił mi w spadku.


19.08.2010 r.

niedziela, 8 sierpnia 2010

„Podwójne dno”

Udajesz poetę.

Niekiedy liczysz pantery w kratkach,
wydłubujesz im oczy piórem i warczysz na ciszę.
Zaginasz rogi. Z jednego robią się dwa. Z dwóch - cztery.
One tam są. Nie przekraczają granicy marginesu,
którą zamykasz nożycami. Odcinasz czarne ogonki.
Zostają na kartce.
Która godzina? Wpół do
Polki - matka. Ojciec - Hiszpan.
Nie rozlej sherry, bo będzie plama.
Kto normalny sączy taki alkohol z kubka w bociany?

Nie strasz mnie wierszem pisanym w poziomie arkusza.


8.08.2010 r.

sobota, 31 lipca 2010

„Chemia”

Nie wiem, ile malin ukradłeś ze zbioru szczęść krótkotrwałych.

Dokąd jedzie ten pociąg?
Trawisz mnie prostopadle do życia, choć potrzebuję inaczej.
Bardzo brudne szyby.
Przyjazd. Odjazd.
Osiem godzin jazdy.
Paranormalny cień słońca, na które porwałeś się z motyką.
Ciekawe, ilu samobójców rozdrobnił i ułożył na torach słowo AMEN.
Raz u ciebie. Krócej u mnie.
I raz w połowie drogi.
Trzy razy w miesiącu. Trzydzieści sześć w roku.
Mogę zająć te dwie szuflady w komodzie?

Nie zdałam z chemii.


31.07.2010 r.

piątek, 23 lipca 2010

„O głaskaniu kota”

Doskonale wiesz, ile mam lat,
ale skąd możesz wiedzieć,
ile litrów deszczu na mnie spadło?

Zrobisz mi kakao? Dziękuję.
Spójrz tutaj. Chyba urosły ci rzęsy.
Na oko jakieś pół milimetra.
Pamiętasz tę moją karminową sukienkę bez pleców?
To wtedy zauważyłeś, że mam takie śmieszne dołeczki pod łopatkami.
Byłam w trzecim tygodniu.
Bez wlewał zapach przez okno.
A te żółte zasłonki ze stokrotkami u dołu to moja robota.
Później uszyłam z nich sukienkę dla Marysi.
Wyglądała jak Calineczka.
Spytałeś, czy mam ochotę na łyk półsłodkiego wina.

I się zaczęło...


23.07.2010 r.


wtorek, 20 lipca 2010

„Żołądek”

Taka jestem dzisiaj zakochana...

Odłóż te kredki. Po co rysować coś,
co skraca się w niepamięci i z nudów depcze powieki?
Widzisz? Znowu spadło jabłko.
Runęło tak ciężko, aż odleciały ptaki.
Ale mówią, że takie w sińcach są najlepsze na szarlotkę.
Kolejna zabita pszczoła. Głupiutka była.
Liście nie są tak jednoznaczne. Dodaj trochę żółtego.
Zgubiłaś krawędzie światła.
A tam na dole popraw cienie.
Czuję zapach szkolnej stołówki. Raczej smród.
Kiedyś były kanapki z dżemem truskawkowym.
Ale tylko raz...

Nie krzyw się. Przecież dopiero uczę się gotować.


20.07.2010 r.

sobota, 5 czerwca 2010

„Podupadły anioł”

Składam się ze skrzydeł wystawionych na licytację,
aureoli, w której przepaliła się żarówka,
sukni, co to jej gors zamyka biust w cudzysłów
i łuków żeber wciśniętych w skórę koloru écru.

Oto prawdziwy komfort życia anioła, który upadł,
a nie ma funduszy na paralotnię,
by wzbić się ponad wycieraczkę z napisem:
WELCOME TO PANDEMONIUM!


5.06.2010 r.

sobota, 9 stycznia 2010

„Paprotka”

Te dwie naprzeciwległe ściany
ograniczają poruszanie do trzech kroków,
a dwie kolejne, prawdę mówiąc,
niemal wetknięte między oko a okular.
Okno, drzwi, regał, tapczan
- marne, swojskie cztery kąty ogrzewane.

Gdy umrę taka oczywista
i już tylko własna,
na gołym lenteksie w karo,
zgrzytnie i zatrzaśnie się we mnie pytanie:
czy ta paprotka, co stoi na parapecie,
nie należała przypadkiem do ciebie?


9.01.2010 r.