sobota, 31 lipca 2010

„Chemia”

Nie wiem, ile malin ukradłeś ze zbioru szczęść krótkotrwałych.

Dokąd jedzie ten pociąg?
Trawisz mnie prostopadle do życia, choć potrzebuję inaczej.
Bardzo brudne szyby.
Przyjazd. Odjazd.
Osiem godzin jazdy.
Paranormalny cień słońca, na które porwałeś się z motyką.
Ciekawe, ilu samobójców rozdrobnił i ułożył na torach słowo AMEN.
Raz u ciebie. Krócej u mnie.
I raz w połowie drogi.
Trzy razy w miesiącu. Trzydzieści sześć w roku.
Mogę zająć te dwie szuflady w komodzie?

Nie zdałam z chemii.


31.07.2010 r.

piątek, 23 lipca 2010

„O głaskaniu kota”

Doskonale wiesz, ile mam lat,
ale skąd możesz wiedzieć,
ile litrów deszczu na mnie spadło?

Zrobisz mi kakao? Dziękuję.
Spójrz tutaj. Chyba urosły ci rzęsy.
Na oko jakieś pół milimetra.
Pamiętasz tę moją karminową sukienkę bez pleców?
To wtedy zauważyłeś, że mam takie śmieszne dołeczki pod łopatkami.
Byłam w trzecim tygodniu.
Bez wlewał zapach przez okno.
A te żółte zasłonki ze stokrotkami u dołu to moja robota.
Później uszyłam z nich sukienkę dla Marysi.
Wyglądała jak Calineczka.
Spytałeś, czy mam ochotę na łyk półsłodkiego wina.

I się zaczęło...


23.07.2010 r.


wtorek, 20 lipca 2010

„Żołądek”

Taka jestem dzisiaj zakochana...

Odłóż te kredki. Po co rysować coś,
co skraca się w niepamięci i z nudów depcze powieki?
Widzisz? Znowu spadło jabłko.
Runęło tak ciężko, aż odleciały ptaki.
Ale mówią, że takie w sińcach są najlepsze na szarlotkę.
Kolejna zabita pszczoła. Głupiutka była.
Liście nie są tak jednoznaczne. Dodaj trochę żółtego.
Zgubiłaś krawędzie światła.
A tam na dole popraw cienie.
Czuję zapach szkolnej stołówki. Raczej smród.
Kiedyś były kanapki z dżemem truskawkowym.
Ale tylko raz...

Nie krzyw się. Przecież dopiero uczę się gotować.


20.07.2010 r.