AKT
I
Scena
1.
(Powojenna
kamieniczka w obskurnej dzielnicy dużego miasta. Małe zaniedbane mieszkanie bez
zbytków – telewizora, bo szkoda czasu; Internetu, bo pedofile i złodzieje;
pralki automatycznej, bo teściowa nie miała, matka teściowej i babka, a
prababka to podobno nie prała wcale; nawet centralnego ogrzewania i jakiegokolwiek
ogrzewania też; tylko ten piec kaflowy, co to nie ma z niego pożytku, bo za
słaby cug; grube swetry i… czuj, czuj, czuwaj!)
SARA: Powracają, powracają! Ta sama pijacka logika,
a pod brodą kołnierzyk. „Gdyby mieć samochód, ile to bimbru? Nie, nie ile
się zmieści, tylko w przeliczeniu, jak by go sprzedać?
GRAŻYNA: Pohandlowani trochę solniczkami na bazarze, a od
„trochę” zaczyna się sukces wielkich korporacji…
SARA: Matematyka na wysokim poziomie: litry, procenty,
promile… „Ile sprzedać złomu, żeby kupić trzy flaszki?”…
(Zawieszenie
głosu przerywające ironiczne wywody.)
Najważniejsza jest miłość, a potem wszystkie chwyty
dozwolone, nawet ciosy poniżej pasa, nie wspominając o waleniu głową w
ścianę, żeby wybić sobie z niej, że będzie lepiej. Jest jeden plus – nie muszę
udowadniać, że jest skurwielem. On to wie.
GRAŻYNA: Bije cię?
SARA: Czasem.
GRAŻYNA: Dzieci?
SARA: Nie.
GRAŻYNA: To co?
SARA: Pije.
GRAŻYNA: Tutaj każdy pije. Taka mentalność. Ten twój to i
tak kryształowy. Póki nie bije dzieciaków, nie ma się czym przejmować.
(Pauza.)
SARA: Zgwałcił mnie, gdy nie chciałam… Analnie. Źle wycelował.
GRAŻYNA: A jak to?
SARA: Daj spokój.
GRAŻYNA: I co?
SARA: Przechlewa wszystko, co mu wpadnie w łapska.
GRAŻYNA: A to podle. Co on ci naobiecywał przed ślubem?
SARA: Nic. Niczego. Niczego mi nie obiecywał, nie
lukrował. Uprzedzał, że będzie trudno, że to kiepskie czasy dla miłości. Miałam
za nic jego ostrzeżenia. Kochałam. Mogłam mieć wszystko. Kiedyś byłam ambitna.
Tylko na trzecim roku wzięłam dziekankę. Przyrzekłam sobie, że zaraz po
porodzie wrócę na studia…
GRAŻYNA: Nie wróciłaś.
SARA: Skurwiłam się. Każdy się sprzedaje. Każdy na swój
sposób. Nawet nie uczymy się dla siebie, tylko dla satysfakcji, dumy rodziców,
lansu, żeby inni mieli świadomość… Kobiety wcale nie stroją się dla mężczyzn,
tylko dla innych kobiet, żeby miały świadomość… i żeby wypłoszyć potencjalną
konkurencję. Wiesz, forma zawsze nas dopadnie, tak jak w „Ferdydurke”.
Podlegamy jej bardziej niż boskiej mocy czy fatum. Myślałam, że od niej
ucieknę, będę wyrzucona poza schematy, a tymczasem znów się w nie wpisuję.
Chciałam uciec przed upupianiem, a tu śmierć mnie szarpie za rękaw, wymachuje
kosą. Z jej ostrza zwisa marchewka – milion dolców w reklamówce z Tesco.
Zabierze mi wszystkich, a w zamian za to, wypłaci kasę jak w banku. Zostaw ich,
już za późno na żale; i tak dużo zrobiłaś – mówi. Wyciągam rękę po tę
reklamówkę, a ona rozpływa się w powietrzu, rozmywa… Oszukała mnie! Oszukała!
Potem wbiega koń. Przez zamknięte okno. Biały, chudy… Robi za karawan, szkapina,
i zbiera plony. Ja jak ta durna przy
piecu… Grzeję sobie ręce. Są taaakie ciężkie, zdeformowane. Przerastają mnie.
Otulają czyjąś szyję. I nie wiem, czy w poprzednim wcieleniu byłam kobietą, czy
królikiem zmielonym na pasztet. Przyjdź do mnie w czwartek, kiedy losuję dusze
przeznaczone do spalenia na popiół – tak też mogła powiedzieć. Ładniej.
Scena
2.
(Szpital.
Sara budzi się i niepewnie otwiera oczy. Odwiedza ją Pan Wspomnienie. Jego głos
jest ochrypły od palenia papierosów.)
PAN
WSPOMNIENIE: Gulgocze, myjąc
zęby, Ty śpiewasz pod prysznicem: „…Oczy są – wybacz mi, żeby widzieć. Uszy są –
wybacz mi, żeby słyszeć. Dotyk to cała prawda jak spowiedź. Szkoda słów –
cieszmy się tą ciszą…”.
NIKOSIA: Słyszysz mnie? Mamo?!
PAN
WSPOMNIENIE: Mały wulkan w kuchni
– zielona herbata tenteguje się w kubku do parzenia ziółek. MADE IN CHINA.
Chińczycy potrafią się ustawić. Aaa! – krzyknęłaś. Nie wytrzymałaś bólu
oparzenia. Może po prezydencku: „bulu”? Bul, bul, bul… Bulgotanie. „Bul-…” –
niedokończone słowo w T9. Teraz tak się sprawdza poprawność. Ale nie… To już nie
twoje wspomnienie. Nie masz komórki. Nie możesz tego wiedzieć.
SARA: Nikosia?
NIKOSIA: Przecież nie Robert Langdon. Nikola.
SARA: Która
godzina? Czy to jeszcze dzisiaj, czy już jutro?
NIKOSIA: Dopiero południe. Urwałam się z WF-u. Zaraz muszę wracać.
SARA: Znowu nie miałaś białej koszulki?
NIKOSIA: Schnie na balkonie. Już od trzech tygodni pada. A
jak nie pada, to wieje. Sfruwa na mokre, wieszam ją, żeby wyschła, to znów
pada. I tak ciągle.
SARA: Nie zdasz.
NIKOSIA: Chrzanię. Zdam. Poprawkę w sierpniu. W lecie jest
ciepło, to zdąży wyschnąć. I nie będzie publiczności.
SARA: O czym mówisz? A polski? Jak polski?
NIKOSIA: Ta głupia Dziunia i jej koleżanki – psiapsióły.
Polski dobrze.
SARA: Jaka Dziunia? Co teraz przerabiacie?
NIKOSIA: Ta od: „Co pani wie o perystaltyce jelit?”.
Kochanowskiego.
SARA: Perystaltyce jelit? Do nauczycielki tak? Nie
lubisz trenów, co?
NIKOSIA: Nie, do wuefistki. Co mnie treny? Fraszek. Chcesz
jabłko?
SARA: Ukradłaś?! Nie tak cię wychowałam!
NIKOSIA: Ulica mnie wychowała. Dostałam od Martyny.
SARA: Nie mów tak. Niczego ci nie brakowało. Od Mati?
NIKOSIA: No, dopóki się nie urodziłam. Mati, Mati…
Uwielbiacie zdrobnienia.
SARA: Kto „uwielbiacie”?
NIKOSIA: Mamusie, ciotunie, babusie… Trochę nadgryzione,
ale smaczne. Weź. Idę.
Scena
3.
(Popołudnie.
Przed szkołą. Martyna czeka na Nikolę. Pojawia się wróg.)
DZIUNIA: Zejdź z drogi, Śpiąca Kurweno, bo jeszcze ktoś
pomyśli, że cię znam.
MATI: No tak, międzygatunkowa znajomość mogłaby cię pogrążyć.
Ale nie martw się, was – „nadludzi” nie posądza się o umiejętności werbalnego
komunikowania się, a tym bardziej o myślenie.
DZIUNIA: Oszczędź sobie. Te docinki nie robią na mnie
wrażenia, ty molu książkowy.
MATI: Bo nie zrozumiałaś.
DZIUNIA: Nie jesteś w stanie obrazić tak doskonałej
jednostki, jaką jestem ja. Trzeba mieć o sobie wysokie mniemanie, bo
inaczej kończy się na ulicy, moje małe, brzydkie kurwiątko.
(Podchodzi
Nikola.)
DZIUNIA: O, jest i drugie!
NIKOSIA: A któż to tak pięknie liczy? Dziunia? Czy to ty?
Oślepił mnie blask twoich podrobionych klejnotów. Zupełnie nie widzę twojej
osobowości.
DZIUNIA: Judith. DŻU-DIT! Dotarło?
NIKOSIA: Szczerze mówiąc, nie bardzo. Masz potężną
wadę wymowy i kaleczysz wszystkie możliwe języki – rodzimy, obce i
podstarzałych facecików, śmierdzących burakami.
DZIUNIA: Co ty wiesz o językach, szmato? A o angielskim?
Pf… To ja tutaj wyglądam jak milion dolarów.
NIKOSIA: Dolar słabo stoi, landryneczko. Ale fakt,
wyglądasz jak kumulacja baksów. Jesteś tak samo zielona.
DZIUNIA: Niktosiu, nie wypowiadaj się na temat czegoś,
czego twe ohydne oczęta nigdy nie miały okazji ujrzeć.
NIKOSIA: Gdybym była tak bogata, jak ty, mogłabym się
pochwalić wysublimowanym gustem i wyczuciem trendów. Jak to było? Ojciec –
kicz, matka – tandeta?
DZIUNIA: Nie pogrywaj ze mną. To są stylowe ciuchy,
kupione za grubą kasę, w porządnych markowych butikach.
NIKOSIA: Zwanych potocznie sieciówkami. Nie sil się na
oryginalność. Jesteś tylko kolejną marną kopią, a na dodatek ofiarą mody. Wolę
ubierać się w lumpeksach, niż przyćmić własne „ja” tymi wszystkimi błyskotkami.
Nikt ci nie mówił, że stylizujesz się na bożonarodzeniowe drzewko?
DZIUNIA: Ty głupia
pindo! Nawet nie wiesz, z kim zadarłaś!
Scena
4.
(Tajna
baza Nikoli i Martyny – zaplecze opuszczonej herbaciarni.)
MATI: Co ci zrobi?
NIKOSIA: Podpali włosy, obleje twarz kwasem, wrzuci do
rzeki mój plecak albo znowu rozwiesi klepsydry, a Sarita tym razem naprawdę
dostanie palpitacji.
MATI: Ile ma lat?
NIKOSIA: Trzydzieści dziewięć. Wygląda jak emerytka.
MATI: Słyszałam, że jest wykształcona.
NIKOSIA: Jest głupia. Mogła skończyć studia, ale wolała
klepać biedę. A tam, po drugiej stronie rzeki, mieszkają jej starzy. Burżuazja…
Nigdy jej nie pomogli.
MATI: Nie poznałaś ich?
NIKOSIA: Ąęckich? Nie chcieli. Nie dziwię im się. Gdyby moja
córka była na tyle durna… Ale nie będzie. Nie będzie wcale.
MATI: Co ty, nie chcesz mieć dzieci?
NIKOSIA: Każde dziecko staje się kiedyś dorosłym
człowiekiem, a nie warto.
MATI: Wypijmy za to!
(Wyjmuje
z plecaka Советское Игристое.)
NIKOSIA: Ukradłaś?
MATI: Dostałam.
NIKOSIA: Dziwka.
MATI: Ale bez całowania. Zarezerwowałam dla ciebie.
NIKOSIA: Lesba.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz