środa, 18 maja 2016

Święty lans, AKT I

AKT I
Scena 1.

(Powojenna kamieniczka w obskurnej dzielnicy dużego miasta. Małe zaniedbane mieszkanie bez zbytków – telewizora, bo szkoda czasu; Internetu, bo pedofile i złodzieje; pralki automatycznej, bo teściowa nie miała, matka teściowej i babka, a prababka to podobno nie prała wcale; nawet centralnego ogrzewania i jakiegokolwiek ogrzewania też; tylko ten piec kaflowy, co to nie ma z niego pożytku, bo za słaby cug; grube swetry i… czuj, czuj, czuwaj!)

SARA: Powracają, powracają! Ta sama pijacka logika, a pod brodą kołnierzyk. „Gdyby mieć samochód, ile to bimbru? Nie, nie ile się zmieści, tylko w przeliczeniu, jak by go sprzedać?

GRAŻYNA: Pohandlowani trochę solniczkami na bazarze, a od „trochę” zaczyna się sukces wielkich korporacji…

SARA: Matematyka na wysokim poziomie: litry, procenty, promile… „Ile sprzedać złomu, żeby kupić trzy flaszki?”…

(Zawieszenie głosu przerywające ironiczne wywody.)

Najważniejsza jest miłość, a potem wszystkie chwyty dozwolone, nawet ciosy poniżej pasa, nie wspominając o waleniu głową w ścianę, żeby wybić sobie z niej, że będzie lepiej. Jest jeden plus – nie muszę udowadniać, że jest skurwielem. On to wie.

GRAŻYNA: Bije cię?

SARA: Czasem.

GRAŻYNA: Dzieci?

SARA: Nie.

GRAŻYNA: To co?

SARA: Pije.

GRAŻYNA: Tutaj każdy pije. Taka mentalność. Ten twój to i tak kryształowy. Póki nie bije dzieciaków, nie ma się czym przejmować.


(Pauza.)

SARA: Zgwałcił mnie, gdy nie chciałam… Analnie. Źle wycelował.

GRAŻYNA:  A jak to?

SARA: Daj spokój.

GRAŻYNA: I co?

SARA: Przechlewa wszystko, co mu wpadnie w łapska.

GRAŻYNA: A to podle. Co on ci naobiecywał przed ślubem?

SARA: Nic. Niczego. Niczego mi nie obiecywał, nie lukrował. Uprzedzał, że będzie trudno, że to kiepskie czasy dla miłości. Miałam za nic jego ostrzeżenia. Kochałam. Mogłam mieć wszystko. Kiedyś byłam ambitna. Tylko na trzecim roku wzięłam dziekankę. Przyrzekłam sobie, że zaraz po porodzie wrócę na studia…

GRAŻYNA: Nie wróciłaś.

SARA: Skurwiłam się. Każdy się sprzedaje. Każdy na swój sposób. Nawet nie uczymy się dla siebie, tylko dla satysfakcji, dumy rodziców, lansu, żeby inni mieli świadomość… Kobiety wcale nie stroją się dla mężczyzn, tylko dla innych kobiet, żeby miały świadomość… i żeby wypłoszyć potencjalną konkurencję. Wiesz, forma zawsze nas dopadnie, tak jak w „Ferdydurke”. Podlegamy jej bardziej niż boskiej mocy czy fatum. Myślałam, że od niej ucieknę, będę wyrzucona poza schematy, a tymczasem znów się w nie wpisuję. Chciałam uciec przed upupianiem, a tu śmierć mnie szarpie za rękaw, wymachuje kosą. Z jej ostrza zwisa marchewka – milion dolców w reklamówce z Tesco. Zabierze mi wszystkich, a w zamian za to, wypłaci kasę jak w banku. Zostaw ich, już za późno na żale; i tak dużo zrobiłaś – mówi. Wyciągam rękę po tę reklamówkę, a ona rozpływa się w powietrzu, rozmywa… Oszukała mnie! Oszukała! Potem wbiega koń. Przez zamknięte okno. Biały, chudy… Robi za karawan, szkapina, i  zbiera plony. Ja jak ta durna przy piecu… Grzeję sobie ręce. Są taaakie ciężkie, zdeformowane. Przerastają mnie. Otulają czyjąś szyję. I nie wiem, czy w poprzednim wcieleniu byłam kobietą, czy królikiem zmielonym na pasztet. Przyjdź do mnie w czwartek, kiedy losuję dusze przeznaczone do spalenia na popiół – tak też mogła powiedzieć. Ładniej.

Scena 2.

(Szpital. Sara budzi się i niepewnie otwiera oczy. Odwiedza ją Pan Wspomnienie. Jego głos jest ochrypły od palenia papierosów.)


PAN WSPOMNIENIE: Gulgocze, myjąc zęby, Ty śpiewasz pod prysznicem: „…Oczy są – wybacz mi, żeby widzieć. Uszy są – wybacz mi, żeby słyszeć. Dotyk to cała prawda jak spowiedź. Szkoda słów – cieszmy się tą ciszą…”.

NIKOSIA: Słyszysz mnie? Mamo?!

PAN WSPOMNIENIE: Mały wulkan w kuchni – zielona herbata tenteguje się w kubku do parzenia ziółek. MADE IN CHINA. Chińczycy potrafią się ustawić. Aaa! – krzyknęłaś. Nie wytrzymałaś bólu oparzenia. Może po prezydencku: „bulu”? Bul, bul, bul… Bulgotanie. „Bul-…” – niedokończone słowo w T9. Teraz tak się sprawdza poprawność. Ale nie… To już nie twoje wspomnienie. Nie masz komórki. Nie możesz tego wiedzieć.

SARA: Nikosia?

NIKOSIA: Przecież nie Robert Langdon. Nikola.

SARA:  Która godzina? Czy to jeszcze dzisiaj, czy już jutro?

NIKOSIA: Dopiero południe. Urwałam się z WF-u. Zaraz muszę wracać.

SARA: Znowu nie miałaś białej koszulki?

NIKOSIA: Schnie na balkonie. Już od trzech tygodni pada. A jak nie pada, to wieje. Sfruwa na mokre, wieszam ją, żeby wyschła, to znów pada. I tak ciągle.

SARA:  Nie zdasz.

NIKOSIA: Chrzanię. Zdam. Poprawkę w sierpniu. W lecie jest ciepło, to zdąży wyschnąć. I nie będzie publiczności.

SARA:  O czym mówisz? A polski? Jak polski?

NIKOSIA: Ta głupia Dziunia i jej koleżanki – psiapsióły. Polski dobrze.

SARA: Jaka Dziunia? Co teraz przerabiacie?

NIKOSIA: Ta od: „Co pani wie o perystaltyce jelit?”. Kochanowskiego.

SARA: Perystaltyce jelit? Do nauczycielki tak? Nie lubisz trenów, co?

NIKOSIA: Nie, do wuefistki. Co mnie treny? Fraszek. Chcesz jabłko?

SARA: Ukradłaś?! Nie tak cię wychowałam!


NIKOSIA: Ulica mnie wychowała. Dostałam od Martyny.

SARA: Nie mów tak. Niczego ci nie brakowało. Od Mati?

NIKOSIA: No, dopóki się nie urodziłam. Mati, Mati… Uwielbiacie zdrobnienia.

SARA: Kto „uwielbiacie”?

NIKOSIA: Mamusie, ciotunie, babusie… Trochę nadgryzione, ale smaczne. Weź. Idę.

Scena 3.

(Popołudnie. Przed szkołą. Martyna czeka na Nikolę. Pojawia się wróg.)

DZIUNIA: Zejdź z drogi, Śpiąca Kurweno, bo jeszcze ktoś pomyśli, że cię znam.

MATI: No tak, międzygatunkowa znajomość mogłaby cię pogrążyć. Ale nie martw się, was – „nadludzi” nie posądza się o umiejętności werbalnego komunikowania się, a tym bardziej o myślenie.

DZIUNIA: Oszczędź sobie. Te docinki nie robią na mnie wrażenia, ty molu książkowy.

MATI: Bo nie zrozumiałaś.

DZIUNIA: Nie jesteś w stanie obrazić tak doskonałej jednostki, jaką jestem ja. Trzeba mieć o sobie wysokie mniemanie, bo inaczej kończy się na ulicy, moje małe, brzydkie kurwiątko.

(Podchodzi Nikola.)

DZIUNIA: O, jest i drugie!

NIKOSIA: A któż to tak pięknie liczy? Dziunia? Czy to ty? Oślepił mnie blask twoich podrobionych klejnotów. Zupełnie nie widzę twojej osobowości.

DZIUNIA: Judith. DŻU-DIT! Dotarło?

NIKOSIA:  Szczerze mówiąc, nie bardzo. Masz potężną wadę wymowy i kaleczysz wszystkie możliwe języki – rodzimy, obce i podstarzałych facecików, śmierdzących burakami.

DZIUNIA: Co ty wiesz o językach, szmato? A o angielskim? Pf… To ja tutaj wyglądam jak milion dolarów.


NIKOSIA: Dolar słabo stoi, landryneczko. Ale fakt, wyglądasz jak kumulacja baksów. Jesteś tak samo zielona.

DZIUNIA: Niktosiu, nie wypowiadaj się na temat czegoś, czego twe ohydne oczęta nigdy nie miały okazji ujrzeć.

NIKOSIA: Gdybym była tak bogata, jak ty, mogłabym się pochwalić wysublimowanym gustem i wyczuciem trendów. Jak to było? Ojciec – kicz, matka – tandeta?

DZIUNIA: Nie pogrywaj ze mną. To są stylowe ciuchy, kupione za grubą kasę, w porządnych markowych butikach.

NIKOSIA: Zwanych potocznie sieciówkami. Nie sil się na oryginalność. Jesteś tylko kolejną marną kopią, a na dodatek ofiarą mody. Wolę ubierać się w lumpeksach, niż przyćmić własne „ja” tymi wszystkimi błyskotkami. Nikt ci nie mówił, że stylizujesz się na bożonarodzeniowe drzewko?

DZIUNIA:  Ty głupia pindo! Nawet nie wiesz, z kim zadarłaś!

Scena 4.

(Tajna baza Nikoli i Martyny – zaplecze opuszczonej herbaciarni.)

MATI: Co ci zrobi?

NIKOSIA: Podpali włosy, obleje twarz kwasem, wrzuci do rzeki mój plecak albo znowu rozwiesi klepsydry, a Sarita tym razem naprawdę dostanie palpitacji.

MATI: Ile ma lat?

NIKOSIA: Trzydzieści dziewięć. Wygląda jak emerytka.

MATI: Słyszałam, że jest wykształcona.

NIKOSIA: Jest głupia. Mogła skończyć studia, ale wolała klepać biedę. A tam, po drugiej stronie rzeki, mieszkają jej starzy. Burżuazja… Nigdy jej nie pomogli.

MATI: Nie poznałaś ich?

NIKOSIA: Ąęckich? Nie chcieli. Nie dziwię im się. Gdyby moja córka była na tyle durna… Ale nie będzie. Nie będzie wcale.

MATI: Co ty, nie chcesz mieć dzieci?


NIKOSIA: Każde dziecko staje się kiedyś dorosłym człowiekiem, a nie warto.

MATI: Wypijmy za to!

(Wyjmuje z plecaka Советское Игристое.)

NIKOSIA: Ukradłaś?

MATI: Dostałam.

NIKOSIA: Dziwka.

MATI: Ale bez całowania. Zarezerwowałam dla ciebie.

NIKOSIA: Lesba.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz